Déja vu

Déja vu

Dodano:   /  Zmieniono: 
"Wojny gwiezdne.Część I" to film do oglądania - w takim sensie, w jakim ogląda się pocztówki z egzotycznych krajów, wystawy sklepowe albo zachody słońca na wycieczce Orbisu
Na szczęście fabuła w tym nie przeszkadza.

Słynny początkowy poziomy anons, który sunie między galaktykami, zapowiada wprawdzie historię z "odległej galaktyki", ale widz wychowany w społeczeństwie anglosaskim odnajdzie tu zadziwiająco wiele realiów, które może zaobserwować w kwartale sąsiednich ulic. O co rozpoczyna się wojna między Federacją Handlową a małą planetą Naboo? Ależ o zachowanie monopolu wielkiej korporacji handlowej, która chce wchłonąć niewielką planetę - firemkę. W świecie wolnej gospodarki to historia tak powszednia, że rzadko trafia na łamy gazet. O zwycięstwie w wojnie, która jest osią fabuły, przesądza nie tyle stosunek sił na polu bitwy, ile kampania w międzygalaktycznym parlamencie, a za jej zwycięzcę uchodzą nie tylko siły militarne, ale przede wszystkim bohaterowie zmagań parlamentarnych. A są jeszcze drobiazgi. Chodzący komputer C-3PO, wyspecjalizowany w pośredniczeniu między ludźmi i maszynami, wygłasza teksty, jakie można usłyszeć tylko od amerykańskiego komiwojażera. W finale zaś dygnitarz parlamentarny klepie po ramieniu dzieciaka, który kandyduje na rycerza Jedi, mówiąc: "Będziemy śledzić rozwój twojej kariery".
Kaleki byłby film sensacyjny bez pościgu samochodowego i proszę - mamy ekwiwalent w postaci straceńczego toru przeszkód z wyścigiem w kosmicznym tempie i efektownymi wywrotkami. W superprodukcjach od dziesięcioleci zasiedziały się sceny kolektywnego triumfu - mamy więc finałową paradę wojskową, która każdemu widzowi powyżej czterdziestki przypomni triumfalny wjazd Kleopatry do Rzymu.
W fabule zaskoczeń jak na lekarstwo. Potoczysty film dla chłopców, w trakcie którego metodą operową muzyka przygrywa do fabułki non stop, a główne figury mają nawet - jak u Wagnera - swoje sygnalne motywy. Nie kończąca się podróż z galaktyki do galaktyki przypomina "Odyseję", a historia chłopca zmuszonego do opuszczenia rodzinnego domu, aby pognębić niegodziwców, jest powtórką z niezliczonych westernów. Poza tym film jest pogodnie harcerski: przeżywania przygód nie mącą chłopcom w żadnym wieku ciągoty ku płci przeciwnej podobnie jak poważniejsze rozterki duchowe. Pokonywanie kolejnych przeszkód odbywa się na zasadzie: challenge - answer. Oczywiście, wszystko w grupie, w której trzeba się nauczyć, jak w wydajnej firmie współpracować w zespole w godzinach biurowych i okazać lojalność także poza nimi. Tak więc awangarda komputerowa i dekoracyjna działa na usługach jak najbardziej konwencjonalnej pedagogiki. Nasi ulubieńcy zachowują się na ekranie tak poczciwie, że ich przyzwoitością czujemy się znudzeni.


Jeszcze nigdy nie widziano w kinie tak doskonale zagospodarowanej, a całkowicie sztucznej przestrzeni

Akcja jest nikła, kopiuje pomysły z części poprzednich, więc nie odwraca uwagi od pysznej scenografii. Warto zauważyć, że jedno ujęcie trwa w filmie od trzech do pięciu sekund, a aktorzy bardzo często nie tylko mówią o tym, co właśnie robią, ale jeszcze informują widza (który dawno wie, o co chodzi), po co na przykład przybyli na planetę i czego za chwilę na niej dokonają. Można zatem przenieść swoją uwagę na drugi plan. Czego tu nie ma! Renesansowe kolumny podtrzymujące bizantyjskie kopuły. Podwodne wnętrza w stylu modernizmu z przełomu wieków, miasta-planety wyglądające jak zmultiplikowany Manhattan. Zdarzają się najdziwniejsze połączenia dżungli, spadzistych wodospadów i zabudowy w stylu średniowiecznego islamu. A wszystko wyczyszczone, wystrzyżone, bez śladu brudu - na wysoki połysk. Bohaterowie noszą stroje i makijaże o nieprzewidywalnych wariacjach. Na szczęście rozmawiają przy tym za pomocą aparatów, które do złudzenia przypominają nasze telefony komórkowe. Podróże podwodne z kolei z towarzyszącą im fauną mogłyby się przyśnić Juliuszowi Verne?owi.
Znaki kulturowe są uproszczone do bólu. Środowisko Federacji nosi się na czarno, a jej ponury wojownik Darth z cętkowaną na czerwono gębą i fikuśnymi różkami przypomina diabła z cepeliowskich malowanek. Stacja planetarna Mocy Ciemności to bezosobowy stop niklowo-szklany, pogrążony w biurowym półmroku. Prawem kontrastu Siły Dobra wegetują beztrosko w okolicach puszczańskich, pełnych dziwacznych zwierzaków "porozrastanych" w najrozmaitszych kierunkach. Bezosobowa, zimna technika kontra nieokiełznana natura. Ale też - ponury totalitarny system oparty na pruskim drylu kontra społeczeństwo demokratyczne, którego siłą jest inwencja jednostki. Zwolennicy Sił Ciemności to jednostki bez twarzy, w większości automaty. Natomiast wolne społeczeństwo to czereda dziwaków i swawolników, prowadzących barwną, często niespieszną egzystencję.
Jednym z najczęściej padających z ekranu słów jest rzeczownik odsłowny "szkolenie" - polski ekwiwalent angielskiego training. Szkoleni byli rycerze Jedi, szkolenie ma przejść ich następca. Szkolony był też długo Rycerz Ciemności Darth, nie mówiąc już o pilotach i drobniejszym personelu. Do tej pory w Polsce myśleliśmy, że szkolenia przechodzili młodsi referenci, magazynierzy geesu i ormowcy. A tu proszę - szkolenia objęły cała galaktykę.
Na tle wyjątkowo fantazyjnych dekoracji zachowania społeczne wypadają banalnie, chciałoby się powiedzieć: kołtuńsko. Bitwa dwóch armii rozgrywa się według scenariusza grunwaldzkiego. Obie naprzeciw siebie na trawiastej łące i - zwarcie. Wojska Federacji desantujące się na gładkie trawniki planety Naboo powtarzają sceny z lądowania w Normandii - z wozów bojowych po staremu wysypuje się piechota, a jej konfiguracja wobec wsparcia czołgowego przypomina polskiemu widzowi sceny z filmu "Kierunek Berlin". Z kolei obrońcy zielonej planety ruszają do boju na zwierzętach pociągowych i gdy wiatr w pędzie rozwiewa im odrosty, widz przeżywa déj? vu - nieodparte skojarzenie z atakiem husarii w finałowej scenie "Potopu". Takich zapożyczeń jest więcej. Słyszymy, że okupanci skoncentrowali podbitą ludność w jakimś "obozie". Atak na siły wroga polega zarówno na działaniach frontowych, jak i na równoległym operowaniu na zapleczu, co jest filmowo bardzo malownicze i wyzyskane zostało wielokrotnie w niezliczonych superprodukcjach w rodzaju "Tylko dla orłów".
Nad wątlutką fabułą górują komputerowo wygenerowane dekoracje oparte na pejzażu wielu krajów. Jeszcze nigdy nie widziano w kinie tak doskonale zagospodarowanej, a całkowicie sztucznej przestrzeni. Multiplikacje budynków, ulic, naziemnych i powietrznych skrzyżowań zapierają dech, zwłaszcza że udźwiękowienie jest tak wysokiej klasy, iż wciąga widza w centrum tego pejzażu.

Więcej możesz przeczytać w 38/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0