Dwuzawodowcy

Dodano:   /  Zmieniono: 
Śpiewający aktorzy i grający w filmach piosenkarze
"Czarek Pazura" - autorski album znanego aktora z dwunastoma śpiewanymi przez niego piosenkami i minimonologami między innymi Bogusława Lindy i Olafa Lubaszenki - zaświadcza, że aktorzy, którym w filmie wiedzie się nieźle, nie rezygnują z zagospodarowania innych segmentów rynku rozrywki. Niedawno Bogusław Linda na tle końcowych napisów w filmie "Sara" wykonał z cohenowską chrypką utwór "I?m Your Man". Gwiazdy muzyki miewają często chore i wybujałe ambicje, ale publiczność szybko je koryguje.

O ile ci dwaj ulubieńcy prasy kolorowej traktują działalność wokalną jako żart, o tyle inni aktorzy podchodzą do śpiewania z powagą i namaszczeniem, czego dowodzą doroczne edycje wrocławskiego Festiwalu Piosenki Aktorskiej - ewenementu na skalę europejską. Krystyna Janda, która błysnęła przed kilku laty doskonałą melodeklamacją tekstu Agnieszki Osieckiej, mrucząc "A ja jestem, proszę pana, na zakręcie", wydała na szczęście tylko jedną płytę, bo jej talent wokalny jest odwrotnie proporcjonalny do jej zdolności aktorskich. Większą równowagę uzyskał w tej kwestii nawet Edmund Fetting, wykonując do tekstu Osieckiej pamiętne "Deszcze niespokojne" czy "Za dzień, za dwa" z filmu "Prawo i pięść".
Zdarzały się i sukcesy, przynajmniej komercyjne. Największy w branży muzycznej odniósł jeszcze w latach 80. Piotr Fronczewski, wcielając się we Franka Kimono na fali popularności filmowych produkcji z Bruce?em Lee i rozmaitych "piekiełek" gnieżdżących się pod markowymi hotelami. O ile wówczas ten żart zrobił furorę, o tyle jego zeszłoroczna powtórka pod tytułem "Toczy się życie", sygnowana przez Pana Kimono, wywołała - powiedzmy - uczucia mieszane. Przede wszystkim dlatego, iż zdematerializował się kontekst społeczny, w którym z takim sukcesem bytował ów Franek, a filmy z Bruce?em Lee - wówczas kondensacja "akcji" - należą dziś do rupieciarni sztuki filmowej. Sprzedano jednak 40 tys. płyt "drugiego" Kimono, co świadczy o społecznej żywotności sentymentów.
Sukcesy wokalne ominęły też Rafała - syna Daniela Olbrychskiego - od kilku lat próbującego łączyć aktorstwo ze śpiewaniem. Znacznie lepiej w roli aktora piosenkarza powiodło się Pawłowi Kukizowi, liderowi grupy Piersi. Od debiutu w filmie "Girl Guide" Juliusza Machulskiego regularnie pojawia on się na szklanym ekranie, nie zaniedbując kariery wokalnej. Inni rezygnują z łączenia zawodów. Zbigniew Zamachowski nie dał się zwieść mirażom kariery wokalnej, choć - występując w programach Janusza Józefowicza w teatrze Rampa - udowodnił, iż potrafi z talentem grać i śpiewać.
Tymi pokrętnymi drogami nasza rodzima pop-kultura dogania Zachód, gdzie od dziesięcioleci zdecydowanie lepiej wiodło się piosenkarzom, których angażowano jako aktorów, aniżeli odwrotnie. Decyzja gwiazd Hollywood o śpiewaniu jest zazwyczaj ich własnym kaprysem. Bruce Willis wystąpił ostatnio wraz ze swoim zespołem w roli atrakcji uświetniającej trasę koncertową Tiny Turner. Poważniej traktuje działalność muzyczną Keanu Reeves, który pogrywa na gitarze basowej w grupie z ambicjami o nazwie Dogstar. Szkoda, że nie chce śpiewać uwodzicielski Antonio Banderas, dysponujący niezłym głosem, co niejednokrotnie wykazał w filmie i na płycie "Mambo Kings". Niezły głos ma także ponętna Kim Basinger (zupełnie dobrze radzi sobie z gitarą), która jednak od lat zwleka z wydaniem praktycznie już gotowej płyty. Dla zabawy zaśpiewała tymczasem z Ozzym Osbornem, wokalistą hardrockowej grupy Black Sabbath. John Travolta też ograniczył swoje wokalne zapędy do duetu z Olivią Newton-John w filmie "Grease", choć śpiewał tam nie gorzej niż tańczył. Niewątpliwie najbardziej uzdolnionym aktorem-wokalistą jest dziś Will Smith, znany z filmowych hitów "Faceci w czerni" czy "Dzień Niepodległości". Will - po rozlicznych muzycznych doświadczeniach przedfilmowych - nie najgorzej rapuje, a jego piosenki, łącznie z ostatnim "Miami", stają się natychmiast hitami, co sprawia, że choćby ostatnie dwa lata układają się w jego karierze w nie kończące się pasmo sukcesów.
Wśród śpiewających aktorek dwie zasługują na szczególną uwagę: Barbra Streisand i Cher. O tej ostatniej głośno jest za sprawą jej albumu "Believe" (sprzedano 7 mln płyt). Cher na śpiewanie zdecydowała się pod wpływem przyszłego męża Sony?ego Bono, co wstępnie obrodziło sukcesami. Kiedy więc w latach 80. zdecydowała się zająć aktorstwem, nikt nie traktował jej w Hollywood poważnie. Dopiero po kilku latach starań dostała od Mike?a Nicholsa propozycję zagrania w filmie "Silkwood" (1983 r.). Później zaś doczekała się Oscara za "Wpływ księżyca" (1987 r.). W rezultacie nikt dziś nie kwestionuje zarówno aktorskich, jak i wokalnych kompetencji artystki.
Również Barbra Streisand udowodniła, że równie dobrze gra w filmie (Oscar za "Funny Girl" w 1968 r.), jak śpiewa, choć ostatnio w obu dziedzinach jest mniej widoczna, głównie ze względu na jej obsesyjny perfekcjonizm. Głośno natomiast o pięknej Jennifer Lopez, znanej z filmów "Pociąg z pieniędzmi" czy "Anakonda". Jej debiutancka płyta "On The 6" zawojowała Amerykę i zaczyna podbijać Europę. Madonna, wcześniej wyraźnie źle obsadzana, korzystnie pokazała się dopiero w filmie "Evita" Alana Parkera, mimo że ominął ją upragniony Oscar. Talentem aktorskim może się również pochwalić Whitney Houston, pamiętna z roli rozkapryszonej gwiazdy u boku Kevina Costnera w "Bodyguard".
O ile aktorzy podchodzą do śpiewania z pewnym dystansem, o tyle eksploatacja wokalistów na ekranie - zwłaszcza srebrnym - trwa od czasów Franka Sinatry i Deana Martina. Obaj piosenkarze odnieśli tu spore sukcesy, by wspomnieć kreacje Sinatry w oscarowym filmie "Stąd do wieczności" (1953 r.), a Martina w "Rio Bravo" czy "Młodych lwach". Odwrotnie było w wypadku Elvisa Presleya - tandetne filmy omal nie zrujnowały jego kariery. Od 1956 r. wystąpił on w niemal dwudziestu obrazach, poczynając od "Love Me Tender". Taśmowo kręcone filmy żerowały wyłącznie na jego muzycznej popularności, a scenariusz był pomyślany jako pretekst do tego, by pokazać Presleya na ekranie. O wiele rozsądniej podeszli do filmu muzycy z zespołu The Beatles, którzy zdyskontowali efekt bitelmanii trzema obrazami, gdzie grali głównie samych siebie. Konkurent The Beatles - Mick Jagger - nie miał już takiego szczęścia i jego role w filmach "Performance" czy "Ned Kelly" mogą się podobać wyłącznie koneserom.
Dobrze wiodło się w filmie w połowie lat 70. Krisowi Kristoffersonowi, gwiazdorowi ze skłonnością do country. Jego role w obrazach "Pat Garret i Billy Kid" czy "Narodziny gwiazdy" nie przynoszą wokaliście wstydu. Nieźle zaprezentował się na ekranie również Phil Collins, zwłaszcza w filmie "Buster". 

Więcej możesz przeczytać w 32/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.