Naród tęczy

Naród tęczy

Dodano:   /  Zmieniono: 
W Republiki Południowej Afryki strachowi i niepewności jutra białych towarzyszy niecierpliwość czarnych
O Republice Południowej Afryki mówi się, że jest to cały świat w jednym kraju. Południowy zakątek Czarnego Lądu jest skarbcem bogactw naturalnych, egzotycznej flory i fauny, kalejdoskopem fascynujących krajobrazów. Państwo to, ignorowane przez społeczność międzynarodową w czasach apart- heidu, od kilku lat otwiera się na świat. Zmiana systemu pociąga jednak za sobą sporo niebezpieczeństw. Czy nowym władzom uda się zmienić ustrój polityczny, utrzymując wysoki poziom rozwoju gospodarczego? Czy po latach segregacji rasowej Afrykańczycy z RPA mają szansę stać się "narodem tęczy" (rainbow nation)?


Niektórzy uważają, że to określenie, użyte po raz pierwszy przez arcybiskupa Desmonda Tutu i odnoszące się do ludzi wszystkich odcieni skóry, jest wyłącznie pięknym mitem opartym na myśleniu życzeniowym. Jadwiga Dubis-Cort, afrykanistka od dwudziestu lat mieszkająca w RPA, jest większą optymistką: - Teoretycznie ten cel został osiągnięty, gdyż w RPA nie ma już walk na tle rasowym. Natomiast konstytucja gwarantuje, że kraj należy do wszystkich jego obywateli.
W prowincji KwaZulu-Natal, gdzie jeszcze kilka lat temu dochodziło do krwawych zamieszek między zwolennikami Afrykańskiego Kongresu Narodowego (ANC) i Partii Wolności Inkatha, ostatnie wybory przebiegały bardzo spokojnie. - Dobrze, że się wreszcie dogadali. Będzie lepiej - mówi Cyril, czarny sędziwy taksówkarz. Powołuje się na przykład Gandhiego, który na początku XX w. mieszkał tu przez 21 lat. Twierdzi, że działalność przyszłego Mahatmy po tej stronie Oceanu Indyjskiego przyczyniła się do politycznego przebudzenia czarnej ludności i jest testamentem, który trzeba wypełnić.
Hinduski właściciel sklepu w centrum Durbanu wykazuje jednak więcej sceptycyzmu. Narzeka na black empowerment, czyli obsadzanie kluczowych stanowisk w polityce i gospodarce osobami o czarnym kolorze skóry. Mówi, że nowy prezydent, Thabo Mbeki, faworyzuje czarnych i stara się ich wszędzie lokować. - W przeciwieństwie do Mandeli otoczył się doradcami o jednolitym kolorze skóry - zauważa. Liczni w tej części RPA Hindusi narzekają, że w przeszłości byli dyskryminowani przez białych, bo ich skóra była zbyt ciemna, natomiast teraz są za jaśni dla czarnych.
Również tym ostatnim manna jednak nie spada z nieba. Pięćdziesięcioletni Jeff od niedawna jest kierowcą. Jeszcze kilka miesięcy temu był przedstawicielem handlowym jednej z miejscowych firm; stracił pracę, gdy spadła liczba zamówień. - Kolor skóry nie miał żadnego znaczenia. Znalazłem się na ulicy, podobnie jak kilku moich czarnych i białych kolegów. Podjąłem się pierwszej pracy, jaką znalazłem - tłumaczy.
Tymczasem wielu czarnych wciąż "czeka na Mandelę", wypatrując - często z założonymi rękami - obiecanych przez niego domów i miejsc pracy. Hank, potomek Holendrów, nie kryje niezadowolenia. Uważa, że ciężka sytuacja gospodarcza kraju, zwłaszcza bezrobocie, jest rezultatem przejmowania firm przez niekompetentne osoby. - Trzeba było odczekać jedną generację, żeby przygotować czarnych do przejęcia władzy i zarządzania nie tylko państwem, ale i wielkimi przedsiębiorstwami. Teraz cały dorobek idzie na marne. Przejęte firmy bankrutują, masowo zwalniają pracowników, zamykają swoje oddziały - twierdzi Hank. Rzeczywistość wydaje się jednak bardziej złożona. Wraz z modernizacją przemysłu zlikwidowano pół miliona miejsc pracy. Tymczasem ostatnie masowe wyprzedaże złota, między innymi przez Wielką Brytanię i Szwajcarię, mogą oznaczać dla miliona Afrykańczyków z RPA dodatkowe zmartwienie i prawdziwą katastrofę dla kopalń. Według obliczeń Jamesa Motlatsiego, szefa związku zawodowego, pracę straci co najmniej 100 tys. osób. A każda z nich ma na utrzymaniu około dziesięciu członków rodziny.
Phillip Miya, Zulus pochodzący z okolic Durbanu, jest jednym z niewielu moich rozmówców, który na nic nie narzeka. Cieszy się, że dane mu było dożyć końca apartheidu; ponadto jest - jak mówi - w swoim żywiole. Będąc przewodnikiem zatrudnionym w jednym z durbańskich biur podróży, ma okazję codziennie powracać do rodzinnych stron. Oprowadza turystów po zuluskich wioskach, pokazuje im kraale (zagrody z okrągłymi chatami) lub wozi na safari. Z jego pracy utrzymuje się nie tylko jego dziesięcioosobowa rodzina (żona, czwórka własnych dzieci i czworo siostrzeńców, których wychowuje po śmierci siostry). Dzięki niej Miya wspiera również żyjących na wsi rodziców i resztę rodzeństwa. Z jego jednej pensji (2 tys. randów, czyli ok. 1200 zł) żyje prawie dwadzieścia osób w promieniu kilkuset kilometrów.
Zapytany o wyznanie, bez wahania odpowiada, że jest katolikiem. Nie przeszkadza mu to jednak uczestniczyć w takich obrzędach jak składanie ofiary z kozła lub krowy po śmierci najbliższej osoby bądź w intencji żyjących. Na nadgarstkach nosi kilka bransoletek ze skóry ofiarowanych zwierząt. Zapytany, czy nigdy nie myślał o tym, by - podobnie jak niektórzy czarni Afrykańczycy - mieć więcej niż jedną żonę, odpowiada krótko: - Nie stać mnie. Na pytanie, dlaczego na mijanych polach trzciny cukrowej pracują wyłącznie kobiety, pada równie lakoniczna odpowiedź: - Żona jest drogą inwestycją, u Zulusów kosztuje jedenaście krów, musi więc to odpracować.
Przywiązanie do tradycji nie przeszkadzało mu się jednak kontaktować z biurem za pomocą najnowocześniejszego modelu telefonu komórkowego. Od jakiegoś czasu w skrytce samochodu wozi także broń.
W wielu częściach kraju panuje psychoza strachu. Nawet w Durbanie, gdzie przestępczość jest mniejsza niż w Johannesburgu, po zmierzchu (o tej porze roku zapada on już około siedemnastej) ulice błyskawicznie pustoszeją. Nie ma mowy o wieczornych spacerach - wybierając się z wizytą, na zakupy czy do położonej w sąsiedztwie restauracji, ludzie poruszają się wyłącznie samochodami. Starają się przy tym jak najszybciej pokonać odległość między budynkiem, z którego wychodzą, a własnym pojazdem lub taksówką. Podczas jazdy drzwi są zablokowane, aby uniknąć napadów dokonywanych na światłach przed skrzyżowaniem. Niekiedy, zwłaszcza w nocy, kierowcy wolą zaryzykować przejazd na czerwonym świetle, niż zatrzymać się nawet na chwilę.
Media regularnie informują o kolejnych zajściach. W wyniku strzelaniny ginie ok. 30 osób dziennie. W niektórych miastach przestępcy opanowali już całe dzielnice. RPA bije wszelkie rekordy, jeśli chodzi o wzrost przestępczości. W ciągu ostatnich pięciu lat zabito tam ponad tysiąc policjantów. Policja ocenia, że obywatele RPA posiadają ok. 4 mln sztuk nielegalnej broni.
Ktoś żartuje, że najlepszy interes ostatnio robią kowale. Coraz więcej właścicieli sklepów decyduje się bowiem na założenie krat. Wprawdzie przestępczość wciąż dotyka głównie czarnych, wielu białych wpadło w panikę, gdyż również oni są jej ofiarami. W wywiadzie dla "Newsweeka" prezydent Thabo Mbeki próbował to zjawisko wytłumaczyć w następujący sposób: "Ludzie mówią o przestępczości, ponieważ objęła ona także tereny zamieszkane przez białych. W dzielnicach czarnych od dziesięcioleci utrzymywała się ona na wysokim poziomie. Ale w przeszłości policja południowoafrykańska koncentrowała się na zwalczaniu przeciwników apartheidu. W 1994 r. ok. 85 proc. sił policyjnych znajdowało się na obszarach zamieszkanych przez białych i ochraniało 10 proc. społeczeństwa".
Zapoczątkowana przez prezydenta akcja Crackdown on Crime cieszy się dużą popularnością. W walce z tą plagą, największą zmorą okresu post- apartheidowskiego, obywatele wszystkich odcieni skóry są wyjątkowo solidarni. Pracownicy służb miejskich chodzą z napisami "stop crime", na nadmorskim bulwarze w Durbanie biali i czarni zbierają podpisy pod petycją w sprawie ograniczenia przestępczości i zaostrzenia kar. Tymczasem bandyci w RPA - podobnie jak w wielu innych zakątkach kuli ziemskiej (chociażby na obszarze byłego Związku Radzieckiego) - wykorzystują okres przejściowy między starym, niedemokratycznym porządkiem i władzą silnej ręki a rodzącą się demokracją i jej początkową bezsilnością. To cena, jaką Afrykańczycy z RPA płacą za zmianę ustroju.
Inną zmorą jest rosnące bezrobocie i inflacja, które częściowo są efektem modernizacji przemysłu i poprawiania konkurencyjności całej gospodarki. Po latach izolacji musi ona bowiem stawić czoło nowym warunkom i dostosować się do funkcjonowania w świecie globalizacji, RPA czeka więc okres ciężkich reform. Jednym z doradców rządu jest Jeffrey Sachs, który na ubiegłorocznym szczycie afrykańskim zaprezentował swój raport. W wypowiedziach powoływał się przy tym na Polskę, przedstawiając nasz kraj jako pozytywny przykład przeprowadzenia reform (i rezultat swoich rad).
Wprawdzie Pierre Cleary, młody szef firmy konsultingowej z Port Elisabeth - jak wielu innych białych z grona jego przyjaciół - znów głosował na ANC, pozbył się już jednak entuzjazmu, z jakim szedł do urny w przełomowych wyborach w roku 1994. Tym razem chciał dać politykom kongresu "drugą szansę", ale nie ukrywa obaw. - Rząd musi znaleźć sposób na stworzenie nowych miejsc pracy, na przyciągnięcie kapitału zagranicznego, ożywienie gospodarki. W przeciwnym razie upodobnimy się do tej reszty - wskazuje ręką w stronę północy kontynentu. Na tle pozostałych państw afrykańskich RPA wyróżnia się wyższym poziomem życia i dobrą infrastrukturą. Przechadzając się ulicami tamtejszych miast, można odnieść wrażenie, że są to Stany Zjednoczone albo Australia. Pod warunkiem, że jest to spacer w czasie dnia...
Wielu gastarbeiterów z państw sąsiedzkich, głównie z Zimbabwe, przekracza zieloną granicę w poszukiwaniu zarobku. Stanowią dodatkową konkurencję na i tak już newralgicznym rynku pracy. Thabo Mbeki zdaje sobie sprawę, że może to być bomba z opóźnionym zapłonem. "Jeżeli nie rozwiążemy problemów społecznych i nie zmniejszymy różnic między bogatymi a biednymi, dojdzie do eksplozji. Nie możemy liczyć na wieczną, dozgonną cierpliwość naszych wyborców" - twierdzi.
Jest jeszcze za wcześnie, by oceniać, w jakim stopniu prezydentura Mbekiego będzie się różnić od polityki jego charyzmatycznego poprzednika. Mandela potrafił zyskać poparcie i czarnych, i białych, będąc dla tych ostatnich rękojmią przyszłościowych perspektyw. Mbeki ma wprawdzie opinię "proczarnego", ale także pragmatyka, zatem - mają nadzieję jego przeciwnicy - musi się zorientować, że bez białych i ich doświadczenia nie zdoła ożywić gospodarki i spełnić składanych, zwłaszcza przez Nelsona Mandelę, obietnic. Uważają, że w trosce o utrzymanie własnego rządu prędzej czy później przedłoży racje kraju nad racje wyłącznie czarnych obywateli.
Narzekania białych na rasizm ? rebours często nie znajdują odzwierciedlenia w statystyce. Liczby dowodzą, że przepaść między rasami jest wciąż bardzo głęboka. 42 proc. czarnych i tylko 4 proc. białych nie ma pracy; 27 proc. czarnych rodzin żyje poniżej minimum socjalnego, podczas gdy ten problem dotyczy jedynie 1,3 proc. białych; studia uniwersyteckie rozpoczyna zaledwie jeden na dwa tysiące czarnych i jeden na trzydziestu białych.
Pięć ostatnich lat demokracji nie zdołało zatrzeć kilkusetletnich różnic rasowych i materialnych. Republika Południowej Afryki to wciąż jeden kraj, ale dwa światy. Z jednej strony wyczuwa się strach i niepewność jutra białych, z drugiej - niecierpliwość czarnych. Między nimi rozpościera się ciągle wielka przepaść materialna - południowoafrykańskie metropolie to zarówno odgradzające się luksusowe enklawy białych mieszkańców, jak i slumsy czarnej biedoty.
Pojawiło się nowe zjawisko nazywane niekiedy afrykokracją. Zachowanie niektórych przedstawicieli nowych elit, którzy bez żenady naśladują swych białych poprzedników, wywołuje rozczarowanie. Po objęciu najwyższych stanowisk - tak w polityce, jak biznesie - zdają się szybko zapominać o rzeszach współbraci, którym składali liczne obietnice i którzy przecież umożliwili im błyskotliwą karierę. Coraz częściej prasa donosi o defraudacji państwowych pieniędzy bądź przekupstwie. Nie bez powodu nowo wybrany prezydent zapowiedział bezwzględną walkę z korupcją i nepotyzmem. Ale czarni, choć sprawują władzę polityczną, a wielu dostało się już do centrów zarządzania, wciąż stanowią mniejszość w najważniejszych sektorach gospodarki. Wprawdzie coraz częściej można spotkać wśród nich ludzi zamożnych, lecz większość czarnych obywateli kraju nadal jest gorzej wykształcona i opłacana.
Mimo tej przewagi, wielu białych swoją przyszłość widzi pesymistycznie i decyduje się na emigrację. Od 1994 r. z RPA wyjechało ok. 10 tys. osób, a wartość wywożonego kapitału szacuje się na kilka miliardów dolarów. Kolonie białych Afrykańczyków z Republiki Południowej Afryki powstają między innymi w Australii i Wielkiej Brytanii. Jako główną przyczynę emigracji podają oni brak poczucia bezpieczeństwa. Nelson Mandela uważa, że po okresie apartheidu exodus białych jest zjawiskiem normalnym. Ma jednak nadzieję, że prędzej czy później, gdy zorientują się oni, iż kraj zmierza w dobrym kierunku, zdecydują się na powrót. W przeciwnym razie sami zrealizują koncepcję "zachodzącego słońca", czyli stopniowego zanikania. Chyba że - jak uczyniła jedna z białych Afrykanek z RPA - po przeprowadzeniu bilansu zysków i strat stwierdzą: "Przestępczość czy niepewność jutra są ceną, jaką przychodzi nam płacić za dalsze życie w tym pięknym kraju". Frederik W. de Klerk, ostatni biały prezydent RPA, podkreślał dwa lata temu w wywiadzie dla "Wprost", że tak jak jego rodacy czuje się przede wszystkim Afrykańczykiem.
Może więc uda się kiedyś zrealizować ten piękny i ambitny zamysł arcybiskupa Tutu i na południowym krańcu Afryki powstanie "naród tęczy".

Więcej możesz przeczytać w 32/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0