Czas Polski

Czas Polski

Stałe tempo wzrostu gospodarczego, przekraczające już od czterech lat 6 proc. rocznie, najsilniejsza waluta w regionie, wskaźnik inflacji zbliżający się w tym roku do 10 proc., najniższy w latach 90. poziom bezrobocia (poniżej 10 proc.), najwyższe w historii III RP rezerwy walutowe - 26,8 mld dolarów, deficyt obrotów bieżących poniżej 3 proc. PKB, deficyt budżetowy - 2 proc. PKB, ponad 25 mld USD zagranicznych inwestycji bezpośrednich i zapowiedź napływu dalszych 13 mld USD, szybsze tempo wzrostu eksportu (w lipcu - 20,1 proc.) niż importu (w lipcu - 15,3 proc.), dług wewnętrzny nie przekraczający połowy PKB - to wskaźniki, którymi mogłyby się pochwalić najwyżej dwa kraje należące do Unii Europejskiej i nie więcej niż kilkanaście państw na świecie.
Stałe tempo wzrostu gospodarczego, przekraczające już od czterech lat 6 proc. rocznie, najsilniejsza waluta w regionie, wskaźnik inflacji zbliżający się w tym roku do 10 proc., najniższy w latach 90. poziom bezrobocia (poniżej 10 proc.), najwyższe w historii III RP rezerwy walutowe - 26,8 mld dolarów, deficyt obrotów bieżących poniżej 3 proc. PKB, deficyt budżetowy - 2 proc. PKB, ponad 25 mld USD zagranicznych inwestycji bezpośrednich i zapowiedź napływu dalszych 13 mld USD, szybsze tempo wzrostu eksportu (w lipcu - 20,1 proc.) niż importu (w lipcu - 15,3 proc.), dług wewnętrzny nie przekraczający połowy PKB - to wskaźniki, którymi mogłyby się pochwalić najwyżej dwa kraje należące do Unii Europejskiej i nie więcej niż kilkanaście państw na świecie. To wszystko osiągnęliśmy mimo powodzi w 1997 r., która spowodowała straty w wysokości ok. 3,5 mld dolarów, mimo krachu w Rosji i perturbacji na światowych rynkach finansowych, które mogły nas kosztować kolejne 2-3 mld dolarów, mimo 3 mld dolarów rocznych spłat starego zadłużenia zagranicznego. Prof. Norman Davis, znany historyk, uznał, że Polska od XVII w. nie znajdowała się w tak dobrej kondycji, nie była tak bezpieczna. "Gdy Rosja tonie, polska gospodarka dynamicznie kroczy do przodu" - napisał weekendowy "New York Times".
Tadeusz Mazowiecki i Leszek Balcerowicz przeprowadzili w latach 1989-1990 fundamentalne reformy, gdyż sytuacja gospodarcza była beznadziejna. Rząd Jerzego Buzka zamyka cykl reform (terytorialną, ubezpieczeń społecznych, ochrony zdrowia i oświatową), gdyż pozwala na to wyjątkowo dobry stan gospodarki. - W 1989 r. Polska musiała za wszelką cenę zarobić na bieżące potrzeby, w 1998 r. - może, a nawet musi, zainwestować w przyszłość i po raz pierwszy ją na to stać - mówi Tadeusz Syryjczyk, szef Klubu Parlamentarnego Unii Wolności. Zupełnie inaczej postrzega to opozycja. SLD wydał właśnie broszurę, w której przedstawia 333 dni rządu Buzka jako pasmo błędów, niekompetencji i zwyczajnego nieróbstwa. Jarosław Kalinowski, prezes PSL, alarmuje, że rząd zabija polskie rolnictwo, zaś Przymierze Społeczne (PSL, UP i KPEiR) sugeruje, że rozpowszechnienie biedy w Polsce sytuuje nas w pobliżu Czadu i Bangladeszu, a nie Unii Europejskiej. - Dreszcze przechodzą po plecach, gdy się na to patrzy - podsumowuje pracę rządu Marek Pol, szef Unii Pracy.
Niepewność wywołana skalą reform oraz totalna krytyka za strony opozycji sprawiały, że jeszcze w lipcu rząd Jerzego Buzka miał mniejsze poparcie (34 proc.) niż wtedy, gdy nic nie zdążył zrobić (w styczniu i w lutym 40 proc. badanych przez CBOS oceniało rząd pozytywnie). Cieszył się także znacząco mniejszą popularnością niż rząd Włodzimierza Cimoszewicza (w sierpniu i wrześniu ubiegłego roku dobrą ocenę wystawiało mu ponad 50 proc. badanych przez OBOP), który przez cztery lata tylko zapowiadał reformy. Konsekwencja rządu we wprowadzaniu zmian i odporność polskiej gospodarki na rosyjski kryzys - co potwierdziło jej dobrą kondycję - sprawiły jednak, że już we wrześniu poparcie dla rządu wzrosło do 42 proc., zaś dla premiera - do 44 proc.
Socjologowie, wspierani przez komentatorów zachodnich mediów w Polsce, m.in. Klausa Bachmana i Michaela Ludwiga, nie potrafią jednak wyjaśnić, dlaczego rządowi w tak niewielkim stopniu udało się zdyskontować reformy. - Produkcja jest dobra, gorzej z marketingiem: ciągle duża część posłów AWS i UW wierzy, że racje zwyciężą same - bez nagłaśniania - uważa Tadeusz Syryjczyk. - Reformy o fundamentalnym znaczeniu zawsze wiążą się z politycznymi kosztami. Rząd powinien mieć odwagę te polityczne koszty ponieść, nawet za cenę niepopularności - mówi Stanisław Gomułka, profesor London School of Economics, doradca ministra finansów. "Politycy muszą robić to, co konieczne, nie przejmując się tym, że przegrają kolejne wybory. Polityk, który nie ma odwagi narazić się własnemu elektoratowi, myli korytarze władzy z wybiegiem dla modelek. Szkoda, że dzisiaj do władzy tak łatwo dochodzą miernoty, mówiące elektoratowi: ťNie zrobimy niczego, co rozmijałoby się z waszymi oczekiwaniamiŤ. W istocie oznacza to, że narobią wyłącznie szkód, bo nic tak nie szkodzi, jak bezczynność" - mówiła wiosną 1996 r. studentom uniwersytetu chicagowskiego lady Margaret Thatcher, była premier Wielkiej Brytanii.
W Polsce nad wszystkimi reformami będą poza tym jeszcze długo ciążyły psychologiczne kompleksy wynikające z terapii szokowej z początku lat 90., która uczyniła z Polski lidera przemian w Europie Środkowej, lecz w świadomości dużej części Polaków jest jednocześnie kwintesencją zła leseferyzmu, znakiem upiorów wolnego rynku - czarującego bogactwem towarów i przerażającego koniecznością uczestnictwa w "wyścigu szczurów" po pieniądze na te towary. - Reformy Balcerowicza zburzyły przytulny, polski i socjalistyczny zarazem zaścianek, w którym nie trzeba było z nikim konkurować. To szalenie stresujące uczucie, kiedy się samemu odpowiada za własną przyszłość - mówi prof. Janina Jóźwiak, rektor warszawskiej SGH. Zachodni publicyści podkreślają, że skala reform jest ogromnym problemem psychologicznym dla naszej mentalności, która ma zdecydowanie chłopskie korzenie i wiąże się ze skrajną nieufnością wobec wszelkich innowacji.
Wszystkie reformy zaproponowane przez rząd Jerzego Buzka oznaczają tymczasem radykalne odejście od dotychczasowych przyzwyczajeń. Nowy podział terytorialny to osłabienie władzy centrum i wzmocnienie samorządu - także wskutek decentralizacji budżetu (poza centrum znajdzie się 45 proc. środków budżetowych, podczas gdy obecnie - 23,5 proc.). Choć domaga się tego 82 proc. Polaków, równocześnie ponad połowa obawia się, że brak dominującej pozycji centrum usuwa ostateczną instancję odwoławczą. Chociaż tzw. trzeci filar reformy emerytalnej, czyli inwestowanie w dobrowolne fundusze, oznacza szansę na dostatnie życie, równocześnie uzależnia sytuację emerytów od indywidualnej zapobiegliwości i roztropności - znowu polega więc na większej odpowiedzialności i wiąże się z ryzykiem. To samo dotyczy reformy służby zdrowia, która pozwoli nam wybierać lekarzy, szpitale, ale jednocześnie znosi kosztowne prawo do wzywania lekarza z byle powodu oraz wiąże się z odpłatnością za część świadczeń medycznych i rezygnacją z wielu przywilejów branżowych. Rewolucja edukacyjna ministra Mirosława Handkego oznacza z kolei, że skończy się anonimowe łożenie na szkolnictwo, a każdy rodzic-podatnik będzie płacił - w formie bonu oświatowego - konkretnej szkole za konkretne usługi. Nastąpi też znaczne urynkowienie zawodu nauczyciela. Wszystkie te przedsięwzięcia zmuszają do ustawicznego podejmowania ryzyka, nakłaniają do wyborów. Zła decyzja będzie oznaczała stratę dla konkretnej osoby, konkretnej rodziny, a nie dla anonimowego państwa. Przez pryzmat tych lęków ocenia się rząd.
- Reform nie można robić wbrew ludziom, ale w Polsce więcej jest ich zwolenników niż przeciwników - tak premier Jerzy Buzek wyjaśnia motywy, jakimi kieruje się jego rząd. Obawa przed odrzuceniem reform przez społeczeństwo skłoniła prawdopodobnie gabinet Jerzego Buzka do odłożenia rewolucji podatkowej zaproponowanej przez Leszka Balcerowicza, choć jej założenia na dłuższą metę sprzyjały najmniej zarabiającym oraz zawierały elementy, które ułatwią przekształcenia w rolnictwie (objęcie rolników podatkiem dochodowym). Rząd, najpewniej obawiając się, by na wszystkie przedsięwzięcia nie zabrakło środków, opóźnił też wprowadzenie bonu oświatowego - najważniejszego elementu reformy oświatowej. Pod naciskiem opozycji i przy sprzeciwie części posłów koalicji rząd zwiększył liczbę województw (z 12 do 16) i powiatów (z 300 do 365), przez co część z nich okazała się za słaba, by finansować np. szkoły ponadpodstawowe i drogi - samorządność została więc ograniczona już na starcie. Największe kłopoty mogą się jednak pojawić w związku z reformą opieki zdrowotnej. Wygląda na to, że regionalne kasy chorych przyjmą na siebie więcej zobowiązań niż będą w stanie opłacić, przez co na obsługę systemu może zabraknąć nawet kilku miliardów złotych już w pierwszym roku działania.
To wszystko wpływa na atmosferę niepewności, podsycaną nieustannie przez opozycję, szczególnie przez SLD i jego lidera Leszka Millera. Można oczywiście dyskutować, czy o poszczególnych reformach należało społeczeństwu mówić w takiej kolejności, w jakiej parlament przyjmował odpowiednie ustawy. - Spadek popularności rządu w czerwcu i lipcu może wynikać z tego, że zaczęto od reformy terytorialnej, zawsze i wszędzie wywołującej spory, gdyż polityka wiąże się ze sprawowaniem władzy nad konkretnym terytorium. A lokalne interesy potrafią podzielić każdy elektorat - tłumaczy prof. Włodzimierz Wesołowski, socjolog z PAN. Najbardziej "konfliktogenna" reforma przyćmiła zatem pozostałe, które nie dzieliły już społeczeństwa wedle miejsca zamieszkania. To jednak wprowadzenie reformy terytorialnej przesądzało o kształcie pozostałych, rząd nie miał więc właściwie wyboru.
- Sprawność poprzednich rządów polegała głównie na zdolności podobania się wyborcom. Tyle że to podobanie się oznaczało marnowanie czasu, którego Polska nie powinna w żaden sposób marnotrawić - tłumaczy Janusz Lewandowski, były minister przekształceń własnościowych. - Rząd Buzka nie ma wysokich notowań, gdyż świetne wskaźniki makroekonomiczne działają na wyobraźnię ekspertów i osób najlepiej wykształconych, przeciętni ludzie nie widzą zaś ich przełożenia na to, jak im się żyje - uważa prof. Jan Macieja. Zbyt natarczywe wychwalanie własnych osiągnięć traktowane jest natomiast podejrzliwie - jako odwracanie uwagi od niepopularnych decyzji, np. urynkowienia cen ciepła, energii itp.
Gabinet Jerzego Buzka jest w trudnej sytuacji także dlatego, że "marketingowe popisy" poprzednich ekip, w szczególności wicepremiera Grzegorza Kołodki, zachwiały wiarę społeczeństwa w to, że rząd mówi prawdę. Pracę ekip Oleksego i Cimoszewicza przedstawiano jako pasmo osiągnięć: reklamowano spadek bezrobocia o każde 10 tys. osób, nawet jeśli wynikał on ze zmiany zasad rejestrowania bez- robotnych; powolną prywatyzację tłumaczono kierowaniem się zasadą sprzedaży przedsiębiorstw za adekwatną cenę, chociażby w rzeczywistości nikt ich nie chciał kupić nawet za symboliczną złotówkę.
- Rzeczywiste sukcesy znacznie trudniej sprzedać niż wyimaginowane bądź naciągane. Z rzeczywistymi wiążą się problemy, gdyż nic w dzisiejszym świecie nie obywa się bez konfliktów między dużymi grupami interesów: sukces jednych jest często porażką innych. Sukcesy naciągane dają natomiast złudzenie rozwiązania wszystkich problemów, co jest oczywiście nierealne. W istocie propaganda sukcesu jest zawsze odwracaniem uwagi od kłopotów. "Zmienimy wiele, żeby nic się nie musiało zmienić" - zapewniają społeczeństwo propagandyści. Propaganda sukcesu jest więc ideologią status quo ante - mówi prof. Ireneusz Białecki, socjolog.
Na wszystko nakłada się poza tym osobowość samego premiera oraz to, że koalicja AWS-UW dyskutuje o najważniejszych sprawach przy otwartej kurtynie, a nie w ciszy gabinetów. I?m a doer, not a talker (jestem facetem do roboty, nie do gadania) - mówił o sobie Robert Dole, kandydat republikanów w ostatniej kampanii prezydenckiej w Stanach Zjednoczonych. Przegrał z Billem Clintonem, gdyż ten potrafił i mówić, i robić. Jerzy Buzek trochę za późno zrozumiał, że nie wystarczy "robić swoje", trzeba także umieć to "sprzedać" wyborcom. "Marketing" nigdy nie zastąpi jednak "produkcji".


Okładka tygodnika WPROST: 41/1998
Więcej możesz przeczytać w 41/1998 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0