Teraz żywność

Teraz żywność

Dodano:   /  Zmieniono: 
Polska jest światowym liderem w eksporcie mrożonek
Od początku lat dziewięćdziesiątych importujemy więcej żywności, niż jesteśmy w stanie sprzedać za granicą. W ubiegłym roku deficyt eksportu sięgnął niemal 2,6 mld zł. Pocieszać może jedynie to, że ujemny bilans spowodowany jest przede wszystkim importem owoców z innych stref klimatycznych. Czy sektor rolno-spożywczy - chyba najmocniej dotknięty skutkami rosyjskiego kryzysu - zacznie odzyskiwać utraconą pozycję?
Jesteśmy światowymi potentatami w eksporcie mrożonek owocowych i warzywnych oraz koncentratu jabłkowego. Dr Bożena Nosecka z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej zapewnia, że przynajmniej w tej pierwszej dziedzinie w ciągu najbliższych lat nie stracimy pozycji lidera. Na europejskim rynku nie mamy konkurencji, jeśli chodzi o mrożone truskawki, wiśnie, czarną porzeczkę i agrest. Natomiast istnieje niebezpieczeństwo, że przestaniemy być największym eksporterem koncentratu jabłkowego. Przyczyna jest prozaiczna: rodzimi sadownicy oferują coraz lepsze jabłka - nadają się one do konsumpcji, nie zaś do przerobu. Produkcja tych pierwszych przynosi kilkakrotnie wyższe zyski. W rezultacie za kilka lat może zabraknąć surowca do produkcji koncentratu. Dziś wytwarzamy go mniej więcej tyle, ile Stany Zjednoczone. W ubiegłym roku na eksporcie 104 tys. ton tego półproduktu Polska zarobiła 72 mln USD.
Ze sprzedaży za granicę 94 tys. ton owoców mrożonych uzyskano w ubiegłym roku 252 mln USD. To bardzo intratny biznes, zważywszy, że eksport 130 tys. ton mrożonek warzywnych przyniósł czterokrotnie mniej pieniędzy. - Wykorzystaliśmy bardzo dobrą koniunkturę na te owoce w państwach Unii Europejskiej. Dzisiaj płacą one mniej, co jednak nie zagraża opłacalności eksportu - zapewnia dr Nosecka. Listę polskich eksportowych hitów warzywnych otwierają cebula, kalafior i marchew. Duże szanse mają producenci pieczarek; obecnie są one o połowę tańsze od zachodnich. Być może za kilka lat grzyby staną się polskim przebojem. Zdaniem ekspertów, przedsiębiorcy powinni szukać nisz rynkowych. Dzięki temu możliwy jest na przykład eksport popularnych na Zachodzie szparagów. Kto wie, czy zagranicznych rynków nie zdobędzie strusie mięso (powstaje u nas coraz więcej ferm, gdzie hodowane są te ptaki), jaja, skóry z Polski.
Optymizmem napawają dane GUS, dotyczące pierwszego półrocza tego roku. Wynika z nich, że trzykrotnie wzrósł eksport świeżych warzyw, niemal o połowę - mrożonych, o ponad połowę - cukru. Znacznie zwiększyła się sprzedaż polskich artykułów żywnościowych w krajach rozwijających się (o 31,1 proc.), należących do CEFTA (o 20,5 proc.), a zwłaszcza w państwach Unii Europejskiej (o 15,5 proc.). Świadczy to o dużej elastyczności naszych przedsiębiorców. Widać więc również pozytywne aspekty kryzysu rosyjskiego. Czy nie jest bowiem tak, że krajowi eksporterzy - pozbawieni tamtejszego rynku zbytu (spadek sprzedaży o połowę) - zaczynają zdobywać zachodnie rynki, poprawiając jednocześnie swą ofertę? W pierwszym półroczu 1999 r. udział krajów Europy Środkowej i Wschodniej w eksporcie naszej żywności zmniejszył się z 54,3 proc. do 35 proc. W wypadku krajów rozwiniętych wzrósł zaś z 38,5 proc. do 53,6 procent. Czy te pozytywne tendencje się utrzymają? Trudno być optymistą, jeśli zmierzy się wysokość "muru" celnego, mającego chronić krajowych wytwórców. Podwyższone stawki na import między innymi jogurtów, cukru i wieprzowiny chwilowo poprawią bilans handlowy. Kraje, od których odgradzamy się barierami celnymi, zareagują podobnie, co może oznaczać zmniejszenie się polskiego eksportu.


W ubiegłym roku eksport polskiego mięsa i jego przetworów prawie czterokrotnie przewyższał import

Obawiając się rolniczych protestów, o połowę podwyższamy importowe cła na wieprzowinę (z 60 proc. do prawie 90 proc.). Tymczasem w ubiegłym roku eksport mięsa i jego przetworów prawie czterokrotnie przewyższał import. Dodatnie saldo wyniosło 750 mln zł. W tej sytuacji przede wszystkim producentom powinno zależeć na liberalizacji międzynarodowego handlu. Największą popularnością za granicą cieszą się nasze przetwory mięsne - wędliny i konserwy; stanowiące 55 proc. wartości polskiego eksportu żywności. Ponad 90 proc. sprzedawanego za granicą drobiu i podrobów trafia na stoły konsumentów z Unii Europejskiej. Najchętniej polski drób (przede wszystkim gęsi oraz ich wątróbki) jadają Niemcy oraz Francuzi. Nasz eksport ograniczają także unijne restrykcje. Od 1993 r. nie możemy sprzedawać na tym rynku surowej wieprzowiny. Tamtejsza Komisja Weterynaryjna uznała, że w Polsce znajdują się ogniska pomoru świń. - Z tym problemem poradziliśmy sobie kilka lat temu. Okres kwarantanny wynosi dwanaście miesięcy. Zakaz nie jest już więc potrzebny - uważa Jan Augustynowicz, prezes zarządu Zakładów Mięsnych Sokołów. Straty spowodowane zakazem eksportu świeżego mięsa wieprzowego sięgają dziesiątek milionów złotych rocznie. Na podobne bariery trafiają hodowcy dziczyzny. Producenci mięsa z dzika znajdują się na granicy bankructwa. Gdyby możliwa była sprzedaż tego produktu do państw UE, stanowiłaby jedną trzecią rynku dziczyzny wysyłanej za granicę. Aż 70 proc. odstrzelonej w Polsce zwierzyny trafia na eksport. Tylko jeden z dziewiętnastu eksporterów dziczyzny - firma Las Skwierzyna z Gorzowa Wielkopolskiego - ze sprzedaży towaru za granicę uzyskuje 2 mln zł rocznie. Niestety, uzyskanie zezwolenia na zbyt świeżego mięsa nie rozwiąże problemu. Do tej pory unijne certyfikaty jakości zdobyło jedynie kilkanaście krajowych ubojni i przetwórni. - Musimy dążyć do osiągnięcia standardów unijnych. Jeżeli to uczynimy, łatwiej nam będzie powrócić na rynek wschodni - przekonuje Klaudiusz Balcerzak, właściciel firmy Balcerzak, która niedawno otrzymała certyfikat pozwalający na eksport mięsa do krajów Unii Europejskiej. - Jesteśmy potęgą w chowie świń w Europie, ale to nie ilość, a jakość danego produktu decyduje o udziale w handlu międzynarodowym - dodaje. Tak zwana mięsność świń produkowanych w unii sięga 55-60 proc. U nas ten wskaźnik wynosi 40-45 proc. Z surowca tej jakości można produkować smalec, kaszankę, pasztety bądź kiełbasę zwyczajną. W takiej sytuacji rynki zbytu trzeba ograniczyć do Wschodu lub pozostawić produkty w kraju. Ocenia się, że zaledwie 10 proc. naszej wieprzowiny spełnia unijne standardy jakościowe. Zdaniem prof. Jana Małkowskiego z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej, znacząca poprawa jakości może nastąpić już za dwa-trzy lata.
- 40 proc. eksportu produktów mleczarskich stanowi mleko w proszku; cena tego towaru nieustannie spada. Wprawdzie udaje się nam zwiększać sprzedaż, ale uzyskane dzięki temu wpływy są coraz niższe - mówi Piotr Szajner, ekspert IERiGŻ. Dziś to my bronimy się przed nadmiernym importem jogurtów z UE, wprowadzając na nie maksymalne stawki celne. Kraje piętnastki grożą odwetem, co może tylko ograniczyć eksport przetworów mlecznych.
- Szanse eksportowe stwarza tzw. rynek etniczny - przekonuje Grzegorz Pysz, szef Smaku w Żorach. Chodzi o sprzedaż produktów dla Polonii mieszkającej w najbardziej odległych zakątkach świata. Jego firma wysyła do USA wyroby (przetwory warzywne) wartości 15 mln USD rocznie. Drugie tyle trafia do Europy. Za oceanem swe wyroby sprzedaje również spółka Provitus (ok. 20 proc.). - Trudno jednak jedynie na tym rynku opierać plany ekspansji. Wielu emigrantów asymiluje się z nowym otoczeniem i konsumpcja żywności pochodzącej z Polski nie wzrasta - uzupełnia Stanisław Dąbrowski, właściciel Provitusa. Rządowi specjaliści od marketingu nie zauważają, że nie da się promować wszystkiego, powinniśmy wybrać kilka najlepszych narodowych marek, tak je reklamować, by jednoznacznie kojarzyły się ze świetną jakością. - Jeżeli się to uda, one "pociągną" pozostałe wyroby made in Poland - zauważa Andrzej Szumowski z Agrosu.


Więcej możesz przeczytać w 43/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0