Więdnąca zieleń

Więdnąca zieleń

Dodano:   /  Zmieniono: 
Jeśli w byłej NRD poniesiemy porażkę, możemy się tam w ogóle rozwiązać"
- twierdzili członkowie Sojuszu?90/Zielonych przed wyborami do wschodnioniemieckich parlamentów. Po głosowaniu w Saksonii okazało się, że ,,ekologów" darzy zaufaniem zaledwie 2,6 proc. Ossis. Zieloni potrzebni są dziś już tylko socjaldemokratom, jako podpora do utrzymania władzy. Ale i dla nich mogą wkrótce okazać się zbędni.

Przed wyborczym wiecem na Georgen-Platz w Zwickau Zieloni podstawili złotego mercedesa, zasilanego olejem roślinnym, a Gunda Röstel, saksońska liderka tej partii, rozsyłała uśmiechy z jednoosobowego kabrioletu na baterie słoneczne. Wyborcy nie uwierzyli jednak w złote mercedesy, które obiecywali Zieloni. ,,Razem przegraliśmy i razem musimy wydobyć się z tego padołu łez" - podsumowała zawiedziona rywalka premiera Kurta Biedenkopfa z CDU.
Korzenie Zielonych sięgają lewicujących i pacyfistycznych ruchów społecznych z lat 60. Ale ich pierwszy ważny sukces wyborczy nadszedł dopiero w 1983 r., gdy trzy lata po zjednoczeniu tych ugrupowań weszli do Bundestagu. Wówczas twierdzili, że są alternatywą dla tradycyjnych partii. Na ich program składały się żądania rozwiązania bloków wojskowych i armii oraz postulat rządów opartych na demokracji bezpośredniej, czyli referendach lokalnych i narodowych. Zieloni opowiadali się za powiązaniem liczby miejsc nauki i pracy, za równouprawnieniem kobiet i mężczyzn oraz zrównaniem praw homoseksualistów. Rozwój życia społecznego miał następować w zgodzie z przyrodą, przy całkowitej rezygnacji z energii atomowej. Wprawdzie liczba członków partii nigdy nie przekroczyła 50 tys., wywarli oni jednak znaczący wpływ na programy wielkich ugrupowań politycznych - niektóre ich postulaty przejęli zarówno chrześcijańscy demokraci, jak i socjaldemokraci. Dziś Zieloni zasiadają w dziesięciu z szesnastu parlamentów krajowych. Dawniej jednak mieli idee i wpływy, a dziś są bez idei i - mimo że współtworzą z SPD rząd Niemiec - bez wpływów.


Współrządząca Niemcami Partia Zielonych bliska jest popełnienia politycznego samobójstwa

,,Nasze położenie jest dramatyczne" - stwierdziło już w sierpniu tego roku osiemnastu ,,ekologów", którzy w Berlinie i Lipsku radzili nad sposobami wydobycia partii z kryzysu. ,,Naszym problemem jest to, że z wartkich nurtów staliśmy się zbiornikiem stojącej wody" - stwierdził Ralf Fücks, szef Fundacji Heinricha Bölla. Rok po wejściu do rządu Zieloni nie wiedzą, jakie mają cele i jaką drogę obrać. Partyjni modernizatorzy chcą dostosować program Zielonych do wymogów globalnej gospodarki, bronią rządowego pakietu oszczędnościowego, wspierają kontrowersyjny projekt rewaloryzacji emerytur, dostrzegają potrzebę korzystania z 19 niemieckich elektrowni atomowych do czasu znalezienia innych źródeł energii, a w polityce zagranicznej uznają konieczność istnienia wojskowych sojuszy obronnych, a nawet interwencji zbrojnych. ,,Co to ma wspólnego z naszymi ideałami?" - pytają coraz agresywniejsi dogmatycy. Joschka Fischer, wicekanclerz i szef niemieckiej dyplomacji, przestał się angażować w kampanię wyborczą koleżanek i kolegów. Przed wyborami w Saksonii zapowiedział, iż zwiększy aktywność na rzecz partii pod warunkiem, że ustąpią dwie jej rzeczniczki - Antje Radcke i Gunda Röstel - i zaapelował do Zielonych, by... ,,wydorośleli". Dzisiejsze struktury Zielonych przypominają samorząd uczniowski: w partii rządzą wszyscy, czyli nikt. Partyjni dogmatycy nie zadają sobie jednak pytania, dlaczego minister spraw zagranicznych bije wśród Niemców rekordy popularności, podczas gdy jego partia zbliża się do samozagłady. Fischer, uważany przez wielu kolegów za karierowicza, tolerowany jest wyłącznie z obawy przed popadnięciem ,,ekologów" w niełaskę u wyborców. Rozłam wśród ,,ekologów" oznaczałby koniec różowo-zielonego gabinetu. W tej sytuacji Schröder zabezpiecza sobie tyły: jeśli socjaliści przegrają 10 października wybory w Berlinie i stracą przewagę w izbie wyższej parlamentu - Bundesracie, będą zmuszeni do dialogu z opozycyjną CDU. A w tym wypadku Zielonym pozostanie rola szóstego palca u dłoni w rządzie Schrödera.
Tymczasem za wewnątrzkoalicyjne i wewnątrzpartyjne turbulencje socis i Zieloni płacą klęskami wyborczymi. W Saksonii SPD zdobyła o połowę mniej głosów niż postkomunistyczna PDS, a ,,ekolodzy" w ogóle nie weszli do Landtagu. Wcześniej wyborcy odebrali ster rządu różowo-zielonej koalicji w Hesji i wyeksmitowali Zielonych z parlamentu w Saarze. Po porażce w ostatnim z pięciu nowych landów Zieloni zwołali naradę na szczycie i postanowili opracować program restrukturyzacji partii. Reformę strukturalną i nowy program, których jeszcze nie ma, musi zatwierdzić dwie trzecie delegatów na zjeździe, a jego terminu jeszcze nie ustalono. Znany jest tylko katalog życzeń: linia ideowa ,,musi być wyrazista", rezygnacja z energii atomowej - ,,pierwszoplanowa", partia powinna przedstawić ,,własne koncepcje reformy podatków, ubezpieczeń, polityki azylowej oraz zrównania praw dla związków homoseksualnych", musi ,,dotrzeć do wschodnich wyborców", zająć ,,wyraźne stanowisko" wobec dokumentu Schrödera/Blaira o rozwoju socjaldemokracji oraz programów chadeków i liberałów.

Więcej możesz przeczytać w 41/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0