Kampania brukselska

Kampania brukselska

Dodano:   /  Zmieniono: 
Rozpoczynająca się właśnie kadencja nowej Komisji Europejskiej będzie zapewne przełomowa dla Unii Europejskiej
Nie tylko dlatego, że przypada na przełom stulecia, ale przede wszystkim z powodu wyzwań, które ją czekają. Wymuszona rezygnacja poprzedniej ekipy, oskarżanej o korupcję, nepotyzm i złe zarządzanie, mocno nadwerężyła zaufanie do wszystkich unijnych instytucji. Rekordowo niska frekwencja w czerwcowych wyborach do Parlamentu Europejskiego dowiodła, że dla większości mieszkańców piętnastki integracja naszego kontynentu nie jest tematem pierwszoplanowym. Czy nowa komisja będzie w stanie wyprowadzić unię z najgłębszego w historii kryzysu? Czy uda jej się przeprowadzić reformę instytucji i doprowadzić do przyjęcia nowych państw?
Zakończone właśnie przesłuchania w Parlamencie Europejskim pokazały, że poziom przygotowania poszczególnych kandydatów (a także przepytujących ich parlamentarzystów) był wyraźnie wyższy niż podczas zatwierdzania składu poprzedniej komisji. Większość przyszłych komisarzy odpowiadała na pytania deputowanych w sposób zrównoważony i fachowy, nie popełniając przy tym rażących gaf. Czy to jednak wystarczy, aby sprostać nowym wyzwaniom? Z pewnością niezbędna jest jeszcze wizja i nieprzeciętna osobowość. A eurowizjonerów w drużynie Prodiego jest niewielu.
Jeszcze w lipcu kandydaci otrzymali kwestionariusze z pytaniami dotyczącymi tematyki, którą mieliby się w nowej komisji zajmować. Pod koniec sierpnia rozpoczęto przesłuchania. Ich organizacja była identyczna jak ta, która obowiązywała cztery lata temu, gdy oceniano komisję Jacques?a Santera. Przesłuchanie każdego kandydata trwało około trzech godzin. Pod koniec komisja próbowała dokonać oceny za zamkniętymi drzwiami. Jak to bywa w takich sytuacjach, socjalistyczni deputowani starali się przedstawić jak najwięcej zarzutów wobec kandydata chadeków i odwrotnie. Rezultatem była więc zwykle dobrze wyważona cenzurka. Przyszli komisarze mieli ułatwione zadanie dzięki specyficznej organizacji przesłuchań. Każdy z deputowanych mógł zadać najwyżej dwa pytania, a kolejni rzadko pytali o te same problemy co poprzednicy.
Do wyjątkowych należało przesłuchanie kandydata z Belgii Philippe?a Busquina, byłego przewodniczącego walońskiej Partii Socjalistycznej, często oskarżanej o korupcję. Kilku politykom tej partii zarzucono przyjęcie 10 mln franków belgijskich od włoskiego producenta helikopterów Augusta i francuskiej firmy lotniczej Dessault. Na każde pytanie dotyczące tej materii (zadawane głównie przez chadeków) Busquin odpowiadał: "Nigdy nie byłem w to zamieszany". Ciekawość deputowanych była uzasadniona, gdyż Belg, który ma objąć tekę komisarza ds. badań naukowych, będzie dysponować pokaźnym budżetem. Także odpowiedzi Erkkiego Liikanena, jednego z czterech członków komisji Santera, którzy znaleźli się w ekipie Prodiego, pozostawiły spory niedosyt. Deputowani bez powodzenia próbowali się dowiedzieć, jaką rolę odegrał on w usunięciu z pracy w komisji holenderskiego urzędnika Paula van Buitenena, który w grudniu ubiegłego roku wyniósł dokumenty świadczące o korupcji niektórych komisarzy, a był podwładnym właśnie Liikanena. Także Loyola de Palacio (u Prodiego ma odpowiadać m.in. za współpracę z Parlamentem Europejskim), która jako minister rolnictwa Hiszpanii zamieszana była w aferę korupcyjną związaną z unijnymi subsydiami, unikała jak mogła odpowiedzi na kłopotliwe pytania. Wiadomo jednak, że hiszpańska policja skarbowa i specjalne służby ds. zwalczania korupcji cały czas poszukują winnych. "Śledztwo dotyczy kilku urzędników" - przyznała de Palacio. Na pytanie, czy dotyczy także jej osoby, Hiszpanka nie udzieliła odpowiedzi.
Kluczowe znaczenie dla przebiegu przesłuchań miały ustalenia pomiędzy Romano Prodim i Hansem-Gertem Pötteringiem, przewodniczącym największej frakcji w Parlamencie Europejskim (jednoczącej chadeków, francuskich gaullistów i brytyjskich konserwatystów). Obu polityków łączą partyjne korzenie, co czyniło łatwiejszym osiągnięcie kompromisu. Obserwatorzy zauważyli, że każde spotkanie między nimi znacznie ułatwiało życie wybrańcom Prodiego w czasie kolejnych przesłuchań. Ustępstwa Pötteringa nie były jednak bezinteresowne. Liczy on bowiem na to, że w przyszłości Prodi w większym stopniu będzie uwzględniał opinię parlamentu, a być może zgodzi się na uczestnictwo tego organu w zgłaszaniu propozycji ustawodawczych.
Kandydaci doskonale wiedzieli, w jaki sposób zdobyć sympatię komisji. Prześcigali się w podkreślaniu roli parlamentu i obiecywali, że nie powtórzą błędów poprzedniej ekipy. Austriak Franz Fischler, kandydat na komisarza rolnictwa (ten sam resort nadzorował w poprzedniej komisji), powiedział, że parlamentarzyści powinni współdecydować w najistotniejszych kwestiach dotyczących wspólnej polityki rolnej. Dodał, że podczas zbliżającej się konferencji międzyrządowej będzie popierał propozycje dające parlamentowi więcej władzy decyzyjnej. Michaele Schreyer, odpowiedzialna za budżet i zwalczanie korupcji, dała do zrozumienia, że będzie grała z parlamentem w otwarte karty. To stwierdzenie szczególnie podobało się deputowanym.


Günter Verheugen, komisarz ds. rozszerzenia Unii Europejskiej

Chris Patten, komisarz ds. polityki zagranicznej i bezpieczeństwa

Frits Bolkestein, komisarz ds. polityki konkurencji

Loyola de Palacio, wiceprzewodnicząca Komisji Europejskiej

Erkki Liikanen, komisarz ds. przemysłu i informatyki



"Moim ideałem jest komisja, która nie ma nic do ukrycia ani przed parlamentem, ani przed obywatelami unii, jest odpowiedzialna i pracuje efektywnie" - mówił Neil Kinnock, desygnowany na stanowisko wiceprzewodniczącego komisji. "Faworyzowanie znajomych i nepotyzm powinny zostać wyeliminowane z naszej pracy. Będę zwracał na te problemy szczególną uwagę" - zapewniał Günter Verheugen, przyszły komisarz ds. rozszerzenia unii. Kandydatka na drugą wiceprzewodniczącą, Hiszpanka Loyola de Palacio, otrzymała głośną owację 60 członków komisji, gdy zapewniła, że ustąpiłaby ze swojego stanowiska, gdyby przedstawiono jej takie zarzuty jak poprzedniej komisji. Holender Frits Bolkestein próbował zjednać sobie parlamentarzystów, odpowiadając na pytania po hiszpańsku - w ojczystym języku przewodniczącej komisji Any de Palacio.
Nawet dla Prodiego ustępstwa mają jednak swoje granice. Włoch zagroził ustąpieniem, gdyby deputowani postanowili udzielić komisji mandatu zaufania tylko do końca roku i przeprowadzić w grudniu kolejne głosowanie, w którym zadecydują, czy pozostanie ona w tym składzie do końca 2004 r. "Takie rozwiązanie zaszkodziłoby naszemu autorytetowi - mówił Chris Patten, który ma nadzorować politykę zagraniczną i bezpieczeństwa. - Moją pierwszą zagraniczną podróż planuję do Stanów Zjednoczonych. Co ja powiem sekretarz stanu USA Medeleine Albright? Że pełnię tę funkcję przez trzy miesiące, a później zobaczymy?".
Po długiej rozmowie z Prodim Hans-Gert Pöttering powiedział, że ze względów proceduralnych parlamentarzyści muszą głosować dwa razy (raz, by komisja mogła do końca roku przejąć obowiązki poprzedniej ekipy, i drugi, aby zatwierdzić ją na pełną pięcioletnią kadencję zaczynającą się 1 stycznia 2000 r.), lecz zasugerował, że oba głosowania mogłyby się odbyć w tym samym dniu.
Dla krajów kandydujących do unii najbardziej interesujące było przesłuchanie Güntera Verheugena, byłego ministra spraw zagranicznych RFN i kandydata na komisarza ds. rozszerzenia UE. Niemiec poinformował deputowanych, że zamierza stworzyć nową dyrekcję generalną do spraw rozszerzenia, łącząc dwa do tej pory oddzielne zespoły urzędników: jeden zajmujący się negocjacjami i drugi oceniający stan przygotowania kandydatów na członków UE. Jeżeli plan otrzyma zielone światło od państw członkowskich, Verheugen będzie musiał poszukać odpowiedniego kandydata na szefa tego zespołu. Wiadomo, że na liście nie będzie dotychczasowego dyrektora generalnego DG IA (nadzorującego stosunki z krajami Europy i dawnego Związku Radzieckiego), Güntera Burgharda, który zapowiedział swoje odejście. Na placu boju pozostaje więc zdolny i ambitny Francuz Francois Lamoureux, zastępca Burgharda, dotychczas zajmujący się m.in. oceną gotowości kandydatów do członkostwa (to on w ubiegłym roku postanowił, by nie przyznawać Polsce 34 mln ECU z funduszu PHARE). Lamoureux już kilkakrotnie starał się o różne funkcje związane z negocjacjami członkowskimi, na razie jednak bez rezultatu. W ubiegłym roku przegrał wyścig o fotel głównego negocjatora UE z krajami Europy Środkowej oraz Cyprem. Wygrał wówczas jego główny rywal, Niemiec Nikolaus van der Pas. Tym razem sytuacja może być odwrotna i to nie dlatego, że van der Pas się nie sprawdził, lecz dlatego, że ma niemieckie obywatelstwo. Zgodnie z obowiązującą w unii zasadą podziału stanowisk Verheugen, który jest Niemcem, nie może mianować Niemca na najważniejsze stanowisko w podlegających mu strukturach. Z kolei gdyby Lamoureux został nowym dyrektorem, to van der Pas nie mógłby mu podlegać, gdyż główny negocjator unijny ma także rangę dyrektora generalnego.
W parlamencie Verheugen unikał odpowiedzi na pytanie, czy jest za podaniem konkretnych terminów przyłączenia nowych członków do UE. Powiedział jedynie, że podczas tej kadencji komisji, która upływa z końcem 2004 r., jego zadaniem będzie doprowadzenie do przyjęcia pierwszych krajów. "Jestem przekonany, że to jest do zrobienia" - stwierdził. Przybliżona data poszerzenia UE zostanie najprawdopodobniej określona po opublikowaniu w październiku przez KE dorocznego raportu na temat postępów kandydatów w wypełnianiu warunków członkostwa. Unia będzie gotowa do przyjęcia pierwszych kandydatów w 2002 r., nawet jeśli konieczne byłoby ograniczenie do minimum niezbędnych reform instytucjonalnych.
Günter Verheugen powtórzył wyrażoną już wcześniej opinię, że kraje kandydujące będą przyjmowane po kolei, gdy będą do akcesji gotowe, a nie w grupie. Na wątpliwości deputowanych, czy Polska jako kraj z poważnymi problemami (na przykład z hutnictwem czy rolnictwem) może być przyjęta po Węgrach czy Estonii, Verheugen odpowiedział, że nasz kraj może nadrobić zaległości, gdy Bruksela przyzna nam większe środki pomocowe. Niemiec zapowiedział, że Polacy nie będą mogli podejmować pracy w unii z chwilą uzyskania członkostwa, a polska wieś nie uzyska od razu wszystkich przywilejów wspólnej polityki rolnej. Obiecał natomiast, że Bruksela przystanie na okresy przejściowe w dziedzinie ochrony środowiska. Były zastępca Joschki Fischera krytycznie odniósł się do polskiej prośby o wieloletni zakaz nabywania ziemi w Polsce i innych krajach kandydackich przez mieszkańców unii. Jego zdaniem, byłoby to zasadniczym ograniczeniem swobody przepływu kapitału, jednej z czterech fundamentalnych zasad jednolitego rynku. Doświadczenia wskazują, że swoboda zakupu ziemi stymuluje inwestycje zagraniczne.
Aplauzem przyjęli eurodeputowani wystąpienie Chrisa Pattena, kandydata na komisarza ds. polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. Patten - ostatni brytyjski gubernator Hongkongu - jest niewątpliwie jedną z najciekawszych postaci drużyny Prodiego, a jego wizja i doświadczenie wybiegają dużo dalej niż Bruksela czy Londyn. Podczas przesłuchań zdobył sympatię komisji swoim pragmatyzmem. Stwierdził, że europejską politykę zagraniczną i bezpieczeństwa trzeba sprowadzić do konkretnych działań, a nie - jak dotychczas - ograniczać się do wielkich słów i planów. Ze sceptycyzmem wyrażał się o tak daleko idących pomysłach niektórych polityków, jak utworzenie europejskiej armii czy wprowadzenie zasady przyjmowania wszystkich decyzji UE większością głosów.
Na marcowym szczycie w Berlinie przywódcom piętnastki udało się osiągnąć kompromis w sprawie obsady stanowiska przewodniczącego komisji. Romano Prodi udowodnił już, że jest politykiem zdolnym i dynamicznym, dobrze przyjmowanym od Aten po Helsinki. Teraz będzie potrzebował silnej i zwartej ekipy u swojego boku. Już wkrótce bowiem Prodi może wejść w konflikt z państwami członkowskimi w sprawie zakresu reform instytucji Unii Europejskiej. Włoch chciałby, aby dyskusja objęła nie tylko podział głosów w Radzie UE i liczbę komisarzy, lecz także rolę Parlamentu Europejskiego - jedynej demokratycznej instytucji UE. W przeciwieństwie do praktyk stosowanych w państwach członkowskich, w unii prawa nie stanowi parlament wybrany w powszechnych wyborach, lecz Rada UE, złożona z ministrów pastw członkowskich. Prodi wielokrotnie podkreślał, że unii konieczny jest nowy kurs, obliczony na odzyskanie zaufania społecznego. Teraz Komisja Europejska, parlament i rządy państw członkowskich zajmują odpowiednie pozycje wyjściowe przed zapowiedzianą na przyszły rok konferencją międzyrządową. Jej rezultaty pokażą, jak będzie wyglądała UE, gdy jej członkiem zostanie Polska.
Po skandalu z udziałem komisji Santera wymagania i oczekiwania wobec nowej ekipy stały się dużo wyższe. Wnioski z tego powinni wyciągnąć także polscy politycy. Nie jest wykluczone, że za cztery lata przed europarlamentarną komisją po raz pierwszy w historii zasiądzie nasz reprezentant, który będzie musiał przekonać parlamentarzystów, że nie tylko doskonale zna unijne prawo i ma czyste ręce, lecz będzie też potrafił wznieść się ponad narodowy interes i działać z troską o przyszłość całej Europy.


Więcej możesz przeczytać w 38/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0