Republika Bartoszyce

Republika Bartoszyce

Dlaczego w Bartoszycach doszło do starć mieszkańców z policją?
Policja w Bartoszycach dzieli się na "swoich" i "czarnych". "Swoi" to funkcjonariusze Komendy Powiatowej Policji, za którymi nikt tutaj może nie przepada, ale też nikt nie ma ochoty wdawać się z nimi w bijatykę. "Czarni" to policjanci z oddziałów prewencji, używani do usuwania rolniczych blokad. Bartoszyccy chłopi z "prewencją" ścierali się w tym roku już trzy razy: zimą w pobliskich Bezledach - podczas blokady przejścia granicznego z obwodem kaliningradzkim, w maju - gdy zablokowali drogę koło Lidzbarku Warmińskiego, a po raz trzeci 19 sierpnia, gdy zdesperowani niemrawo organizowanym skupem zboża zablokowali ruch na drodze w Bartoszycach. - I w Bezledach, i pod Lidzbarkiem policja rozbiła nasze blokady. W Bartoszycach stało się inaczej, bowiem w naszej obronie stanęli mieszkańcy miasta. Wielu z nich pochodzi z okolicznych wsi, tam ma rodziny, więc identyfikuje się z naszymi problemami - mówi Jerzy Bachar, przewodniczący koła powiatowego Samoobrony i wiceprzewodniczący rady powiatowej w Bartoszycach.
Jerzy Bachar podkreśla jednak, że do ostatnich zajść wcale nie musiało dojść. Blokujący drogę chłopi ustąpili bowiem na widok nadchodzących oddziałów prewencji. Odblokowaną drogą ruszyły już tiry, gdy niespodziewanie nastąpił atak policji. W tłum zaczęto strzelać gazem. To wywołało wściekłość gapiów z pobliskiego osiedla, zwanego tu Hamburgiem. Obie lokalne stacje telewizyjne nagrały film w czasie starć. Na obu taśmach widać wyraźnie, że do bijatyki doszło już po odblokowaniu drogi, gdy policja zaczęła zatrzymywać uczestników blokady.
Tydzień po "bitwie bartoszyckiej" emocje w mieście opadły. Poczucie triumfu jednak jest nadal silne. - Ludzie okrzepli w tych blokadach. Niewątpliwie mają teraz poczucie siły - mówi Zbigniew Ciechomski, wójt gminy wiejskiej Bartoszyce. Tymczasem okoliczni rolnicy nie ukrywają, że wygrane starcie z policją będzie dla nich kartą przetargową przy każdym następnym konflikcie. - Pokazaliśmy im, że nie można nami bezkarnie pomiatać. Mam nadzieję, że będą długo o tym pamiętali, bo jak nie, to znowu wyjdziemy na drogę i niech tylko spróbują nas ruszyć - podkreśla z naciskiem jeden z mieszkańców wsi Połęcze.
W rozpraszaniu tłumu oprócz oddziałów prewencji brała też udział kompania słuchaczy szkoły policyjnej ze Szczytna. Wśród nich byli również mieszkańcy Bartoszyc. W Hamburgu nikt nie ukrywa, że będzie im to "długo pamiętane". - Wiemy, że dostali rozkaz i dlatego poszli do ataku. Ale bili swoich, a tego tu się tak łatwo nie zapomina. Rodzice kilku z nich chodzili po osiedlu i przepraszali sąsiadów - mówi Paweł, krótko ostrzyżony dziewiętnastolatek. Podział na "swoich" i "obcych" jest w Bartoszycach bardzo silny. Spora część mieszkańców miasta albo pochodzi z okolicznych wsi, albo ma tam rodziny, nie wyłączając członków władz samorządowych oraz policji. - Jeden z naszych kierowników dostał się przypadkiem w sam środek zamieszek, bo akurat przywiózł coś do jedzenia swojemu szwagrowi, który od dwóch dni stał w kolejce do elewatora - wspomina Krzysztof Nałęcz, sekretarz miasta.
Poczucie solidarności jest tak silne, że z "czarnymi" nie identyfikują się nawet miejscowi policjanci, wyraźnie dystansując się od poczynań swoich kolegów z Olsztyna. - Proszę napisać, że w ostatnich starciach pod elewatorem my nie braliśmy udziału. Organizowaliśmy tylko objazdy. Uważam, że wyszliśmy z tej całej awantury z twarzą - mówi jeden z bartoszyckich funkcjonariuszy. Także mieszkańcy Hamburga podkreślają, że "miejscowe" radiowozy zniszczono w czasie starć przez przypadek.
Wbrew informacjom, które opublikowano po zakończeniu starć z policją, nie brali w nich udziału wyłącznie chuligani, dla których była to doskonała okazja do rozróby. Zdecydowaną większość - co podkreślają także przedstawiciele władz samorządowych - w tłumie miotającym kamienie i kawałki płyt chodnikowych oraz kopiącym leżących policjantów stanowili tzw. zwykli obywatele. Każdy chciał trafić policjanta. Z opublikowanych w prasie wspomnień poszkodowanych w zajściach funkcjonariuszy wynika, że napastnikami były nawet starsze kobiety. Być może dlatego w Bartoszycach trudno spotkać kogoś, kto nie trzymałby strony rolników. Lokalna rozgłośnia radiowa dzień po zajściach udostępniła na kilka godzin antenę mieszkańcom. Przeważająca część dzwoniących potępiła działania policji. - Nie jestem zwolennikiem rozwiązywania problemów na ulicy. Ale gdy próbuję ustalić, dlaczego akurat tutaj doszło do bitwy, nasuwa się tylko jedna odpowiedź: to wzięło się z biedy - wyjaśnia Janusz Dąbrowski, starosta, a poprzednio burmistrz Bartoszyc przez dwie kadencje.
Do 1990 r. Bartoszyce, liczące 28 tys. mieszkańców, były jednym z prężniej rozwijających się miast w dawnym województwie olsztyńskim. Bartoszyczanie pracowali w Zakładach Dziewiarskich Morena, które zatrudniały prawie 1,5 tys. osób, w jednej z trzech firm budowlanych bądź w kilku mniejszych zakładach. Pracy w nich szukali także mieszkańcy okolicznych wsi. To przede wszystkim dla nich powstało duże, siedmiotysięczne osiedle mieszkaniowe zwane Hamburgiem. Nazwa wzięła się od "chamów" i "burków", jak nazywano nowo przybyłych. Dla tych, którzy pozostali na wsi, głównym pracodawcą były PGR-y. W obecnym powiecie należało do nich ok. 70 proc. ziemi.
Reformy gospodarcze zapoczątkowane przez rząd Tadeusza Mazowieckiego zburzyły tę oazę dostatku na PRL-owską miarę. PGR-y zaczęły bankrutować. - Tu było kiedyś zagłębie hodowli bydła mlecznego. Dzisiaj już nic z tego nie zostało. A do uprawy zboża nie potrzeba aż tylu ludzi. Dlatego jest tak wiele wsi, w których dominują bezrobotni - tłumaczy wójt Zbigniew Ciechomski. Podobny los spotkał mieszkańców samych Bartoszyc. Z trzech firm budowlanych została tylko jedna. Nie ma już też zakładów dziewiarskich. Wprawdzie na ich bazie powstały firmy prywatne, ale zatrudniają znacznie mniej pracowników. W efekcie ujawnione bezrobocie w obecnym powiecie bartoszyckim sięgnęło 29,1 proc., co stawia ten region na drugim miejscu w kraju. - W samym mieście ten wskaźnik jest nieco niższy, ale nasze wydatki na opiekę społeczną rosną lawinowo. To ok. 25 proc. budżetu, druga pozycja po oświacie - informuje Krzysztof Nałęcz.


W Bartoszycach trudno spotkać kogoś, kto nie trzymałby strony rolników

Brak perspektyw powoduje, że z miasta uciekają jego najmłodsi i najlepiej wykształceni mieszkańcy. Krzysztof Nałęcz wspomina, jak niedawno jeden z emerytowanych pracowników urzędu miasta skarżył się, że obie jego wnuczki, absolwentki zarządzania i marketingu oraz ochrony środowiska, nie mogą już od dłuższego czasu znaleźć pracy. Dla najlepiej wykształconych nie starczyło też etatów w utworzonym na początku roku starostwie powiatowym. Z Bartoszyc emigrują zresztą także absolwenci szkół średnich. Z danych statystycznych wynika, że w latach 1990-1998 liczba ludności w wieku przedprodukcyjnym zmalała z 33,8 proc. do 28,5 proc., a mieszkańców w wieku poprodukcyjnym przybyło - z 10,2 proc. do 12,3 proc.
Okolice Bartoszyc, mimo że miasto leży na Mazurach, nie są atrakcyjne turystycznie. Wydawało się, że szansą dla całego powiatu może być pobliskie przejście graniczne w Bezledach, łączące Olsztyn z Kaliningradem, zwłaszcza że w 1996 r. zyskało ono status przejścia międzynarodowego. Rok później powstała tu Warmińsko-Mazurska Strefa Ekonomiczna, po której obiecywano sobie napływ krajowych i zagranicznych inwestorów, gotowych stworzyć nowe miejsca pracy w zamian za ulgi podatkowe. Na razie inwestorzy się nie pojawili, a naciski Unii Europejskiej na polski rząd, wymuszające likwidację stref, powodują, że coraz mniej osób w Bartoszycach wierzy w sukces tego przedsięwzięcia.
Szansą - nie tylko dla Bartoszyc, ale i dla całego pasa przygranicznego - mógłby być rozwój handlu żywnością z obwodem kaliningradzkim. Zwłaszcza że po załamaniu gospodarczym, jakie nastąpiło w Rosji jesienią ubiegłego roku, widać już objawy ożywienia gospodarczego po tamtej stronie granicy. Tyle że oferta polskiej strony - co przyznają ze smutkiem i przedstawiciele Samoobrony, i władz samorządowych - jest dla rosyjskich kontrahentów mało atrakcyjna. Rosyjskie tiry nie zaopatrują się w kapustę, ziemniaki czy cebulę w Bartoszycach, tylko kierują się na południe. - Ten paradoks bardzo łatwo wytłumaczyć. Rosjanie to hurtownicy, którzy potrzebują jednorazowo olbrzymich ilości żywności. Tymczasem miejscowi producenci nie są w stanie przygotować dla nich takich dostaw - tłumaczy wójt Zbigniew Ciechomski.
Remedium na to ma być wybudowanie na terenie strefy specjalnej przechowalni płodów rolnych, w której można by gromadzić warzywa uprawiane przez okolicznych rolników. To pozwoliłoby na przygotowanie dla rosyjskich hurtowników odpowiedniej ilości towarów. Niestety, budowa przechowalni pozostaje na razie w sferze planów i dyskusji. Potrzebna jest też, o czym nikt w Bartoszycach głośno nie mówi, zmiana struktury upraw. - Restrukturyzacja to nie jest taka prosta rzecz. Wymaga pieniędzy, których tu po prostu nikt nie ma - mówi Jerzy Bachar. Starosta Janusz Dąbrowski w podobny sposób tłumaczy, dlaczego nie powstały w Bartoszycach zakłady przetwórstwa mięsnego, które mogłyby produkować na potrzeby rynku rosyjskiego. - Aby produkować z przeznaczeniem na eksport, trzeba spełniać bardzo surowe wymogi sanitarne. Do tego są potrzebne pieniądze, aby móc je zainwestować w niezbędne urządzenia - mówi starosta Dąbrowski.
Na razie "z granicy" żyją tylko właściciele sklepów, u których zaopatrują się mieszkańcy obwodu kaliningradzkiego. Mimo wzrostu zainteresowania zakupami w Polsce po ubiegłorocznym, październikowym załamaniu, ich obroty nie osiągnęły jednak wcześniejszego poziomu. Bartoszyccy kupcy szacują, że przybysze z zagranicy stanowią teraz ok. 15 proc. klientów, podczas gdy w najlepszych okresie czterech na dziesięciu kupujących mówiło po rosyjsku. Na brak zarobku nie narzekają natomiast Polacy i Rosjanie zajmujący się drobnym przemytem. To najbardziej kwitnąca w tej chwili "gałąź" gospodarki w Bartoszycach. Każdego dnia przez przejście graniczne w Bezledach przejeżdżają sznury samochodów wypełnionych po brzegi wódką i papierosami, które po rosyjskiej stronie są znacznie tańsze. Część przemyconego towaru trafia do licznych w okolicy nielegalnych hurtowni, a stamtąd większe transporty są kierowane dalej. Ci, którzy nie mają takiego "układu", mogą od biedy sprzedawać towar na jednej z głównych ulic miasta, tuż obok robiących to samo Rosjan.
Hitem "granicznego interesu" jest ostatnio tania rosyjska benzyna. Tyle że jej przemytem trudnią się Rosjanie, którzy potrafią kilka razy dziennie przejeżdżać przez granicę z pełnymi bakami. Rosyjskie paliwo jest mniej więcej o złotówkę tańsze od polskiego. Przedstawiciele władz samorządowych nie ukrywają, że doskonale wiedzą o "dodatkowych" dochodach wielu bezrobotnych. Ale zjawisko to jest tolerowane w imię "społecznego spokoju". Z "mrówkowym" przemytem próbowały natomiast walczyć władze celne: zimą zaczęto wpisywać do paszportów ilość wwożonego do Polski alkoholu. Gdy kilkaset "mrówek" zablokowało na dwa dni przejście graniczne, od pomysłu odstąpiono.
- Mieszkańcy Bartoszyc mają poczucie opuszczenia. I ci mieszkający w mieście, i ci ze wsi uważają, że władza centralna zjawia się tu tylko w postaci policjanta z pałką. A oni oczekują urzędnika, który rozwiązałby problem bezrobocia i braku opłacalności produkcji rolnej - tłumaczy jeden z radnych powiatowych. Starosta Janusz Dąbrowski pytany o to, czy władze samorządowe nie próbują przerzucić na rząd skutków własnej nieudolności w rozwiązywaniu lokalnych problemów, odpowiada, że to właśnie samorząd przez ostatnie osiem lat inwestował w infrastrukturę, stwarzając podstawy do dalszego rozwoju. Bartoszyce są w 80 proc. skanalizowane, mają nowoczesną oczyszczalnię ścieków, do każdego gospodarstwa domowego doprowadzono gaz, prąd i wodę. - Ale restrukturyzacja rolnictwa czy ożywienie wymiany gospodarczej z Rosją nie należą do zadań samorządu - mówi Dąbrowski.

Okładka tygodnika WPROST: 36/1999
Więcej możesz przeczytać w 36/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0