Różowa kołderka

Różowa kołderka

Przeprowadzone w 1972 r. badania wykazały, że banki nie chciały udzielać kobietom kredytów. Tłumaczono, że kobiety mogą w każdym momencie przerwać pracę, są zatem niewiarygodne
Ostatnie sierpniowe wieczory spędziłam na lekturze książki prof. Kazimierza Ślęczka "Feminizm. Ideologie i koncepcje społeczne współczesnego feminizmu". Książki fascynującej. Pełnej mądrej potrzeby zgłębienia i zrozumienia tego, o co tym kobietom tak naprawdę chodzi. I czy wszystkim, czy tylko niektórym? Napisanej ze swadą i oczywiście naukowym zacięciem, jak na profesora przystało. Czyta się ją jak feministyczny kryminał i bynajmniej nie tylko dlatego, że złoczyńcą okaże się mężczyzna, a jego ofiarą słaba kobieta. Do końca bowiem nie wiadomo, czy sprawiedliwości stanie się zadość.

Nietuzinkowo zaczyna się już wstęp: książka powstawała przez wiele lat i zmieniała się jej koncepcja, tak jak zmieniał się świat, w który miała wkroczyć - przyznaje profesor. Przed dziesięciu laty polskie środowisko uznałoby temat feminizmu za egzotyczny i charakteryzujący kraje obfitości, w których "kobietom przewraca się w głowie z braku poważniejszych problemów". Mimo to na całym świecie prędzej czy później przyszedł czas na stawianie kolejnych pytań. Dlaczego feminizm pojawił się akurat w XX w., a społeczny ruch kobiet zaledwie sto lat wcześniej, skoro od wieków były powody do niezadowolenia? Dlaczego najmniejszy przejaw inteligencji i racjonalności odziera kobietę z seksualnej atrakcyjności? Dlaczego kobiety powinny pracować zarobkowo? I dlaczego chłopców kompromituje niepowodzenie, a dziewczynki sukces? Na te i na inne pytania z czasem znajdowały się odpowiedzi, nie zawsze jednak satysfakcjonujące tych, którzy je zadawali. Na szczęście z czasem zaczęły satysfakcjonować te, których bezpośrednio dotyczyły
Prof. Ślęczek przytacza m.in. takie słowa poetki Robin Morgan: "Ta nowa feministyczna świadomość czyni cię bardzo wrażliwą, nawet surową. Wszystko, począwszy od słownej zaczepki na ulicy, przez bezmyślny seksistowski dowcip twego męża, niższą zapłatę za pracę, za którą mężczyzna otrzymałby więcej, reklamy telewizyjne, teksty rockowe, różowe i niebieskie kołderki, którymi okrywa się dzieci na oddziale szpitalnym, po przemówienia mężczyzn-rewolucjonistów z daleka tchnące męską arogancją - wszystko bombarduje twój obolały mózg, który traci stopniowo jakiekolwiek możliwości obronnego wytłumienia tych rzeczy i zaczynasz dostrzegać, jak wszędobylski jest seksizm - definiowanie i dyskryminowanie połowy gatunku ludzkiego przez drugą połowę. Kiedy to już raz się zacznie, nic nie jest w stanie tego zatrzymać, przedrze się to i przez zgiełk codzienności". Tak napisała pani Robin trzydzieści lat temu.
Warto jeszcze raz przeczytać listę grzechów. W polskich realiach z pewnością trudno mówić o seksistowskim podziale na różowe i niebieskie kołderki. A reszta? Wystarczy się rozejrzeć dookoła. Chociaż.... kiedyś w tygodniku "Newsweek" na trzydziestu pięciu redaktorów pomocniczych był tylko jeden mężczyzna, za to wśród pięćdziesięciu dwóch redaktorów samodzielnych, piszących teksty, była zaledwie jedna kobieta. Wyniki przeprowadzonych w 1972 r. badań wykazały, że banki nie chciały udzielać kobietom kredytów. Tłumaczyły to tym, że kobiety mogą w każdym momencie przerwać pracę, czy to po zamążpójściu, czy po urodzeniu dzieci, są zatem niewiarygodne. Niewiarygodne. Przerwałam czytanie i mimowolnie sięgnęłam po macierzysty tygodnik. Policzyłam. Nas, piszących kobiet, jest więcej, bo aż piętnaście. Z mężczyznami idziemy prawie łeb w łeb. Do banków na wszelki wypadek nie dzwoniłam. Oczywiście to niewinny żart. Zrezygnowałam z rachunkowości, gdy przeczytałam w książce prof. Ślęczka, że kilkanaście lat temu jedna Amerykanka na trzy miała szansę paść ofiarą seksualnych nadużyć w rodzinie przed ukończeniem 18. roku życia, najczęściej ze strony krewnego lub przyjaciela domu. Kiedy już znalazła się w college?u, była narażona na gwałt na jednej z pięciu randek. Dziewięć na dziesięć było z pewnością seksualnie molestowanych w pracy.
Ale co tam Ameryka. Biorę do ręki komentarz Komitetu Praw Człowieka dotyczący raportu złożonego przez stronę polską. Czytam w nim, że komitet ponownie wyraża zaniepokojenie licznymi formami dyskryminacji kobiet zarówno w społeczeństwie polskim, jak i w naszym systemie prawnym, z zaniepokojeniem odnotowuje surowe prawo dotyczące aborcji, którego skutkiem jest duża liczba potajemnych zabiegów przerywania ciąży, co wiąże się z zagrożeniem dla życia i zdrowia kobiet, ograniczony dostęp kobiet do środków antykoncepcyjnych na skutek wysokich cen i ograniczonej możliwości otrzymania odpowiednich recept, wyłączenie z programu szkolnego edukacji seksualnej. Komitet jest zaniepokojony niewielką liczbą kobiet na wysokich stanowiskach technicznych, menedżerskich i politycznych przy stosunkowo wysokiej liczbie pracujących na gorzej płatnych posadach, a także tym, że średnia płaca kobiet sięga zaledwie 70 proc. zarobków mężczyzn. Nie mówiąc już o tym, że za taką samą pracę kobiety i mężczyźni otrzymują różne wynagrodzenie i o tym, że pracodawcy żądają od ubiegających się o pracę kobiet przeprowadzenia testów ciążowych. Zdaniem członków komitetu, należy również wyeliminować dyskryminującą kobiety różnicę wieku emerytalnego obu płci. Uff. I pomyśleć, że gdzie indziej problemem jest kolor kołderki, jaką przykrywa się niemowlaka. Mimo że ten o seksizmie nie ma jeszcze najmniejszego pojęcia.
Okładka tygodnika WPROST: 35/1999
Więcej możesz przeczytać w 35/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0