Jutro będzie futro

Jutro będzie futro

Dodano:   /  Zmieniono: 
Walczę z poglądem, że wszyscy powinni mieć mniej więcej po równo, niezależnie od wykształcenia i włożonej pracy, lecz przeraża mnie poziom życia tych, co są na najniższym szczebelku drabiny dochodów
Tak to widzę


Do końca życia zaćmienie Słońca będzie mi się kojarzyło z brudnymi rękami. W dniu zaćmienia wzrok dostarczył mi tylko jednego szokującego doznania - widok farby na dłoniach po przeczytaniu pierwszej strony "Gazety Wyborczej" zadrukowanej biało na czarnym.


Liche było to nasze polskie zaćmienie. Można było pomyśleć, że Słońce schowało się za chmury, a nie za Księżyc. Nawet zaćmienie nie wychodzi nam do końca, co jest jeszcze jednym potwierdzeniem, że Polska to Nanibia. Wszystko dzieje się u nas na niby. Słońce chowa się nie do końca, rząd reformuje na pół gwizdka, piłkarze grają bez przekonania i tylko policja potrafi ranić gumowymi kulami bez jednego wystrzału. To ostatnie jest zresztą największym wydarzeniem ostatniego tygodnia. Gdy Słońce wstydliwie chowa się za Księżycem, policja pacyfikuje chłopów przy włączonych kamerach w porze głównych dzienników telewizyjnych. Na taką otwartość nie każda władza się godzi. Ale w końcu co ma ukrywać nasza władza? Że jest stanowcza? Straszliwie pretensjonalne wydało się nazywanie zaćmienia Słońca ostatnim wielkim spektaklem tego tysiąclecia, co na okrągło słyszałem w radiu i telewizji. Ale jakiś sens w tym określeniu jest. Spektakl cieszył się tak wielkim powodzeniem, bo należał do nielicznych, które można obejrzeć bez biletu. Przynajmniej na trzy godziny ludzie byli więc naprawdę równi. Słońce po chwili jednak wylazło zza Księżyca i równość się skończyła - dla jednych świeci trochę mocniej i trochę dłużej, dla innych przeciwnie. I znowu ludzie żyją w dwóch różnych światach. Dokładnie różnych. Według opublikowanego w czerwcu raportu ONZ, w skali świata nierówność dochodów i poziomu życia osiągnęła już zupełnie groteskowe rozmiary. W 1998 r. trzej najbogatsi ludzie na świecie - Bill Gates, sułtan Brunei i niejaki Walton z rodziną, do których należy w USA sieć sklepów spożywczych Wal-Mart - mieli aktywa warte 135 mld dolarów, czyli tyle, ile wynosi produkt narodowy 43 najbiedniejszych krajów świata. Wszystkie dzieci na świecie miałyby dostęp do edukacji, gdyby tylko dwustu najbogatszych ludzi świata przeznaczyło na ten cel 1 proc. swoich dochodów. Walczę z poglądem, że wszyscy powinni mieć mniej więcej po równo, niezależnie od wykształcenia i włożonej pracy, lecz przeraża mnie poziom życia tych, co są na najniższym szczebelku drabiny dochodów. Część rodziców - i słusznie - bierze sobie u nas do serca sugestie naukowców, że przed ukończeniem drugiego roku życia dziecko w ogóle nie powinno być w okolicy włączonego telewizora, i równie świeże odkrycie, że Mozart czy Bach dobrze wpływają na dziecięcy mózg, albo zastanawia się, czy lepsze będzie dla latorośli przedszkole amerykańskie, czy francuska podstawówka. Ale w tym samym czasie półtora miliona polskich dzieci żyje poniżej ustawowej granicy ubóstwa, a co piąte dziecko w wieku od 9 do 15 lat jest niedożywione. I w takiej sytuacji rząd zastanawia się, czy nie zlikwidować Funduszu Alimentacyjnego, w gruncie rzeczy jedynego sposobu, by dzieciom z rozbitych rodzin dać choćby część tego, czego nie można wyegzekwować od zapijaczonych i mających wszystko gdzieś panów tatusiów. Mówimy o ponad 300 tys. dzieci, na których utrzymanie w zeszłym roku przeznaczono średnio po 130 zł. Czy to też za dużo? Chyba tak, skoro pojawił się pomysł wrzucenia całego systemu alimentacyjnego do opieki społecznej, która i tak nie ma pieniędzy. W zasadzie pomysł jest logiczny. Przecież dziatwa i zagonione matki nie przyjdą pod kancelarię premiera, nie zorganizują blokady dróg, nie rozpoczną okupacji żadnego urzędu. Ale w takim razie krzyczeć musimy my. Patrzmy na ręce rządowi i pilnujmy, by zastanawiał się, co zrobić, żeby Fundusz Alimentacyjny funkcjonował jak należy i aby pieniądze trafiały do tych, do których trafić powinny, a nie, co zrobić, by fundusz po cichu zniszczyć. Zgodnie z sugestią Dalajlamy w czasie zaćmienia zamknąłem usta i większą uwagę niż na tym, co widzę, skupiłem na oddechu. Oddech nie pod- powiedział mi wprawdzie, że wokół dzieje się coś nadzwyczajnego, ale też wyczułem w atmosferze oczekiwanie ludzi, że coś nadzwyczajnego może się stać. Być może największym sukcesem jest fakt, że w dniu zaćmienia nic nadzwyczajnego się nie stało. Nie wygrali w totka ludzie obstawiający numery 1, 6, 8, 27 i 71 (odpowiednio: Słońce, Księżyc, ciemność, zaćmienie i Ziemia), a stacja Mir nie spadła na Paryż. Na całe szczęście nie nastąpił też, jak chcieli bułgarscy komuniści, koniec kapitalizmu, co równałoby się zaćmieniu permanentnemu. Jednym słowem, nie stało się nic, co zwolniłoby nas z nakazu "róbmy swoje" i z obowiązku ciągnięcia naszego wózka jak dotychczas (tym bardziej że trzeba nadrobić straty wynikłe z przyglądania się zaćmieniu - w Wielkiej Brytanii 800 mln dolarów). Nie uwolni nas od tego żaden koniec świata, a przynajmniej nie wtedy, kiedy będziemy tego oczekiwać. Komentując zaćmienie Słońca Lech Wałęsa powiedział: "Przesłonięta kuleczka. Ktoś tym kręci i rządzi. Tak to widzę". Nie tylko on. Gdy Jaser Arafat zarządził zamknięcie w dniu zaćmienia sklepów w Gazie i na Zachodnim Brzegu Jordanu, większość sklepikarzy odmówiła. "Jeśli Bóg będzie chciał, byśmy zamknęli, znajdzie sposób, by nam to powiedzieć" - powiedział jeden z nich. Też tak to widzę.
Więcej możesz przeczytać w 34/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0