Opera czy epopeja?

Opera czy epopeja?

"Szeregowiec Ryan" łączy dwa główne tematy wojny: z jednej strony jej potworność, z drugiej - patos i poświęcenie
"Karta do głosowania jest silniejsza niż kula"
Abraham Lincoln


Tomasz Raczek: - Panie Zygmuncie, Spielberg jeszcze raz nas zaskoczył. Proszę sobie wyobrazić, że w dużym warszawskim kinie, które wyświetla jego najnowszy film "Szeregowiec Ryan", na wieczornym seansie naliczyłem tylko siedem osób. Czyżby nazwisko Spielberga przestało już być dla widzów magnesem?
Zygmunt Kałużyński: - Czuję, panie Tomaszu, że dawno już tak się nie kłóciliśmy, jak pokłócimy się za chwilę. W ten złośliwy, podstępny sposób próbuje pan zdeprecjonować film, który uważam za wydarzenie sezonu.
TR: - Ciekawe dlaczego? Czyżby należał pan do tych, którzy uważają, że nie ma to jak film o wojnie?
ZK: - Wojna była jednym z kolosalnych tematów kina po roku 1945.
TR: - Wtedy to było zrozumiałe, panie Zygmuncie, ale dziś podjęcie tego tematu pachnie jakąś dziwną kalkulacją. Może to próba podgrzania krwi w żyłach widzów przypomnieniem męskich, wojennych dylematów, bo za długo już mamy pokój? Po roku 1945 realizowano takie filmy, żeby odreagować, ale po co dzisiaj?
ZK: - Wcale nie po to, żeby odreagować! Te filmy były rozmaite: od propagandowych (wzywających do boju) poprzez pacyfistyczne (potępiające wojnę), wyczynowe (typu prawie że cyrkowego, w których komanda pokazywały fantastyczne osiągnięcia) aż po rekonstrukcje dla majsterkowiczów, odtwarzające przebieg wydarzeń historycznych. Na przykład w latach 60. więcej niż połowa produkowanych filmów opowiadała o wojnie. Jakiś kpiarz zaproponował nawet, żeby filmowcy postawili pomniczek Adolfowi Hitlerowi z wdzięczności za to, że dał im tyle tematów.
TR: - Tym, co łączyło te wszystkie filmy, był większy lub mniejszy realizm, to znaczy pragnienie pokazania, jak naprawdę wyglądała II wojna światowa. W filmie Spielberga mamy natomiast symfonię sztuczności. Mimo że "Szeregowiec Ryan" na pierwszy rzut oka robi wrażenie naturalistycznej relacji z frontu, ze względu na sposób narracji oraz nasączenie filmu pompatyczną muzyką Johna Williamsa staje się w gruncie rzeczy operą. Jest to, proszę pana, filmowa opera o II wojnie światowej: dużo emocji i wątłe libretto.
ZK: - Otóż ja słowo "opera" ośmielę się zastąpić słowem o znacznej ciężkości: "epopeja". Zaraz uzasadnię dlaczego.
TR: - Chodzi panu o to, że film trwa trzy godziny?
ZK: - Widzę, że pan był wściekły w ciągu tych trzech godzin, ja natomiast nie. Od początku do końca byłem wciągnięty i nawet wzruszony. Wiesław Kot na łamach "Wprost" zwrócił już uwagę, że ten film jest dalszym ciągiem cyklu wojennego w historii kina. Trzeba jednak pamiętać, że kino wojenne skończyło się i mniej więcej w latach 80. temat zniknął. Pojawienie się zrobionego z takim rozmachem "Szeregowca Ryana" ma znaczenie uderzeniowe i podsumowuje temat.
TR: - W taki sam sposób, w jaki opera "Aida" podsumowywała naszą wiedzę o starożytnym Egipcie.
ZK: - Pan mówi o deformacji...
TR: - ... i o dziwacznym założeniu filmu. Jego treścią są poszukiwania żołnierza, którego naczelne dowództwo armii amerykańskiej postanawia wycofać z frontu po desancie na Normandię po to, żeby go ocalić, gdyż trzech jego braci zginęło już na wojnie, a armia chce uchronić matkę przed utratą ostatniego syna. W czasie poszukiwań tego młodego człowieka ginie kilku innych synów innych matek, a na końcu mamy nieśmiertelny sztandar amerykański, cmentarz poległych i wzniosłe, patriotyczne przemówienie. Znamy tę piosenkę...
ZK: - Sztuczna formuła scenariusza jest tutaj tylko pretekstem; to jest po prostu historia jednego plutonu. Poprzez nią widać cały diapazon ludzkich emocji związanych z wojną, a to jest osiągnięcie, bo wszystkie poprzednie filmy wojenne były bardziej lub mniej cząstkowe i przez to jednostronne. Na przykład film patriotyczny, gloryfikujący bohaterstwo, unikał drastyczności; film pacyfistyczny pokazywał ofiary, ale znowu znikał tu ideologiczny wymiar wojny - poświęcenie i rola historyczna. "Szeregowiec Ryan" łączy dwa główne tematy wojny: z jednej strony jej potworność, pokazaną jak nigdy dotychczas, z drugiej - patos, poświęcenie i służbę narodowi.
TR: - Ma w tym swój udział operator Janusz Kamiński.
ZK: - Niech pan weźmie pierwszą scenę - desant na plaży w Normandii. Nakręcono ją z punktu widzenia żołnierzy. Towarzyszymy im, gdy rozpaczliwie pełzają po plaży, żeby przeżyć. Żołnierze w łodzi desantowej wstrząsanej wybuchami wymiotują na własne mundury; po chwili większość zostaje wybita ogniem z karabinów maszynowych. Inni, którzy usiłują się uratować, skaczą do wody i topią się, bo ich wyposażenie wojskowe jest za ciężkie. Widzimy sierżanta trzymającego w prawej ręce swoje lewe ramię, urwane przez szrapnel. No i jak jest pokazana śmierć! Kino zwykle ma taki chwyt: szeryf strzela, bandyta się przewraca i leży. Tyle że śmierć nigdy tak nie wygląda. Widziałem to na własne oczy: człowieka bardzo trudno zabić. Żołnierz, który został śmiertelnie ranny, kona w męczarniach bardzo długo, często godzinami. To jest pierwszy film, gdzie to widzimy.
TR: - Owszem, panie Zygmuncie, ta niesłychanie błaha historia obfituje w popisy reżyserskie. Nie świadczy to jednak o tym, że "Szeregowiec Ryan" jest epopeją, lecz o tym, że jest dobrze skonstruowanym marketingowo produktem filmowym.
ZK: Łączy potworność z patosem.
TR: - Ho, ho, zaraz usłyszę słowo "patriotyzm". Tylko że tu go nie ma! Przynajmniej w scenach bitew. Patriotyzmu bowiem - jak zwykle - należy raczej szukać w przemówieniach polityków i podczas redagowania zawiadomień o śmierci żołnierzy.
ZK: - Za to mamy tu patos! Chociaż humanizm sztabu wojskowego okazuje się bardzo dwuznaczny: ponieważ trzej bracia zginęli i tylko czwarty jeszcze żyje, specjalnie wysyła się komando, żeby go ocalić. To już jest komedia ze strony sztabu; albo raczej makiawelizm. Ale właśnie dlatego uważam, że ten film jest tak kompletny pod względem pokazania ludzkich uczuć. Użyłem słowa "epopeja". Na czym ona polega? Na przykład "Iliada" pokazuje wszystkie reakcje emocjonalne, intelektualne i nawet podświadome ludzi uczestniczących w tragedii. Tutaj też mamy wszystko: od poświęcenia do tchórzostwa, załamania się, blagi, głupich dowcipów, które mają żołnierzy podnieść na duchu w okropnej sytuacji, w jakiej się znaleźli. Krótko mówiąc - kino, które już zarzuciło ten temat, nagle zapragnęło pokazać, ile się tylko da, wszystko, co wiąże się z katastrofą wojenną. I to się w tym filmie udało.
Okładka tygodnika WPROST: 41/1998
Więcej możesz przeczytać w 41/1998 wydaniu tygodnika „Wprost”
 0