Czołg z drugiej ręki

Czołg z drugiej ręki

Dodano:   /  Zmieniono: 
Radomski Łucznik dość długo walczył z MON o to, aby armia odstąpiła firmie używane karabiny; po remoncie mógł je sprzedać za granicą łatwiej niż nowe produkty
Cenzin znalazł rynek zbytu na stare czołgi T-55, wcześniej sprzedawał wycofywane z armii samoloty. Czy tylko takie możliwości eksportowe ma polska zbrojeniówka?

- Stary sprzęt wojskowy to zaledwie kilka procent naszego eksportu - wyjaśnia Aleksander Jodko, dyrektor handlowy Cenzinu, największej polskiej centrali handlującej bronią. Obrót takim sprzętem to nie tylko polska specjalność. W latach dziewięćdziesiątych, po redukcjach w niemal wszystkich armiach świata, powstały wielkie nadwyżki uzbrojenia. Niegdyś skonfliktowane państwa zaopatrywały się głównie w nowe karabiny, czołgi, armaty, samoloty itp. Teraz mogą przebierać w tańszym i tylko nieznacznie mniej efektywnym uzbrojeniu. Z ofertami sprzedaży takiej broni występują niemal wszystkie ustabilizowane państwa, łącznie z USA. Obecnie handel używanym wyposażeniem wojskowym jest nie lada sztuką, o czym ostatnio dotkliwie przekonał się Cenzin. - Każda transakcja dotycząca uzbrojenia lub części zapasowych to ogromny wysiłek - mówi Jodko. Polska straciła swoje tradycyjne rynki zbytu. Dziś poszukujemy odbiorców przede wszystkim w Algierii, Indiach i Jemenie. Sytuację poprawia nieco sprzedaż części do wyeksportowanych niegdyś czołgów, samolotów itp.
- Sprzedaż za granicą nowego wyposażenia, nawet gdy jest ono bardzo nowoczesne, to bardzo trudne zadanie - mówi Bogdan Praski z Maskpolu Konieczki. Jego firma znana jest z produkowanych na francuskich licencjach nowoczesnych masek przeciwgazowych i tzw. odzieży filtracyjnej. Na razie ma się nieźle, ale głównie dlatego, że MON i MSWiA zmieniają z konieczności stare wyposażenie. Kiedyś to się skończy i aby przeżyć, firma będzie musiała eksportować. - Na razie udaje nam się sprzedawać za granicę, w tym do Francji i Belgii, trochę sprzętu policyjnego - wyjaśnia Praski. To nie wystarczy.
Warel z Warszawy w latach osiemdziesiątych kompletował wozy dowodzenia. Wyprodukował ich niemal 5,5 tys., także na eksport. Potem to się skończyło i dla firmy nastały chude lata. - Na szczęście zdołaliśmy się zrestrukturyzować i zmienić profil produkcji - mówi Leszek Łącki z Warelu. Firma zaczęła wytwarzać nowoczesne symulatory, czyli to, na czym szkoli się dziś każda nowoczesna armia. - Wzbudziły one zainteresowanie na przykład w Grecji, w krajach Afryki i Bliskiego Wschodu, a nawet ze względu na relatywnie niskie ceny w bogatszych państwach NATO - twierdzi Jacek Pleskot, menedżer z Warelu.


Producenci broni wierzą, że dzięki państwowemu lobbingowi znajdą nowe rynki zbytu

Star ze Starachowic zdobył w tym roku intratny kontrakt na eksport do Jemenu 550 samochodów Star 266 w wersji Tropic. - Przed laty świetną promocję zrobił nam wyposażony w nie polski kontyngent działający na wzgórzach Golan - mówi Roman Musiał, prezes firmy. W Starachowicach opracowano nowe modele starów - oznaczone liczbami 1466 i 966. - To już światowa klasa, są znacznie tańsze od podobnych zachodnich wozów - twierdzi Musiał. Star, aby przetrwać, musi sfinansować wdrożenie nowych modeli i zainwestować w unowocześnienie linii produkcyjnych. Powinien sprzedawać znacznie więcej niż obecnie. Polski rynek, także cywilny, jest zbyt płytki. Pozostaje eksport. - Liczymy na bardziej aktywny lobbing państwa oraz na korzyści z wprowadzonej niedawno ustawy offsetowej, która wymusza na firmach zagranicznych, zaopatrujących naszą armię, zakupy polskich towarów - ma nadzieję Musiał.
Warszawski Radwar, jeden z najlepszych polskich zakładów zbrojeniowych, oferujący nowoczesne urządzenia radarowe, rozpoznawcze itp., funkcjonowałby całkiem dobrze, gdyby własna armia miała nieco więcej pieniędzy, choćby na najbardziej potrzebne wyposażenie. Wojsko jest jednak biedne. - Żyjemy dzięki eksportowi - mówi Jerzy Kowalczyk z Radwaru. Ale nie jest on na tyle duży, aby firma bez obaw myślała o swojej przyszłości. Zatrudnieni w Radwarze wybitni specjaliści są nisko wynagradzani. - Szukamy nowych rynków zbytu i myślę, że dzięki państwowemu lobbingowi uda się nam je znaleźć - dodaje Kowalczyk.
Przemysł zbrojeniowy, choć przeżywa kłopoty, nadal jest atrakcyjnym kąskiem. Każdy kraj wciąż przeznacza na swoją obronę co najmniej 2-3 proc. PKB. Zbrojeniówka ciągle otaczana jest opieką państwa. Również w Polsce powstają nowe firmy liczące na pieniądze z armii. Ster-Projekt, który jest producentem i integratorem systemów dowodzenia, zatrudnia już ponad 300 osób i nie narzeka na brak zamówień. Jego urządzenia będą wykorzystywać między innymi działający w Polsce przedstawiciele NATO. Ster-Projekt wygrał przetarg na intratne zamówienie z międzynarodowego korpusu w Szczecinie. - Znaleźliśmy dla siebie przyszłościowy obszar działalności - ocenia sukces firmy Marian Gniłka, dyrektor w Ster-Projekcie.
Niestety, przemysł zbrojeniowy to nie tylko tak potrzebna dziś informatyka czy telekomunikacja. Fabryki specjalizujące się w innych dziedzinach nie przeżyją bez pomocy państwa, bez kulejącego dziś - na co zwracają uwagę niemal wszyscy menedżerowie - państwowego lobbingu. Jeżeli nic się nie zmieni, naszym jedynym "hitem eksportowym" pozostanie stary sprzęt wycofywany z własnej armii.

Więcej możesz przeczytać w 38/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0