Skinheadzi w garniturach

Skinheadzi w garniturach

Dodano:   /  Zmieniono: 
Rozmowa z GÜNTEREM GRASSEM
Wiesław Kot: - W dziedzinie technologii jesteśmy skazani ze strony Niemiec na rodzaj ,,dobroczynnej kolonizacji", natomiast w wymianę kulturalną zaangażowały się tylko elity intelektualne.
Günter Grass: - Ja też tak to widzę. Podczas wcześniejszych pobytów w Polsce bardzo często spotykałem młodych ludzi, którzy byli zapatrzeni w ten model kapitalizmu, który na Zachodzie lansowali Thatcher i Reagan. Dochodziło do absurdalnych sytuacji, jak ta, kiedy Lech Wałęsa, przywódca wielkiego związku zawodowego, przyjmował w Gdańsku niczym królową Margaret Thatcher, która w tym samym czasie rozgromiła ruch związkowy w Anglii. Oczywiście ani Wałęsa, ani szeregowi związkowcy nie zdawali sobie sprawy z tego, jakie socjalne następstwa niesie z sobą thatcheryzm. Po prostu radykalne potępienie komunizmu wywołało ślepą fascynację skrajnym modelem społecznym. Nieznajomość reguł, jakimi rządzi się kapitalizm, doprowadziła polityków waszego kraju do zupełnie błędnych kalkulacji gospodarczych. Wasze zaufanie do zachodnich polityków, którzy przyjeżdżają z dobrymi radami, idzie często zbyt daleko. Podam przykład. Przed kilkoma tygodniami odwiedził Polskę nasz minister spraw wewnętrznych. Rozejrzał się szybkim niemieckim okiem i zauważył okazję do zrobienia interesu. Zaproponował waszemu ministrowi pięć milionów marek na nowoczesny sprzęt przeznaczony do ochrony waszej wschodniej granicy. W ten sposób polska straż mogłaby sprawniej wyłapywać Cyganów, z którymi niemieckie służby mają problemy, gdy ci usiłują się przedostać do Niemiec. To przecież ewidentne mieszanie się w wewnętrzne sprawy Polski, a tu żadnej krytyki, a w prasie ani jednego głosu oburzenia.
- Polacy nie bardzo wiedzą, czy ciągle jeszcze powinni Niemców rozliczać za zbrodnie wojenne, czy już traktować ich jak dobrych wujków, czy też - co najrzadsze - jak partnerów.
- Przez wiele lat pisałem o relacjach polsko-kaszubsko-niemiecko-żydowskich. Ostatnio literatura na ten temat przestała w Niemczech powstawać. Niewykluczone, że zostałem ,,ostatnim Mohikaninem", z tym że o mojej utraconej, a ukochanej na zawsze ojczyźnie tylko do lat 70. pisałem ,,Danzig" - od wielu lat akcja moich książek toczy się w Gdańsku. W mojej ostatniej powieści ,,Wróżby kumaka" zajmuję się właśnie problemem tego, co możliwe i co niemożliwe w stosunkach polsko-niemieckich. Te dwa narody przez bardzo długi czas zadawały sobie wzajemnie rany i zastanawiam się, czy teraz nie zaczęto zbyt szybko mówić o pojednaniu. Podobnie jak Andrzej Szczypiorski, który mówił o swojej ,,przeklętej polskości", ja także czuję się obywatelem ,,trudnej ojczyzny" i sądzę, że najpierw powinniśmy się nauczyć mówić o wzajemnych krzywdach, poznać je dokładniej i sprawiedliwie je ocenić. Potem powinien nastąpić etap porozumienia, a dopiero na tej podstawie - przebaczenie i pojednanie. Zresztą moim ulubionym świętym, na którego chciałbym się przy tej okazji powołać, jest Syzyf, który wiedział, że kamień przez niego toczony nigdy na stałe nie spocznie na szczycie góry, że zawsze będzie się staczał w dół i że za każdym razem trzeba będzie go dźwigać z powrotem. Ale Syzyf nigdy nie rezygnował.
- Czy pańska postawa jest w Polsce doceniana?
- Wprawdzie moje książki były tu przez wiele lat zakazane, lecz dzięki polskiemu sprytowi udało się je opublikować we fragmentach w różnych czasopismach. Wielu pisarzy - a dotyczy to na przykład Andrzeja Szczypiorskiego - zagraniczni czytelnicy cenią wyżej niż rodacy. To jest od samych pisarzy zupełnie niezależne. Cieszę się, że mogę liczyć w Polsce na stały krąg odbiorców, którzy poważnie traktują moje zdanie w kwestiach polsko-niemieckich.
- Kto w Niemczech traktuje pański głos poważnie?
- Niemcy myślący krytycznie. Jest wielu ludzi, którzy nie zadowalają się łatwymi receptami podpowiadanymi przez polityków. Z drugiej jednak strony - jako pisarz nie mam złudzeń, że moje działania wywołają jakiś konkretny, a zwłaszcza natychmiastowy oddźwięk. Republika Weimarska upadła nie dlatego, że naziści byli tak silni, lecz dlatego, że zbyt mało było obywateli, którzy chcieliby jej bronić. Obywateli świadomych, którzy biorą inicjatywę w swoje ręce, a nie zostawiają losu państwa w rękach polityków i biznesmenów, uważających, że rynek sam wszystko ustabilizuje. Kiedy ostrzegałem moich rodaków przed pochopnym i lekkomyślnym zjednoczeniem, wielu ludzi na mnie pomstowało. Oskarżenia pod moim adresem skończyły się jednak dość szybko, ponieważ brutalna rzeczywistość przekroczyła nawet najbardziej pesymistyczne oczekiwania.


Więcej możesz przeczytać w 41/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0