Droga Wolność

Droga Wolność

Dodano:   /  Zmieniono: 
Timorczycy 24 lata walczyli o niepodległość
Lata 90. przyniosły nasilenie międzynarodowej aktywności w rozwiązywaniu konfliktów regionalnych. Na Bałkanach po latach bezczynnego przyglądania się wojnie świat w końcu zareagował. Osiągnięte rozwiązanie być może nie okazało się idealne, ale przynajmniej udało się powstrzymać rozlew krwi. ?Bałkański manewr? OBWE i NATO spróbowała powtórzyć ONZ w bezprawnie zajętym 24 lata temu przez Indonezję Timorze Wschodnim. Najpierw w połowie czerwca tego roku w prowincji pojawiła się United Nations Mission on East Timor, czyli UNAMET. Zgodnie z indonezyjsko-portugalsko-ONZ-owskim porozumieniem z maja tego roku misja przygotowała i przeprowadziła referendum nazwane ?konsultacją ludową?. Mieszkańcy dawnej portugalskiej kolonii po raz pierwszy mogli wypowiedzieć się, czy chcą autonomii w ramach Republiki Indonezji, czy pełnej niepodległości.
Zbieżność z akcją na Bałkanach jest jednak pozorna. Tam najpierw weszły międzynarodowe wojska, zapewniły spokój, rozbroiły strony konfliktu, a dopiero potem przeprowadzono wybory. Na Timorze wszystko odbyło się w odwrotnej kolejności.
Najpierw przeprowadzono głosowanie. Na wieść o masowym poparciu idei niepodległości rozszalał się terror proindonezyjskiej milicji. Międzynarodowe oddziały wkroczyły, by przerwać rozlew krwi.
Eksperci ONZ liczyli się z możliwością zamieszek, zastraszania wyborców i wpływania na wyniki ?konsultacji?. Mimo międzynarodowej presji, nie można było uzyskać od Dżakarty zgody na wycofanie z Timoru Wschodniego jej wojsk i wprowadzenie sił międzynarodowych. Nawet teraz, po ogłoszeniu wyniku referendum, nie jest to łatwe. Uzyskano za to znacznie cenniejsze ustępstwo - wybory przygotowała, przeprowadziła i głosy liczyła organizacja międzynarodowa. Gdyby pozostawiono to zadanie administracji indonezyjskiej, mogłoby być tak jak podczas wyborów parlamentarnych w 1988 r., w okresie rozkwitu panowania prezydenta Suharto. Timor Wschodni, choć położony 2 tys. km od Dżakarty, pozbawiony dróg i środków łączności, wtedy pierwszy w całej Indonezji przesłał wyniki do stolicy. Oczywiście 99 proc. mieszkańców głosowało na rządzącą partię Golkar. Frekwencja wyborcza wyniosła... 300 proc. Ktoś przesadził z gorliwością i indonezyjska ?demokracja kierowana? osiągnęła bardziej imponujące wyniki niż ówczesna ?demokracja ludowa? we wschodniej Europie.
Międzynarodowy układ zobowiązał Dżakartę do zapewnienia bezpieczeństwa w czasie ?konsultacji? i po ogłoszeniu wyników. Dlatego przerzucono tam z Jawy posiłki wojska i specjalnych policyjnych jednostek do uśmierzania zamieszek (BRIMOP) oraz wzmocniono lokalną policję. Okazało się, że pilnowanie kurnika powierzono lisowi. Indonezyjska armia otwarcie nie ingerowała w przygotowania do referendum. Robiły to zorganizowane i wyszkolone przez nią bojówki milicji.
Taki bieg zdarzeń można było przewidzieć i zrezygnować z referendum. Ale na to tylko czekali indonezyjscy nacjonaliści. Oprócz frakcji zwolenników niepodległości i zwolenników autonomii jest jeszcze trzecia - zwolennicy pełnego wcielenia Tim-Timu (jak nazywa się ten kraj w lokalnym języku mambae) do Republiki Indonezji. To właśnie oni poczuli się zdradzeni propozycją prezydenta Habibiego, by pytać Timorczyków o zdanie w sprawie przyszłości wyspy. Ich wpływy w Dżakarcie są znaczne. Przywódczyni reformatorów Megawati Sukarnoputri szermuje hasłami demokracji, ale myśli tylko o Indonezyjczykach. Kilka razy wypowiadała się przeciwko prawu Timorczyków do samostanowienia. Sprawa Timoru Wschodniego, czyli 800 tys. ludzi, jest dla 210-milionowej Indonezji zupełnie marginalna, lecz politykom służy jako narzędzie propagandowe w walce o władzę. ¸atwo wzbudza emocje wśród nacjonalistów, mówiących o ?teorii domina?, zgodnie z którą po secesji Timoru Wschodniego runie całe wielonarodowe indonezyjskie państwo.
W górzystym Timorze Wschodnim doliny rzek są wąskie i krótkie. Ryżowe poletka uprawiają w nich głównie koloniści sprowadzeni z przeludnionych wysp Jawa i Bali. Jest ich już ok. 200 tys., co stanowi jedną czwartą ludności. Ryż trzeba importować. Ale zboże to stało się podstawą wyżywienia dopiero pod indonezyjskim panowaniem. Przedtem przez 500 lat portugalskiej kolonizacji Timorczycy jedli uprawiane na miejscu maniok, pataty, kukurydzę, fasolę i owoce. Ţyzna ziemia i ciepły klimat pozwalają na zbiory kilka razy w roku. Na górskich zboczach pasą się krowy, kozy, świnie, a nawet udomowione sarny. Głód niepodległemu Timorowi nie zagraża, oczywiście, jeśli bojówki milicji nie będą - jak obecnie - pustoszyć wieśniakom poletek. Niezbędny dopływ dewiz zapewni nowemu państwu eksport kawy, podobno najlepszej na świecie. Większość zbiorów kupują Amerykanie. Na szelfie Morza Timorskiego koło Suai odkryto złoża ropy naftowej. Na redzie australijskiego portu w Darwin stoją już dwie gotowe do eksploatacji platformy wiertnicze. Czekają na stabilizację polityczną. Wyspa bogata jest także w złoża marmuru, ale nie ma dobrze rozwiniętego przemysłu. Głównym zakładem jest tekstylna fabryczka w stołecznym Dili, która dotychczas szyła przede wszystkim bawełniane koszulki i czapki służące jako uniformy milicji. Timorczycy niepodległości nie otrzymali w prezencie. Walczyli o nią 24 lata. Przez ten czas zginęło 200 tys., a może 250 tys. ludzi. Nigdy nie poznamy
dokładnej liczby ofiar wojny, głodu i prześladowań. Nikt się tym nie interesował


Więcej możesz przeczytać w 40/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0