Silni, zwarci, gotowi?

Silni, zwarci, gotowi?

Dodano:   /  Zmieniono: 
Co się zmieni w polskim wojsku po przystąpieniu do NATO
Plan reform w naszej armii - który rząd ma przyjąć w tym miesiącu - zyskał już w Brukseli miano "programu widma". Przedstawiciele NATO nękają Polaków pytaniami o zamiary wobec lotnictwa, marynarki wojennej, o realizację rządowych programów strategicznych, na przykład stan prac nad śmigłowcem bojowym Huzar, lecz nie otrzymują odpowiedzi. Plany rozwojowe stanowią bowiem najbardziej chronioną część programu restrukturyzacji wojska. Jak dość enigmatycznie zapewnia Tadeusz Diem, dyrektor generalny MON, wdrożenie reform "przerwie zaklęty krąg niemożności decyzyjnej utrzymującej się od dłuższego czasu i wskaże siłom zbrojnym oraz pojedynczym żołnierzom jednoznaczny azymut".
Fakty są zaś takie, że polskiej armii brakuje nowoczesnego uzbrojenia, struktura dowodzenia została odziedziczona po Układzie Warszawskim, mamy przerosty kadrowe w korpusie oficerskim, kiepska jest znajomość języków obcych. Brakuje nie tylko nowoczesnych samolotów, ale i skutecznej broni przeciwpancernej dla wojsk lądowych. Na okrętach rakietowych nie ma rakiet. Żołnierze nie dysponują dobrą bronią strzelecką - karabinkami automatycznymi, karabinami maszynowymi i snajperskimi. Jednocześnie polskie siły zbrojne skurczyły się po 1989 r. prawie o połowę.
Kierownictwo MON i posłowie z sejmowej Komisji Obrony Narodowej zapewniają, że zmiany nie będą rewolucyjne i mają być przeprowadzane etapami - do 2012 r. - Nie sądzę, żeby czekało nas jakieś gwałtowne przerzucanie poszczególnych jednostek w nowe miejsca, np. nad wschodnie granice. Nie stać nas na wybudowanie tam odpowiedniej infrastruktury. Najważniejsza jest mobilność armii. Chodzi o to, by poszczególne dywizje w razie potrzeby mogły się szybko przemieszczać w miejsca ewentualnych zagrożeń - mówi Paweł Piskorski (UW), wiceprzewodniczący sejmowej Komisji Obrony Narodowej.
Dotychczas udało się zmniejszyć liczebność armii z 400 tys. do 230 tys. żołnierzy, a w najbliższych latach ze służby odejdzie jeszcze co najmniej 50 tys. osób. Skrócono zasadniczą służbę wojskową, zmieniła się też struktura organizacyjna wojska - powołano m.in. Dowództwo Wojsk Lądowych, które zastąpi Sztab Generalny w bezpośrednim dowodzeniu. Główny etap reformy - restrukturyzacja sił zbrojnych - ma się zakończyć do 2003 r. W tym czasie powstaną nowe związki operacyjne i taktyczne. Kilkadziesiąt garnizonów zostanie zlikwidowanych, inne będą przeniesione. Planuje się na przykład rozformowanie 2. dywizji ze Szczecinka i radykalne zmniejszenie (do batalionu) wchodzącej w jej skład brygady z Czarnego. Przestaną istnieć garnizony w Gorzowie (brygada saperów, brygada ogólnowojskowa i WKU) oraz Kostrzynie.
Planuje się likwidację dwóch z czterech dotychczasowych funkcjonujących okręgów wojskowych - krakowskiego i warszawskiego. Być może okręgi przestaną w ogóle istnieć, jeśli Dowództwu Wojsk Lądowych uda się stworzyć wystarczająco sprawny system logistyczny i dowódczy, zdolny do przejęcia ich funkcji. Najmniejszą samodzielną jednostką zdolną do współdziałania z siłami sojuszniczymi będzie tzw. ciężki batalion dysponujący zapleczem logistycznym.
Kręgosłupem reformy mają być jednak zmiany kadrowe. Liczba żołnierzy zawodowych wzrośnie z 81 tys. do 90 tys. Połowę kadry armii będą więc stanowić żołnierze zawodowi. Stopniom wojskowym zostaną przy tym przypisane odpowiednie stanowiska - nie będzie już podpułkowników zatrudnionych na etatach generalskich. Dziś tego rodzaju wypadki są nagminne, ponieważ wysokość oficerskiej gaży zależy przede wszystkim od stanowiska, a nie od stopnia. - Oznacza to zmianę liczby stanowisk, przyporządkowanie szarż oficerskich konkretnym stanowiskom. Teraz zdarza się, że na przykład major czy podpułkownik sprawuje funkcję kierownika apteki - mówi prof. Jerzy Ciemniewski (UW), członek komisji obrony.
Oficerowie nie będą się już zajmować szkoleniem żołnierzy. Zadanie to przejmą podoficerowie. W tej chwili jest ich jednak za mało (podobnie jak chorążych). Już za kilka miesięcy na ulicach pojawią się billboardy zachęcające do podjęcia służby kontraktowej w wojsku. W ciągu najbliższych pięciu lat nasze siły zbrojne powinny przyjąć 28 tys. ochotników i kolejne 57 tys. do 2012 r. - Prawdopodobnie powstaną specjalne punkty werbunkowe. Poszczególne rodzaje sił zbrojnych - wojska lądowe, marynarka i lotnictwo - będą organizowały własne punkty werbunkowe, będą też rywalizować z sobą o chętnych do służby.
Z armii odejdą przede wszystkim oficerowie. Zakłada się na przykład, że dowódca dywizji będzie miał tylko jednego zastępcę, a nie trzech. Zaczniemy tym samym wdrażać zachodnie rozwiązania: w państwach NATO struktury dowódcze są mniej liczne od naszych, choć na przykład dywizje grupują tam 17-20 tys. żołnierzy (u nas tylko 11 tys.). W dodatku w armiach zachodnich logistyka jest bardziej rozbudowana (znacznie większe są choćby zapasy amunicji, paliwa i żywności). W wojsku polskim służy wielu wyższych oficerów, lecz bardzo często awansowano ich nie za osiągnięcia, lecz z powodów socjalnych - by mogli otrzymywać wyższe pensje. Do 2003 r. w armii pozostanie 27 tys. oficerów (obecnie jest ich 40 tys.). Odejdzie przede wszystkim 11 tys. tzw. oficerów starszych (od majora wzwyż). - Tę reformę trzeba przeprowadzić długofalowo, wykorzystując wszystkie naturalne sposoby odchodzenia "pod kapelusz", czyli do rezerwy - mówi prof. Longin Pastusiak (SLD), członek sejmowej komisji obrony.
Zmiany będą miały jeszcze jedną istotną cechę: odejdą żołnierze zatrudniani na stałych etatach, na ich miejsce przyjdą kontraktowi. Dowódcy wszystkich szczebli uzyskają samodzielność i będą ponosić post factum odpowiedzialność za swoje decyzje. Skończą się przeniesione z Armii Czerwonej zwyczaje nieustannej kontroli sprawowanej przez wyższych przełożonych. Dotychczas o sprawach, które w zachodnich armiach rozstrzygał sierżant, u nas decydował major. Młoda kadra liczy na to, że zmiany zostaną przeprowadzone na wszystkich szczeblach: szeregowiec ma uwierzyć, że nie jest tylko mięsem armatnim. Siły zbrojne NATO działają bowiem tak, by do minimum ograniczyć straty w ludziach. Ranni oraz żołnierze, którzy znaleźli się na terytorium wroga, mogą liczyć na szybką i skuteczną pomoc. Służba wojskowa nie ogranicza się tam do frustrujących zajęć porządkowo-wartowniczych w koszarach.
Pakt Północnoatlantycki oczekuje, że polskie jednostki mające najwcześniej osiągnąć gotowość do współdziałania z wojskami paktu - na przykład 6. Brygada Desantowo-Szturmowa bądź 12. dywizja wchodząca w skład korpusu niemiecko-duńsko-polskiego - zostaną wkrótce wyposażone w nowoczesny sprzęt. Szczególnie zależy na tym Amerykanom, uważnie obserwującym kariery młodych polskich oficerów, którzy ukończyli zachodnie uczelnie, brali udział w misjach pokojowych, szkoleniach bądź ćwiczeniach w ramach "Partnerstwa dla pokoju".
- Członkostwo Polski w NATO nada dodatkowy sens służbie wojskowej: żołnierze poczują, że są rzeczywistymi gwarantami bezpieczeństwa i niepodległości ojczyzny. Armia uzyska dostęp do najnowocześniejszych technologii i technik wojennych. Kadra zyska szansę prawdziwego rozwoju profesjonalnego i wzrostu prestiżu w oczach społeczeństwa - uważa Bronisław Komorowski, szef sejmowej komisji obrony. - Mentalnie, pod względem organizacji, wyszkolenia, dowodzenia i techniki nasza armia stanie się zupełnie inna - wtóruje mu Robert Mroziewicz, wiceminister obrony odpowiedzialny za współpracę z zagranicą oraz integrację z NATO.

Więcej możesz przeczytać w 41/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0