Wakacje gangsterów

Wakacje gangsterów

Dodano:   /  Zmieniono: 
Polscy gangsterzy "średniego szczebla" i "żołnierze" pracujący dla największych grup przestępczych w kraju opanowali turystyczny kurort w Łebie
Mieszkają w najdroższych w mieście apartamentach, popijają drinki w ekskluzywnym hotelu Neptun, wystawiają na pokaz swoje prywatne jachty zacumowane przy tamtejszej przystani. W ubiegłych latach wypoczywali w Międzyzdrojach i Świnoujściu, ale wypłoszyły ich stamtąd "nocne brygady" - antyterroryści patrolujący gangsterskie tereny turystyczne. Przestępczy półświatek poszukał sobie innego, spokojniejszego miejsca. Wybór padł na atrakcyjne dla turystów Księstwo Łebskie.

Latem w Łebie najwięcej samochodów ma rejestracje łódzkie i warszawskie. Wypoczywa tu przede wszystkim Pruszków. Bossowie zjawiają się rzadko, najczęściej na pokładzie jachtów. - Niektóre łodzie należą do szefów grup. Wpadają tu rzadko, ale przez całe wakacje czekają na nich zarezerwowane loże w kontrolowanych przez nich lokalach. Nikt inny nie ma prawa tam usiąść - mówi pracownik jednej z łebskich restauracji. Ulubionym miejscem wizyt "gości" jest największa w mieście dyskoteka Viva przy ul. Morskiej. Codziennie bawi się tu około trzystu młodych ludzi. Nieco więcej przychodzi w czwartki, kiedy odbywają się pokazy kobiecych zapasów w kisielu. Dla tylu ludzi dostępnych jest tylko kilka niedużych stolików. Są też dwie duże i wygodne loże, które jednak zawsze są puste. Kiedy ktoś, zmęczony tańcem, próbuje tam odpocząć, natychmiast jest usuwany przez barczystych ochroniarzy. Jeśli od razu wstaje, może wrócić na parkiet, gdy próbuje podjąć z ochroniarzami jakąś dyskusję, jest wyrzucany z dyskoteki. W lokalu obowiązuje też całkowity zakaz fotografowania. Nie wolno robić zdjęć nawet tańczącym, nie mówiąc już o lożach i ich ewentualnych użytkownikach. Porządku pilnuje kilkunastu dobrze zbudowanych, młodych, krótko ostrzyżonych mężczyzn w dresach. Ważniejsi gangsterzy widywani są w ekskluzywnym hotelu Neptun. Zasiadają wtedy w hotelowej kawiarni - w loży z widokiem na morze. Miejscowi poznają ich po samochodach - przeważnie najnowszych modelach jaguarów i mercedesów. Podjeżdżają przed hotel wolno i dostojnie. Co innego młodzi "żołnierze". Ci potrafią urządzić sobie na zatłoczonych uliczkach Łeby prawdziwe wyścigi samochodowe. Wśród przerażonych kuracjuszy mkną wtedy z dużą prędkością mercedesy nieco starszego typu. Za kierownicą siedzą ubrani w dresy, a nierzadko podchmieleni młodzieńcy, z wnętrza dobiega głośna muzyka dyskotekowa. Grupy przestępcze opanowały branżę rozrywkową w Łebie jeszcze przed rozpoczęciem sezonu letniego, ściągając od restauratorów wysokie haracze lub przejmując udziały w zyskach z turystyki w zamian za długi. Niektórzy już kilka lat temu poczynili stosowne inwestycje. Oskarżony o udział w zorganizowanej grupie przestępczej Ryszard K. ze Szczecina, członek gangu Oczka, zanim trafił do aresztu, przejął część udziałów w lokalu Viva przy ul. Morskiej w Łebie. Ryszard K. był idealnym figurantem: nie karany, wykształcony (z zawodu weterynarz), o miłej powierzchowności. Mało kto przypuszczał, że mieszkaniec Szczecina może mieć związek z półświatkiem. Nie wiedzieli tego nawet gangsterzy z konkurencyjnej grupy, którzy przed dwoma laty zdemolowali jego lokal. Oberwało się nie tylko ochroniarzom, ale także samemu właścicielowi. Napastnicy pokazali, na co ich stać, po czym odjechali BMW, volvo i audi na warszawskich numerach rejestracyjnych. Porządek w Łebie zaprowadził dopiero Marek K., pseudonim Oczko - szara eminencja szczecińskich i warszawskich grup przestępczych.


Przestępczy półświatek wypoczywa tego lata w Łebie

W tym roku w Łebie panuje spokój. Oficjalnie nikt nikogo nie bije i nie demoluje lokali. - Policjanci z tamtejszego komisariatu nie mają sygnałów o próbach zastraszania restauratorów, burdach w lokalach, rozbojach czy wymuszeniach. Sezon letni nie przyniósł niepokojącego wzrostu przestępczości na tym terenie. Ostatnio notowane są jedynie kradzieże tablic rejestracyjnych - analizuje meldunki nadkomisarz Marek Kąkolewski z Komendy Wojewódzkiej Policji w Gdańsku. Turyści z przestępczym rodowodem nie dają organom ścigania powodów do zatrzymania. - To już nie są gangsterzy, tylko "biznesmeni" - mówi oficer Komendy Głównej Policji. - Nie strzelają, nie kradną, nie popełniają pospolitych przestępstw. Prowadzą legalne interesy. Nielegalne są jednak pieniądze, które zainwestowali. Dzięki nim stali się właścicielami wielu popularnych miejsc, chętnie odwiedzanych przez turystów. Owszem, wypoczywają w Łebie, ale są u siebie. "Żołnierze" działają dyskretnie. Nawet bez bijatyk potrafią skutecznie utrudniać życie konkurencji spoza swojego kręgu. - Ponad dwa miesiące temu piłem kawę w popularnej w mieście kawiarni. Widziałem kilkunastu rosłych facetów, którzy zajęli stoliki przy barze. Bacznie obserwowali ruch w interesie. Nie złożyli żadnego zamówienia, mimo że kelnerka podchodziła do nich kilka razy. Prawie z sobą nie rozmawiali. Przez godzinę po prostu siedzieli i wlepiali wzrok w otoczenie. Kiedy wychodzili, jeden z nich podszedł do barmana. Słyszałem, co powiedział: "Wiesz, że tu wrócimy!". Chwilę potem cała grupa odjechała z piskiem opon kilkoma samochodami na warszawskich i łódzkich numerach. To były nowe BMW i mercedesy. Zwróciłem na nie uwagę już wcześniej, gdy na chwilę wyszedłem z kawiarni. Wszystkie auta stały na wąskim chodniku, mimo zakazu parkowania. Nie widziałem mandatów za wycieraczkami - opowiada szczeciński biznesmen, który incydent w kawiarni określił jako demonstrację siły. Dziwne obyczaje panujące w innym lokalu w Łebie poznała turystka z Bydgoszczy. - Poza lożą przy oknie wszystkie miejsca były zajęte, zatem z przyjacielem usiedliśmy właśnie tam. Natychmiast podeszła do nas kelnerka i powiedziała, że te miejsca są zajęte. Mój partner odparł, że nie widzi napisu "reserve". Po chwili stanął przed nami dobrze zbudowany facet i kategorycznie oznajmił: "Proszę stąd wyjść. Tu nie wolno siadać". Przyjaciel próbował oponować. Nie wyszło mu to na dobre. Ochroniarz wziął go pod ramię i wyrzucił za drzwi. Nikogo to nie zdziwiło. Ktoś przy sąsiednim stoliku powiedział obojętnym głosem, że "w loży siada tylko mafia". Do niedawna podobne sytuacje można było zaobserwować w Świnoujściu i Międzyzdrojach - miastach, które w sezonie letnim zdominowane były przez nie regulujących rachunków gangsterów. - Kto nie chciał, by jego restauracja została puszczona z dymem, musiał to tolerować albo regularnie płacić haracz. Oficjalnie nikt się do tego nie przyznaje, ale wiadomo, że tak robiło 80 proc. ludzi z branży gastronomiczno-rozrywkowej. Stawianie oporu nie miało sensu. Mało kto wierzył w skuteczność policji. Lepiej było zapłacić i spać spokojnie - wspomina właściciel nocnego klubu. Gangsterzy podporządkowali sobie nie tylko właścicieli kawiarni i dyskotek, ale także wiele zakładów usługowych na wybrzeżu. Znany z brutalności i kokainowego nałogu Jacek P., pseudonim Ślepak (z gangu Oczka), wraz z trzema kompanami sterroryzował mieszkańca Świnoujścia, grożąc mu połamaniem kości, obcięciem ręki i wysadzeniem w powietrze salonu fryzjerskiego, gdyby mężczyzna nie zapłacił 10 tys. marek. Z kolei nafaszerowani sterydami gangsterzy, zwani mutantami, przejęli sieć agencji towarzyskich w Świnoujściu. Wprawdzie oskarżono ich o dokonanie wymuszeń rozbójniczych, terroryzowanie właścicieli lokali rozrywkowych i pobicie ochroniarzy z klubu Ekstaza, ale przestraszeni świadkowie oraz poszkodowani wycofali przed sądem swoje wcześniejsze zeznania. Twierdzili, że nikt ich nie bił, nie ściągał od nich haraczy i niczego nie pamiętają. Były właściciel Ekstazy zarzekał się przed sądem, że nie pamięta nawet, co jadł na śniadanie. Gangsterzy przez lata działali bezkarnie. Milczeli poszkodowani, milczeli świadkowie. Dzięki temu wiele lokali stało się własnością przestępców. Część przejmowano w zamian za długi, inne zyskiwały podstawionego właściciela. Poszkodowani restauratorzy zazwyczaj nie mieli czystego sumienia: serwowali swoim klientom alkohol pochodzący z przemytu i przymykali oczy na handel narkotykami. - Przestępcy potrafili to wykorzystać, wiedzieli, kogo mogą bezkarnie łupić. Mieli gwarancję, że właściciel lokalu, ukrywający swoje dochody i zasilający szarą strefę, nie zgłosi się na policję - mówi komisarz Krzysztof Targoński ze szczecińskiej KWP. Przed tegorocznym sezonem letnim podwarszawskie grupy sprawdzały nowe tereny turystyczne. Przygotowywały się m.in. do uruchomienia swojego "centrum uciech" w Trzebiatowie. Adrian M. z Warszawy zorganizował na wybrzeżu grupę "żołnierzy" ściągających haracze w wysokości 100 tys. zł. Plany te pokrzyżowała policja. Spokojniejszym miejscem okazała się Łeba. Opanowano ją według "szczecińskiego scenariusza". Mieszkańcy rzadko skarżą się jednak na przestępców. Poza zabawami w wyścigi "żołnierze" dbają, by w głupi sposób nie podpaść policji. Najważniejsze dla nich i ich przywódców są bowiem ogromne pieniądze, które można zarobić w czasie wakacji w kontrolowanych lokalach. Przez liczącą tylko kilka tysięcy mieszkańców Łebę w ciągu wakacji przewija się przecież kilkaset tysięcy turystów.

Więcej możesz przeczytać w 34/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0