Facet w czerni

Facet w czerni

Dodano:   /  Zmieniono: 
Rozmowa z WILLEM SMITHEM, amerykańskim aktorem
Roman Rogowiecki: - Zagrał pan w dwóch najbardziej kasowych filmach ostatnich lat - "Dniu Niepodległości" i "Facetach w czerni". W jakim stopniu zawdzięczają one panu swój sukces?
Will Smith: - Nad tymi superprodukcjami pracował tak liczny sztab twórców, że trudno ocenić wkład poszczególnych osób w osiągnięty sukces. Na pewno oba filmy idealnie trafiły w gusta odbiorców. W Ameryce bardzo trudno przewidzieć, który film zostanie zaakceptowany przez widownię, a któremu się to nie uda. Nie ma jednak recepty gwarantującej, że ta sama grupa twórców może powtórzyć sukces. Nadzieję na triumf daje na pewno zatrudnienie najlepszych fachowców.
- W ostatnich latach żadna gwiazda muzyki pop nie podbiła przemysłu telewizyjnego i filmowego tak, jak to się udało panu. Czego w tym sukcesie było więcej: talentu czy szczęścia?
- Łatwiej zacząć karierę w show-businessie od muzyki, choć kluczem do sukcesu jest - moim zdaniem - umiejętność skoncentrowania się na jednej profesji przez kilka lat; kiedy zacząłem prowadzić telewizyjny show "Fresh Prince" nie rapowałem ani nie grałem rapera. Trzeba umieć oddzielić te dwa różne światy, ale też zręcznie przeskakiwać z jednego do drugiego. Gdy nakręciłem swój pierwszy film "Sześć stopni separacji", widzowie byli zdziwieni, że sprawdzam się również jako aktor. To był strategiczny krok w mojej karierze. Wtedy udowodniłem, że potrafię zagrać także na dużym ekranie.
- Pański sposób wykonywania rapu jest oryginalny. Nie jest on ani gangsterski, ani polityczny, to raczej styl Willa Smitha. Skąd się wzięła tak wielka fascynacja tym gatunkiem?
- Lubię rap za jego niesłychaną energię. Staram się nim poprawiać samopoczucie własne i innych, choć pod wpływem rapu może to potrwać chwilę. Sądzę, że ludzie cieszą się energią, którą im przekazuję w piosenkach. Można to porównać do wspaniałego deseru. Chcę go dać słuchaczom w postaci ekscytującej, dobrej zabawy.
- W filmie "Bardzo dziki zachód" rola pułkownika Westa postawiła przed panem inne niż dotychczas wymagania.
- Ten film wymagał więcej wysiłku fizycznego. Jest w nim wiele trudnych i niebezpiecznych kaskaderskich scen, których wcześniej nie miałem okazji zagrać. Oczywiście, wszystko było sprawdzone i przygotowane, ale zawsze istniało jakieś niebezpieczeństwo. Nauczyłem się wówczas jazdy konnej. Doszło nawet do tego, że codziennie przyjeżdżałem na plan filmowy konno. Zastosowano również wiele efektów specjalnych, do których dostosowanie się zabiera aktorowi dużo czasu - to nudne i wyczerpujące zajęcie. Świetnie się je potem ogląda, ale sporo trzeba nad nimi popracować.
- Czy Will Smith w życiu prywatnym jest tak samo zabawny jak pułkownik James West?
- Lubię się dobrze bawić i lubię, gdy inni bawią się, oglądając filmy, w których gram. Bohater filmu jest nieco spokojniejszy ode mnie. Nie jest tak żywiołowy. Pułkownik James West to niezwykle spontaniczna i mająca dobre maniery postać. Porusza się jednak wolniej niż ja i łatwiej oczarowuje kobiety. W życiu prywatnym jestem zdecydowanie weselszy od niego i bardziej energiczny.
- Gdyby miał pan teraz wskazać postać, do której miałby się pan upodobnić w swojej karierze, wybrałby pan Michaela Jordana czy Jacksona?
- Ten pierwszy to wzór doskonałości w pracy, etyki zawodowej. Naśladowanie go powinno przynieść doskonałe rezultaty. Nie dostrzegam osób, które byłyby dla mnie wzorem. Jeżeli zaś chodzi o ocenę mojej pracy, interesuje mnie wyłącznie własna opinia oraz mojej rodziny.
- Przyglądając się pańskiej karierze i życiu osobistemu, można uznać, że nie przydarzyła się panu dotychczas większa wpadka. Czy głośne słuchanie muzyki jest jedyną pańską wadą?
- Kocham głośną muzykę i nie wystarcza mi jej słuchanie, muszę ją poczuć fizycznie. Muszę odbierać całym ciałem jej rytm, czuć, że mnie atakuje.

Więcej możesz przeczytać w 38/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0