Uczniowie Fulbrighta

Uczniowie Fulbrighta

Dodano:   /  Zmieniono: 
"Amerykańskie doświadczenie" przygotowało nas do czasu przemian
Jeśli poradzisz sobie w Stanach Zjednoczonych, poradzisz sobie wszędzie - przekonują stypendyści Fulbrighta, którzy po pobycie na prestiżowych amerykańskich uniwersytetach wracają do Polski. Program utworzony w 1946 r. przez senatora J. Williama Fulbrighta przetrwał kadencje 10 prezydentów i 25 kongresów, zyskując miano "najbardziej twórczej i hojnej inicjatywy, która powstała po II wojnie światowej". Stypendium przeznaczone jest dla potencjalnych liderów w dziedzinie nauki, sztuki, polityki i biznesu, nic dziwnego więc, że pośrednio decyduje o kształcie elit danego kraju. - J. William Fulbright, mimo że był politykiem, miał naturę profesora. Chciał kształcić zarówno siebie, jak i opinię publiczną. Uważał, że konfliktów można uniknąć tylko wtedy, gdy pozostaje się biernym. Był przekonany jednak, że pewne zachowania społeczne mogą się stać bardziej racjonalne - mówi Harriet Mayor Fulbright, wdowa po senatorze. J. William Fulbright, jeden z założycieli ONZ, przez 30 lat reprezentował w Kongresie stan Arkansas. Zasłynął z niezależności sądów, gdy jako jedyny głosował przeciwko przygotowanej przez McCarthy?ego ustawie o przeciwdziałaniu infiltracji komunistycznej. Sprzeciwiał się też amerykańskiej interwencji w Wietnamie. Zainicjowany przez niego Program Wzajemnej Wymiany Naukowej miał służyć przełamaniu polityki izolacjonizmu prowadzonej przez Stany Zjednoczone, a także stworzyć podstawy do międzynarodowej współpracy. Pierwsze pieniądze na jego finansowanie pochodziły z wyprzedaży nadwyżek amerykańskiego uzbrojenia, później Kongres amerykański przeznaczył na ten cel odrębne fundusze. Początkowo działalność programu była możliwa dzięki "amerykańskiemu entuzjazmowi". Dziś koszty w 60 proc. pokrywane są przez rząd amerykański, reszta zaś pochodzi z instytucji edukacyjnych i funduszy rządów państw współpracujących. Program działa w 150 krajach, a z jego oferty skorzystał zarówno Umberto Eco, Boutros Ghali, John Updike, jak i Fay Dunaway. Liczba stypendystów przekroczyła już ćwierć miliona, co jeden z wykładowców uniwersytetu w Oksfordzie nazwał "największą migracją ludzi nauki na ziemi od czasów upadku Konstantynopola".


Do Polski przyjeżdżają stypendyści ze Stanów Zjednoczonych, aby doświadczyć "konkretnej, namacalnej inności"

"Wielka migracja" nie ominęła też Polski, skąd co roku 30-40 osób (wyłonionych z 2-3 tys. kandydatów) wyjeżdża na stypendium na jeden z prestiżowych amerykańskich uniwersytetów. Wśród fulbrightczyków znaleźli się m.in. Marek Belka, Ryszard Bender, Henryka Bochniarz, Grzegorz Kołodko, Bogusław Liberadzki, Juliusz Machulski, Dariusz Rosati i Marcin Święcicki. - Kiedyś stypendium Fulbrighta otwierało świat, który był zamknięty i w naszym ówczesnym pojęciu pachniał siarką. Kontakt z duchowym mentorem był często przełomowy - mówi prof. Tadeusz Sławek, rektor Uniwersytetu Śląskiego. - Podczas pobytu na stanowym Uniwersytecie Kalifornijskim w San Diego zetknąłem się z metodologiami czy osobami, którym pozostaję wierny do dziś. To był między innymi kontakt z Jacques?em Derridą, słynnym francuskim filozofem, który później został doktorem honoris causa UŚ. Żyjemy w czasach, kiedy pewne europejskie idee po prostu potrzebują Ameryki, aby liczyć się na mapie intelektualnej świata.
Program reagował na zmiany polityczne. W epoce zimnej wojny miał zminimalizować skutki wzajemnej wrogości. Dziś, w czasach globalizacji ekonomii, koncentruje się na zagadnieniach prawnych, finansowych i biznesowych. - Stypendium daje bardzo wartościowe kontakty, począwszy od strefy bankowości, a skończywszy na biznesie i polityce. Określenie Fulbright scholar w USA robi naprawdę duże wrażenie i otwiera wiele drzwi - mówi Cezary Stypułkowski, prezes Banku Handlowego SA, który spędził rok na Columbia University w Nowym Jorku, zajmując się badaniem rynków kapitałowych. - Chodzi tu nie tylko o wiedzę, ale także o wyobraźnię i świadomość, że ten sam problem ma wiele rozwiązań.
Stypendyści określają program mianem inspirującego. Jedzie się, by zrealizować jeden projekt, a wraca z pomysłami kilkunastu następnych. - Ze Stanów Zjednoczonych przywiozłem 200 kilogramów odbitek kserograficznych, co wzbudziło sensację na lotnisku - wspomina Wojciech J. Katner, wiceminister gospodarki i przewodniczący Polskiego Stowarzyszenia Stypendystów Fulbrighta. - Z tych materiałów korzystam do dzisiaj. Stypendium uczy zdyscyplinowania i korzystania z nieograniczonych źródeł informacji. Fulbrightczyk spotyka się z ogromną przychylnością bez oczekiwa- nia jakichkolwiek wyrazów wdzięczności. Prestiż stypendium sprawia, że zdolności przywódcze znajdują swoje moralne i formalne uzasadnienie.
Korzyści ze stypendium to nie tylko proste wzbogacenie swojej wiedzy, ale przede wszystkim full experience, polegające na całkowitym zanurzeniu w kulturę amerykańską. - Obcość przełamywałam dzięki uczestnictwu we wszystkich wydarzeniach, zarówno zawodowych, jak i towarzyskich. Słynne stały się spotkania w naszym domu, podczas których podawano pierogi - mówi Henryka Bochniarz, prezes Nicom Consulting. - W Stanach Zjednoczonych zaczęłam drugie życie. Tutaj miałam rodzinę, przyjaciół, do wszystkiego dochodziłam powoli. W USA musiałam się zweryfikować na nowo w całkiem obcym środowisku. W Departamencie Ekonomii Stosowanej na Uniwersytecie Minnesota, gdzie realizowałam program stypendium, byłam pierwszą osobą z środkowowschodniej Europy.
Dla wielu stypendystów szokiem jest zetknięcie się z amerykańskim środowiskiem naukowym. Pogoń za cytatami, publikacjami i większą liczbą studentów jest często nie do zniesienia dla wielu Polaków. - Ameryka to kraj pozornie otwarty, jednak cudzoziemcy szybko przekonują się, że wejście do elity jest bardzo trudne, jeśli nie niemożliwe. Zawsze jednak docenia się tam wartość ciężkiej pracy - dodaje Henryka Bochniarz.
Fulbrightczycy rozpoznają się w tłumie. - To ludzie, których łączy pewne otwarcie na świat, przełamywanie wzajemnych uprzedzeń - twierdzi Marcin Święcicki, były prezydent Warszawy, dwukrotny stypendysta Fulbrighta (na Uniwersytecie George?a Washingtona i Uniwersytecie Harvarda). - Te studia nauczyły mnie odpowiedzialności, rzeczowości i pragmatyzmu. Uniwersytet Warszawski był wtedy bardzo rewizjonistyczny i dopiero w USA poznałem inną ekonomię, operującą pojęciami wolnego rynku, banku centralnego, giełdy. Program Fulbrighta przygotował nas do reform. Być może kłopoty w Rosji czy na Ukrainie wynikają po trosze z tego, że nie ma tam kadr z podobnym doświadczeniem.


Program Fulbrighta

Funkcjonuje w Polsce od 1959 r. Zainicjowanie jego działalności miało być dowodem liberalizacji wprowadzanej przez władze komunistyczne po okresie stalinizmu. Programem kierowała ambasada USA i polskie Ministerstwo Edukacji Narodowej. W 1990 r. utworzono Biuro Polsko-Amerykańskiej Wymiany Naukowej, pierwsze w środkowo-wschodniej Europie. Od tego czasu program finansowany jest z funduszy obu rządów. Z okazji czterdziestolecia programu Fulbrighta w Polsce przygotowano cykl spotkań, które odbędą się w Warszawie 21-22 października. Uroczystościom patronuje tygodnik "Wprost".


Bycie fulbrightczykiem daje poczucie wyjątkowości, także dlatego, że sito selekcji jest bardzo gęste. System rekrutacyjny składa się z trzech etapów. Pierwszy to przedstawienie programu badań. Drugi - jego ocena przez ekspertów w danej dziedzinie. Trzeci - rozmowa z przedstawicielami Komisji Fulbrighta. Kandydat może wybrać uniwersytet, na którym chce studiować i wcześniej nawiązać z nim kontakty naukowe, co zwiększa jego szanse.Tak było w wypadku Roberta Smolańczuka z Instytutu Problemów Jądrowych im. Andrzeja Sołtana, który współpracował z zespołem laboratorium na uniwersytecie w Berkeley. Uczelnia nie mogła go zatrudnić, jednak stypendium Fulbrighta umożliwiło mu pracę nad obliczeniami, które doprowadziły do stworzenia drogą laboratoryjnego eksperymentu dwóch nowych pierwiastków, najcięższych z dotychczas znanych. Określenie "stypendium Fulbrighta" oznacza wiele programów. Są to stypendia na programy naukowe dla studentów, pracowników uczelni przed doktoratem i osób, które uzyskały już stopień doktora. Część grantów przeznaczona jest też dla nauczycieli szkół średnich z wykładowym językiem angielskim, dla osób zajmujących wysokie stanowiska w dziedzinie organizacji i zarządzania oraz dla przyszłych liderów w dziedzinie administracji, ekonomii, dziennikarstwa, edukacji i prawa. Kiedyś współpraca amerykańsko-polska przypominała relację mistrz-uczeń, dziś kontakty między stronami stały się bardziej partnerskie. Do Polski przyjeżdżają stypendyści ze Stanów Zjednoczonych, aby doświadczyć "konkretnej, namacalnej inności" i poznać historię kraju, który dla większości Amerykanów jest obcy. - Bycie fulbrightczykiem w Polsce to szansa prześledzenia historii oporu przeciwko wszelkim formom represji. To także szansa zrozumienia Polski z jej znaczącą przeszłością, trudną teraźniejszością i optymistyczną przyszłością - twierdzi Mary C. Segers, historyk polityki, przebywająca na stypendium Fulbrighta na Uniwersytecie Warszawskim. Także John Leo, wykładowca Fulbrighta na UMCS w Lublinie, przekonuje, że obserwowanie polskich przemian jest ekscytujące, a na pełen ich obraz składa się zarówno wspomnienie pięknego, spowitego mgłą Krakowa, polska gościnność i dowcip, jak i determinacja, by "tworzyć kapitalizm nawet bez kapitału". Być może więc realne okaże się marzenie senatora Fulbrighta, aby "program zapewniał doświadczenia, na których zdobycie inni ludzie poświęcają całe życie. Jeśli zaś promowana przez niego idea współpracy i porozumienia jest trafna, nasi stypendyści będą żyli w świecie, w jakim chcieliby żyć".

Więcej możesz przeczytać w 43/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0