Chłopski rozum

Chłopski rozum

Dodano:   /  Zmieniono: 1
Rozmowa z ADAMEM TAŃSKIM, prezesem Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa, byłym ministrem rolnictwa i gospodarki żywnościowej
"Wprost": - Jak duże powinno być przeciętne gospodarstwo polskiego rolnika?
Adam Tański: - Takie, by jego właściciel osiągał dochód porównywalny z uzyskiwanym przez pracujących poza rolnictwem. Co prawda we wszystkich krajach, również w Unii Europejskiej, rolnictwo daje niższe dochody, ale inna jest sytuacja niemieckiego rolnika - który jeśli nawet zarobi połowę tego, co w mieście, to i tak zarobi dużo - a inna polskiego. 40 proc. średniej płacy to tylko 700 zł. Dochód z gospodarstwa nie musi jednak zależeć od jego wielkości.
- W Polsce wciąż się mówi o małych, biednych gospodarstwach. Dlaczego przez dziesięć lat transformacji nie udało się rozpocząć budowy prężnych, osiągających wysokie dochody farm?
- Częściowo się udało. 15-20 proc. gospodarstw uzyskuje dochody na przyzwoitym poziomie, nawet 80 proc. tego, co można osiągnąć poza rolnictwem. Niektóre zarabiają więcej niż w innych działach produkcji. Takie efekty można uzyskać również w gospodarstwie małym, specjalistycznym. Obszar nie jest więc właściwą miarą. Politycy przeciwstawiający duże i małe gospodarstwa robią błąd, choć rzeczywiście na świecie widać tendencję do zwiększania ich powierzchni i tym samym wielkości produkcji. Nie znaczy to jednak, że mamy szybko likwidować małe gospodarstwa. Pozostały one choćby we Włoszech czy Grecji i specjalizując się w produkcji wybranych upraw, dają przyzwoite dochody.
- U nas jednak pakt dla wsi zamknie możliwość rozwoju małych gospodarstw. Tylko ci, którzy mają wielohektarowe uprawy, będą mogli dokupić ziemię. "Małorolni" zostaną zmuszeni do sprzedaży swoich gruntów.
- W większości krajów unijnych państwo nie hamowało rozwoju gospodarstw. Wyjątkiem jest Francja, gdzie przepływ ziemi jest kontrolowany. Prawo do powiększania zasobów mają tam tylko te gospodarstwa, które zostały uznane za rozwojowe. Dzięki temu struktura agrarna Francji się poprawiła. Mądra interwencja rządu więc nie zaszkodzi.
- Czy nie jest jednak spóźniona i nie zostanie storpedowana przez rolników, którzy już żadnemu rządowi nie uwierzą?
- Żadna, nawet najlepsza polityka rolna nie mogła uzdrowić zupełnie polskiego rolnictwa w ciągu dziesięciu lat. Na wsi zmiany następują stopniowo i powoli. Żaden rząd nie jest w stanie radykalnie tego przyspieszyć. Tylko wzrost gospodarczy i tworzenie miejsc pracy poza rolnictwem stworzy szansę zmian na wsi. Dopiero gdy rolnicy będą przekonani o możliwości pracy poza rolnictwem, zdecydują się sprzedać ziemię innym gospodarzom.
- Od dziesięciu lat nie udało się rozwiązać nawet problemu pracowników byłych PGR-ów.
- W szczytowym okresie przekształceń, czyli w roku 1994, bez pracy zostało około stu tysięcy pracowników PGR-ów. W tej chwili na zasiłku pozostaje 35 tys. osób, których ostatnim miejscem pracy był PGR. Tak więc ponad połowa znalazła zatrudnienie, choć jest to środowisko szczególnie słabo przygotowane do pracy w innych zawodach.
- A dwa i pół miliona rolników, którzy będą musieli odejść ze wsi, jest przygotowane?
- W wypadku PGR-ów to władza ustawodawcza zdecydowała o ich przekształceniach. Dwie trzecie tych przedsiębiorstw było zagrożonych upadłością i rząd nie miał wyboru. W rolnictwie indywidualnym proces odchodzenia ze wsi będzie przebiegał stopniowo i dobrowolnie. Jest więc czas na kształcenie ludzi do pracy poza rolnictwem.

Alternatywą dla budowanego systemu są gwarantowane ceny minimalne oraz powrót do PRL


- Ale rządowy "Pakt dla rolnictwa i obszarów wiejskich" ma zapobiec przedłużaniu wegetacji niedochodowych gospodarstw. Myśli pan, że przyspieszy on zmiany w rolnictwie?
- To politycy rzucili hasło paktu, którego pomysł uważam za wadliwy. Rząd nie może rządzić, paktując z kolejnymi grupami pracowniczymi - w ten sposób podważa porządek demokratyczny. Miejscem do podejmowania strategicznych decyzji jest parlament. Układanie się poza nim i zmuszanie go do akceptowania dogadanych programów doprowadzi do zakłóceń w rządzeniu państwem.
- Wydaje się jednak, że rząd ma niewielki wybór: albo paktowanie, albo blokady dróg.
- Środowiska wiejskie mają już dosyć programów ideologicznych, których było kilkanaście od roku 1989, a z których nie wynikały prawie żadne działania. Rolnicy muszą po prostu rozumieć zachowania rządu. Do tej pory zaś nie rozumieli - interwencje rządu były wymuszane sytuacją, a ich skutki czasem powodowały katastrofę. Perturbacje na rynku zbożowym, potem na rynku żywca wieprzowego, zaczęły się od fatalnej interwencji w 1996 r., kiedy rząd wyznaczył zbyt wysoką, bo wynoszącą ponad 600 zł, cenę interwencyjną za tonę pszenicy. Na skutek wzmożonego importu i nadprodukcji rynek się załamał.
- Czy obecny pakt to też tylko ideologia?
- Ten pakt ma szansę się zamienić w narodową politykę rolną. By tak się stało, musi być uzgodniony w Sejmie i przyjęty z poparciem opozycji, ponad podziałami partyjnymi. Powinien wyraźnie określać rolę rządu w interwencji na rynku rolnym i przemianach strukturalnych i być realizowany przez kolejne rządy. Stabilność jest nam szczególnie potrzebna w przededniu wstąpienia do Unii Europejskiej. Narodowa polityka rolna wzmocni naszą pozycję negocjacyjną w Brukseli. Wcale przy tym nie ma pewności, że po wejściu do UE nastąpi poprawa sytuacji ekonomicznej polskich rolników z powodu otwarcia rynków na ich produkty i wzrostu cen. Dlatego tak ważne dla naszego rolnictwa są dopłaty kompensacyjne, z których korzystają rolnicy unii. Musimy zatem przekonać naszych partnerów z Brukseli, że równym obowiązkom powinny odpowiadać równe prawa.
- W interesie państwa jest więc zachęcanie rolników do szukania pracy w mieście, a tymczasem ciągle trudno odrolnić ziemię czy podzielić gospodarstwo.
- Z odrolnieniem ziemi niskich klas nie ma problemu. Decyzje w tych sprawach podejmują samorządy i wojewodowie. Na przekwalifikowanie gruntów najwyższych klas, których w Polsce jest rzeczywiście mało, potrzebna jest zgoda ministra rolnictwa i gospodarki żywnościowej. Nie znam wypadku, by odmówiono zgody na uzasadnione inwestycje. To, że w miastach, nawet w Warszawie, można znaleźć gospodarstwa rolne, wynika z planów przestrzennego zagospodarowania, które zmieniane są powoli. Rolnicy wcale się jednak nie palą do odrolniania ziemi - opłaca im się utrzymać status rolnika, choćby ze względu na ubezpieczenie.
- Rolnictwo to nie jedyny trudny punkt w negocjacjach z UE. Dotychczas sprawą sporną była też reprywatyzacja. Teraz, zgodnie z przygotowywanym projektem, na kierowanej przez pana agencji spocznie główny ciężar urzeczywistniania reprywatyzacji.
- Z ponad 4,6 mln ha ziemi przejętej przez agencję 60 proc. obszarów jest dzierżawionych, 900 tys. ha sprzedaliśmy lub przekazaliśmy nieodpłatnie gminom, kościołom i innym. Do reprywatyzacji zostawiliśmy ok. 2 mln ha ziemi. Zgodnie z rządowym projektem, mamy współuczestniczyć w realizacji ustawy reprywatyzacyjnej i jesteśmy w stanie to zrobić bez pomocy budżetu. Zapewnimy samofinansowanie tej operacji w ramach środków z prywatyzacji pozostałego mienia.
- I nie obawia się pan, że dawni właściciele gruntów i nieruchomości sprzedanych przez AWR SP będą przeciw agencji występować do sądów?
- Od początku przestrzegaliśmy zasady, że tam, gdzie były zgłoszone wiarygodne roszczenia reprywatyzacyjne, nie sprzedawaliśmy ziemi, tylko ją oddawaliśmy w dzierżawę. Dzierżawcy wiedzą, że do uprawianego przez nich gruntu zgłoszono roszczenia. Poza tym - według wstępnego rozeznania - większość właścicieli będzie chciała sprzedać ziemię dzierżawcom, być może szybciej i nawet korzystniej, niż by to robiła skrępowana procedurami agencja. Dla tych byłych właścicieli, których ziemię sprzedano, przewiduje się bony rekompensacyjne; za nie będą mogli nabyć nieruchomości oferowane przez agencję.
- Obawia się pan tej reprywatyzacji?
- Nie, ale uważam, że jest spóźniona. Rząd Jana K. Bieleckiego, w którym kierowałem resortem rolnictwa, też nie wykorzystał szansy na szybki zwrot zagrabionego majątku. Teraz jest szansa zbudowania porozumienia ponad podziałami. Natomiast agencja jest do realizacji tej ustawy przygotowana.
- Był pan ministrem rolnictwa i gospodarki żywnościowej w 1991 r. Od tego czasu zajmuje się pan problemami wsi. Czy przez te wszystkie lata rzeczywiście udało się jedynie rozwiązać problem braku sznurka do snopowiązałek?
- Rolnictwo w PRL było podtrzymywane za pomocą ogromnych dotacji do skupu, żywności, nawozów, pasz. Te dotacje kryły nieefektywność i brak zmian w strukturze agrarnej. Trwający proces odchodzenia od dotacji to nasz sukces, choć rodzi napięcia i budzi lęk rolników. Niestety, rządy robią za mało, by ten lęk zredukować i wytłumaczyć, że sytuacja jest pod kontrolą.
- Jak chłopi mają w to uwierzyć, jeżeli w tym roku nie udało się nawet sprawnie rozpocząć skupu zbóż?
- Rząd usiłuje przełamać monopol punktów skupu, które przerzucały na rolników niskie ceny. Założono, że 450 zł za tonę pszenicy to realna stawka. Rząd przez stopę preferencyjną kredytu skupowego zachęca do oferowania tej ceny. Trzeba boleć tylko nad tym, że zbyt późno wydano rozporządzenie umożliwiające branie przez punkty skupu kredytów preferencyjnych na zakup zbóż. Natomiast gwarantując ceny, rząd zmuszałby skupujące firmy do płacenia 450 zł za tonę pszenicy i musiałby wyrównywać im ewentualne straty. Wtedy nastąpiłoby zniszczenie mechanizmów rynkowych i powrót do gospodarki sterowanej. Dlatego, choć widzę błędy, uważam, że trzeba wspierać rząd w tych działaniach. Alternatywą dla budowanego systemu są gwarantowane ceny minimalne i powrót do PRL.

Więcej możesz przeczytać w 34/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 1