Piergollini

Piergollini

Dodano:   /  Zmieniono: 
Ravioli i tortellini to jedynie smutne, blade cienie prawdziwego pieroga. Przybysz ze Wschodu mógłby w porywie dobrej woli nazwać je ewentualnie "pierożkami", ale długo by się wstydził tej chwili słabości
Ilekroć przychodzą do nas na obiad Francuzi, staramy się poczynić kolejny niewielki krok na drodze poddania Unii Europejskiej wpływom jakże wartościowej - ale jakże mało znanej i docenianej - polskiej kultury i cywilizacji dnia codziennego. Zgromadzone doświadczenia pozwalają mi już na podzielenie się kilkoma spostrzeżeniami natury taktycznej, które mogą pomóc idącym w nasze ślady zastępom bojowników o przyłączenie UE do Polski w odnoszeniu kolejnych sukcesów.

Zaczynamy od lojalnego uprzedzenia, że głównym daniem będą pierogi. Goście patrzą na nas z uprzejmą wyrozumiałością, a potem zawsze znajduje się ktoś odważny, kto pyta: "A co to jest pierrogui?", uroczo gruchając miejscowym "r" i kładąc akcent na "i". Jest to dla nas poważne wyzwanie. Uzmysłowić barwę, woń, smak i opływową formę pierogów - umiejętnie uwypuklając przy tym intrygujący kontrast między ową opływowością a wrąbkami na brzegu, wprowadzającymi do całości bryły element nieoczekiwanej chropowatości, kłócącej się w zasadzie z jej przeznaczeniem w postaci łagodnego prześliźnięcia się przez przełyk - nie jest rzeczą łatwą, gdy mamy do czynienia z kimś, kto nigdy takiego cuda nie widział. A oni nie widzieli. Niektórzy z naszych gości widzieli dwie wojny światowe, ale pieroga nigdy. Czujemy się więc trochę tak, jakbyśmy wrócili z dalekiej podróży kosmicznej i mieli teraz opowiedzieć, jak wygląda wszechświat.
Zaczynamy od gorączkowego szukania w świecie znanym naszym gościom punktów odniesienia, które mogłyby się okazać styczne z podstawowymi punktami charakteryzującymi pierogi. W sukurs przychodzi tu kuchnia włoska, bardzo popularna we Francji i innych krajach Unii Europejskiej, jak również w Ameryce. Ciekawe, że liczna emigracja włoska pociągnęła za sobą w świat nawet swoją kuchnię, a liczna emigracja polska nie stworzyła tam choćby mafii. W każdym razie kulinarna italizacja części świata pozwala na śmiałe stwierdzenie, że pierogi dają się z grubsza zaliczyć do tej samej kategorii pożywienia co tortellini i ravioli. Oczywiście, wiemy, że ravioli i tortellini to jedynie smutne, blade cienie mglistego zarysu prawdziwego pieroga. Przybysz ze Wschodu mógłby w porywie dobrej woli nazwać je ewentualnie "pierożkami", ale długo by się potem wstydził tej chwili słabości. Trzeba jednak przyznać, że tortellini i ravioli mają na wierzchu ciasto, a w środku nadzienie - i to jest doskonały punkt wyjścia, żeby w umysłach gości przygotować grunt pod przełom w ich życiu: przejście z epoki "pierożków" do epoki Pierogów.
Lansowanie pierogów w skali prywatnej ma - rzecz jasna - swoje uroki, ale stanowczo zbyt wolno posuwa nas naprzód w batalii o uczynienie z nich trwałych i nieodzownych elementów cywilizacji ogólnoeuropejskiej. Aby doprowadzić do przejścia tej cywilizacji na pierogi, trzeba zręcznie łączyć działania nawiązujące do tradycji i utartych schematów z najnowocześniejszymi metodami marketingowymi.
Skoro ze spotkań prywatnych wynieśliśmy już wiedzę o tym, że mówienie o pierogach nie ożywia należycie perystaltyki przewodu pokarmowego ani wydzielania soków trawiennych - należy sięgnąć do wypróbowanych skojarzeń z kuchnią włoską. Nie można jednak przyciągnąć publiczności umieszczaniem w witrynach restauracji zachęt o treści: "Zapraszamy na pierogi, czyli coś podobnego do tortellini i ravioli, tylko większe, grubsze, z innego ciasta i z innymi nadzieniami". Na początku trzeba trochę zmylić klienta, żeby zmniejszyć jego czujność i zmiękczyć jego opór wobec nowinek z dalekich, nieznanych krajów. W tym celu zamiast frontalnie atakować pierogami i natrafić na zaporowy ogień tortellini, zachodzimy klienta z flanki i zaskakujemy go widokiem znajomych barw. "Były tortellini! Były ravioli! Od dziś - nowe danie piergollini!" - głoszą nasze plakaty reklamowe. A gdy już zaczną jeść i się przyzwyczają, szybciutko przestawiamy "o" z "g", a z pozostałej części zostawiamy tylko "i" - i jesteśmy górą. Ani się spostrzegli, a jedzą pierogi. Ani się spostrzegli, a zaczęła się polonizacja Europy. Amerykanie mogli hamburgerami i coca-colą, my możemy pierogami, barszczem i makowcem. Lepsze, zdrowsze i naprawdę europejskie.
Barszcz i makowce ruszą w drugiej fali uderzeniowej. Nie będziemy tłumaczyć, że to świetna zupa z buraków, bo pomyślą, że chcemy im wmusić skażoną paszę dla zwierząt hodowlanych. Nowoczesna myśl marketingowa nakazuje raczej organizowanie spotkań gastronomicznych z konkursem na temat "Z czego jest ta zupa?". Nikt i tak nie wygra nagrody, bo oczywiście nikomu nie przyjdzie do głowy, że ktoś miałby czelność podawać wywar z buraków. A kiedy już się rozsmakują i zachwycą - zdradzamy się z tymi burakami i łamiemy opór przez oszołomienie. Z makowcami trzeba postępować jeszcze inaczej. Francuzi boją się, że mak to opium, więc w ogóle maku nie jedzą. Startujemy zatem z hasłem nawiązującym do energetyki nuklearnej: "Po ujarzmieniu atomu - ujarzmione opium: skosztuj makowca!". Nie jest ważne, jak wielkie mamy atuty w ręce. Ważne, żeby ich użyć bez kompleksów.

Więcej możesz przeczytać w 32/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0