Liga zaradnych

Liga zaradnych

Dodano:   /  Zmieniono: 
Gminy, w których udają sie reformy
Duża część gminnej Polski nie narzeka na reformy rządu Jerzego Buzka, szczególnie te, które w dużym stopniu zależą od samorządowców, czyli reformy edukacji i służby zdrowia. Gminy remontują szkoły i przychodnie, finansują zakup pomocy dydaktycznych i sprzętu diagnostycznego, pokrywają koszt dodatkowych zajęć w szkołach i dopłacają nauczycielom do pensji. Otrzymały część władzy po to, żeby ją realnie sprawować, nie oczekują więc dyrektyw z Warszawy. Samorządowcy wierzą, że sukcesu reform nie gwarantują pieniądze z centrali, lecz pomysłowość, gospodarność i aktywność. - Na gminę trzeba mieć pomysł. Nawet jeśli dochody są duże, trzeba wiedzieć, jak wydawać pieniądze i po co - tłumaczy Emilian Stańczyszyn, burmistrz Polkowic. Polkowickim pomysłem na rozwój jest idea miasta gościnnego, w którym chce się mieszkać, pracować i inwestować. Mimo że obecnie miedę zapewnia gminie i miastu prosperity, uznano, iż złoża się kiedyś skończą, a lokalna społeczność powinna mieć zapewnione warunki do rozwoju. Postanowiono więc przyciągnąć nowych inwestorów i rozwinąć sieć usług. Zapewniają one większość wpływów do lokalnych budżetów. - Rozwinięta sieć usług przyciąga inwestorów. Nie patrzą już tylko na to, czy oferowane tereny są uzbrojone, jaka jest łączność i sieć dróg. Równie ważne jest, jak można w konkretnym miejscu wypocząć, czy można kształcić dzieci w miejscowej szkole, czy lekarz jest kompetentny i przyjmuje w dobrze wyposażonym gabinecie - przekonuje burmistrz Emilian Stańczyszyn. W Polkowicach przykładem nowej strategii jest budowa zespołu szkół średnich dla półtora tysiąca uczniów (z Polkowic i okolicznych miast). Władze gminy przez ostatnie kilka lat inwestowały także w wykształcenie nauczycieli. Samorząd pokrywa m.in. do 80 proc. kosztów kursów dokształcających, a wyróżniający się pedagodzy otrzymują z gminnej kasy dodatek do pensji w wysokości 25-30 proc. Te zabiegi mają stworzyć korzystny klimat dla kolejnej inwestycji oświatowej - niepublicznej szkoły wyższej, w której gmina byłaby udziałowcem. To pomysł podpatrzony przez burmistrza w Stanach Zjednoczonych i... Nowym Sączu. Z podobną determinacją i z tych samych powodów władze Polkowic inwestują w służbę zdrowia. Do 1992 r. była tu tylko przychodnia, a po specjalistyczne porady mieszkańcy miasta musieli jeędzić do sąsiednich miejscowości. Utworzono więc samodzielny ZOZ. Porozumienie z ówczesnym wojewodą przewidywało, że zapewni on fundusze na płace, ale utrzymaniem i wyposażeniem obiektu zajmą się lokalne władze. Powstanie specjalistycznej przychodni gmina musiała już sfinansować sama. Burmistrz Stańczyszyn mówi, że od 1 stycznia dotacja gminna dla obu tych placówek zmalała z 3 mln zł do 800 tys. zł. A w przyszłym roku prawdopodobnie jej w ogóle nie będzie. Zaoszczędzone pieniądze samorządowcy chcą zainwestować w budowę szpitala. - Biorąc pod uwagę, ile własnych pieniędzy gminy w całej Polsce zainwestowały przez dziewięć ostatnich lat, muszę stwierdzić, że szkoły i przychodnie mogłyby w ogóle nie funkcjonować, gdyby nie reforma samorządowa. Zamiast tego mielibyśmy do czynienia z zapaścią budżetu państwa - mówi Marek Nawara, marszałek województwa małopolskiego, były wójt Zielonek koło Krakowa. Władze samorządowe, przejmując szkolnictwo podstawowe, zaczęły przede wszystkim analizować koszty funkcjonowania placówek oświatowych. Wkrótce okazało się, że sporo można zaoszczędzić, likwidując małe szkoły, do których uczęszczało niewielu uczniów, a koszt ich utrzymania był wysoki. Marek Nawara przyznaje, że istnienie szkoły jest sensowne i opłacalne, gdy uczęszcza do niej przynajmniej dwustu uczniów. Subwencja wystarcza wówczas nie tylko na bieżące utrzymanie, ale także na inwestycje. - Mogliśmy opłacać lekcji języków obcych już od III klasy szkoły podstawowej, zaś informatyki - od IV klasy - wspomina Nawara. W podwałbrzyskich Ziębicach likwidacja małych placówek oświatowych spowodowała, że udział dopłat z funduszy gminnych zmalał z 50 proc. do niespełna 32 proc. Reorganizację sieci szkolnej w Gniewinie koło Wejherowa rozpoczęto przed siedmiu laty, gdy samorząd przejął oświatę. - Obliczyliśmy, że koszt nauczania ucznia w jednej z czteroklasowych szkół był dwukrotnie wyższy niż w dużej, ośmioklasowej szkole w Gniewinie ? mówi Mariusz Mówka, sekretarz gminy. Póęniej zlikwidowano zbędną administrację, a dyrektorom przyznano samodzielność budżetową. Dzisiaj zamiast sześciu podstawówek jest jedna, za to wyposażona w pracownię komputerową, stołówkę, dwie sale gimnastyczne, a na ukończeniu jest budowa basenu. Jeszcze bardziej imponująco wygląda budynek gimnazjum w Kostkowie, posiadający m.in. nowoczesne laboratorium językowe. - Nie spieszyliśmy się z przejmowaniem oświaty. Zrobiliśmy to dopiero w 1996 r. Zaczęliśmy liczyć społeczny grosz i tak go lokować, aby przynosił najlepsze efekty - mówi wójt Choczewa, Zenon Bieleninik. Przekonał mieszkańców, że nie opłaca się utrzymywać trzech małych szkół z klasami I-III, w których nie było sal gimnastycznych. Postanowiono wybudować jedną szkołę, w której znalazło się miejsce i na pracownię komputerową, i na stołówkę, i na dużą salę gimnastyczną. Budżet wiejskiej gminy Grzegorzew w dawnym województwie konińskim wynosi 5,6 mln zł, z czego aż 60 proc. przeznacza się na edukację. - Udało nam się rozpocząć nauczanie języka angielskiego (oprócz niemieckiego), a pieniądze na ten cel znaleęliśmy w budżecie gminy. W tym roku otworzyliśmy nową szkołę podstawową w Bylicach. Była to decyzja o tyle dramatyczna, że rada gminy zdecydowała się zaciągnąć kredyt w wysokości 250 tys. zł na dokończenie budowy - mówi wójt Bożena Dominiak. Władze samorządowe sfinansowały też wyposażenie pracowni komputerowej i planują następne inwestycje tego typu. Z Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa pozyskano fundusze na programy szkoleń dla rolników. Teraz w Grzegorzewie liczą na to, że po kursach księgowości i racjonalnej gospodarki w gminie pozostaną komputery, które będą służyć kształceniu dzieci. Bożena Dominiak ma nadzieję, że dzięki oświatowym inwestycjom samorządu obecni uczniowie staną się w przyszłości nowoczesnymi rolnikami. - Lokalne władze wychodzą z założenia, że inwestowanie w dzieci, szczególnie w ich edukację, gwarantuje rozwój gminy - przekonuje Kazimierz Pachciarek, zastępca kuratora województwa zachodniopomorskiego. Z gospodarności i priorytetowego traktowania oświaty zasłynęła w Zachodniopomorskiem gmina Gryfino. - Nie jesteśmy krezusami, ale wyszliśmy z założenia, że u progu XXI w. nie możemy sobie pozwolić na niedoinwestowane szkoły i przeludnione klasy. Musieliśmy wygospodarować stosowne fundusze i przesunąć na dalszy plan inne przedsięwzięcia - mówi Ewa De la Tore, sekretarz gminy Gryfino. Znaleziono pieniądze na zapewnienie najmłodszym dzieciom bezpiecznego transportu do szkoły. Aby wygospodarować fundusze na oświatę, podniesiono stawki za dzierżawę nieruchomości i obiektów handlowych, zwiększono opłaty targowe. Gmina podwyższyła również opłaty ,,korkowe" - za zezwolenia na sprzedaż alkoholu. - Cieszymy się, że wdrażanie reformy oświaty nie spowodowało zwolnień grupowych. Wszyscy nasi nauczyciele mają pracę - podkreśla Ewa De la Tore. Zwolnień grupowych nie było również w znanej z nowoczesnego zarządzania gminie Police. - Nie biadolimy, nie narzekamy na brak pieniędzy, lecz robimy tyle, ile się da. A nawet więcej - żartuje Władysław Diakun, burmistrz Polic. Władze Polic dumne są z tego, że dzieci z klas I-III nie dojeżdżają na lekcje środkami komunikacji miejskiej, gdyż sieć placówek oświatowych zaplanowano tak, by najmłodsi uczęszczali do szkół w pobliżu miejsca zamieszkania. Starsi otrzymują zwrot pieniędzy za bilety komunikacji miejskiej. Uczniom zapewniono bezpłatną naukę pływania. Podobne zajęcia zorganizowano dla dzieci z wadami postawy. - Staramy się, by w każdej szkole była pracownia komputerowa. Wszyscy dyrektorzy szkół otrzymują zwiększone wynagrodzenia. Gmina dopłaca do pensji nauczycieli, a szczególnie motywowani są nauczyciele języków obcych. Wygospodarowaliśmy pieniądze na działalność uczniowskich klubów sportowych - wylicza łucja Chełminiak, zastępca naczelnika Wydziału Oświaty i Kultury Urzędu Gminy Police. - Zaspokajanie zbiorowych potrzeb to nie tylko działania doraęne, ułatwiające życie, jak budowa wodociągów i kanalizacji czy zakładanie telefonów. Ważne jest tworzenie takich mechanizmów, które będą decydować o pomyślności gminy w przyszłości. Wiąże się to oczywiście z ponoszeniem nakładów na oświatę i służbę zdrowia. Zdrowe i dobrze wykształcone młode pokolenie w sposób aktywny wpływa na przeobrażenie swojego otoczenia ? wyjaśnia filozofię działania władz Żarowa burmistrz miasta Zbigniew Chlebowski. W żarowskich szkołach istnieją trzy kluby działające w ramach Stowarzyszenia Europejskiego, organizacji afiliowanej przy Unii Europejskiej, dzięki któremu dzieci nawiązują kontakty ze swoimi rówieśnikami w państwach piętnastki. We wszystkich szkołach nauka języka angielskiego jest obowiązkowa, a w kilku dodatkowo nauczany jest niemiecki i francuski. Władze Żarowa wspierają edukację nauczycieli. Studiujący mogą liczyć na pokrycie z gminnej kasy połowy czesnego. Wyższy od obowiązującego jest też dodatek motywacyjny dla najlepszych pedagogów. - Kiedy przejmowaliśmy szkoły, przypominały one ogryzioną kość. Były biedne, smutne, na korytarzach straszyła pozrywana wykładzina. Radni mówili: ,,Damy ci pieniądze, jeśli będziemy mieli wpływ na wybór nauczycieli naszych dzieci". Dlatego zabiegaliśmy o to, by jak najszybciej przejąć szkolnictwo ? wspomina Danuta Trębińska, członek zarządu Sopotu. Inwestowanie w oświatę zaczęto od remontów szkół i ufundowania nagród dla najlepszych wychowawców. Rocznie przyznaje się kilkadziesiąt takich premii. Nauczyciele dostają też dziesięcioprocentowy dodatek motywacyjny. Pomysłem władz Sopotu jest nieduża liczba uczniów w klasie. Powodzeniu procesu nauczania sprzyja to, że w mieście jest liczne środowisko inteligenckie. - Rodzice są naszymi sprzymierzeńcami - podkreśla Danuta Trębińska. - Tu się inwestuje w wykształcenie dzieci. Efekt - Sopot zajął pierwsze miejsce w testach kompetencyjnych przeprowadzonych w województwie pomorskim. Władze wielu gmin starają się wpływać nie tylko na poziom wykształcenia nauczycieli, ale kładą też nacisk na wprowadzanie ,,przyszłościowych" przedmiotów. W podwrocławskiej gminie Długołęka w liceum młodzież uczy się w dwóch klasach: o profilu językowym i uczącej nowoczesnych technik biurowych. Władze poprzednich kadencji uznały, że w gminie o charakterze rolniczym wykształcenie jest potrzebne, gdyż rolnictwo będzie i tak trzeba zrestrukturyzować. Ponadto inwestuje tu wiele zagranicznych firm, tworzących nowe miejsca pracy. Tyle że potrzebują one wykwalifikowanych pracowników. - Chcemy, aby nasze dzieci miały takie przygotowanie, które pozwoli im studiować albo znaleęć dobrą pracę już po szkole średniej - mówi wójt Hubert Sabała. W Kobierzycach wybudowano dotychczas dwie nowoczesne szkoły. Jedną otwierał prezydent Lech Wałęsa, drugą - prezydent Aleksander Kwaśniewski. Dzieci już od pierwszej klasy szkoły podstawowej uczą się języka angielskiego i niemieckiego, istnieje też klasa z wykładowym językiem angielskim. Pierwszaki mają również zajęcia z informatyki, a nauczanie blokowe w klasach I-III wprowadzono rok przed reformą ministra Handkego. - Problemy z opieką zdrowotną i oświatą staramy się rozwiązywać sami. Jeśli tylko czeka się na rząd, można się przeliczyć - mówi Jerzy łuba, wójt Jabłonnej. Zarząd Piaseczna nie tylko wyremontował pięć gminnych przychodni, ale przed rozpoczęciem reformy służby zdrowia zarejestrował publiczny zespół opieki zdrowotnej, który podpisał od razu kontrakt z kasą chorych. Władze Raszyna dopiero się do tego przymierzają. - Przydzielono nas do ZOZ w Pruszkowie, gdzie wcześniej prawie nikt z naszej gminy się nie leczył. Podjęliśmy już uchwałę o powołaniu samodzielnego publicznego zakładu opieki zdrowotnej, który od 1 stycznia rozpocznie działalność. Zanim lekarze zaczną pracę w tej placówce, wyposażymy ją dodatkowo w nowy, specjalistyczny sprzęt ? zapewnia zastępca wójta Mirosław Lewandowski. - W 1993 r. mieliśmy dylemat: albo wyremontujemy szpital miejski na koszt gminy, albo będzie on zlikwidowany. Modernizacja i rozbudowa kosztowały nas milion złotych, a remont jedynej w gminie przychodni zdrowia - 200 tys. zł - wspomina burmistrz Żarowa Zbigniew Chlebowski. Z budżetu miejskiego i pieniędzy oferowanych przez sponsorów kupiono specjalistyczny sprzęt medyczny. Wysoka jakość usług świadczonych przez obie placówki spowodowała, że nie narzekają one na brak pacjentów. A za nimi idą pieniądze z kasy chorych. Władze Żarowa zamierzają w najbliższym czasie sprywatyzować przychodnię. Wszystkie zatrudnione w niej osoby założyły spółkę pracowniczą, która wystąpiła do Dolnośląskiej Kasy Chorych z propozycją zawarcia kontraktu na świadczenie usług medycznych w przyszłym roku. Prywatyzację jako najlepszy sposób na osiągnięcie wysokiego standardu usług medycznych kilka lat wcześniej wymyśliły władze podkrakowskich Zielonek. W latach 1994-1996 za własne pieniądze i grant z funduszu PHARE wyremontowano gminne ośrodki zdrowia, wyposażając je w specjalistyczny sprzęt. Następnie wydzierżawiono je sześciu lekarzom rodzinnym. Dzisiaj leczy się u nich, oprócz mieszkańców gminy, także 3 tys. mieszkańców Krakowa.


Więcej możesz przeczytać w 40/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0