Różowa Europa

Różowa Europa

Dodano:   /  Zmieniono: 
Czy rządząca w UE centrolewica wykaże się gospodarczym realizmem?
Nie bez powodu twierdzi się, że 27 września, w dniu wyborów do Bundestagu, "Unia Europejska zakręciła się wokół Niemiec". Wraz z przyznaniem socjaldemokratom mandatu partii rządzącej Niemcy napisali wstęp do nowego rozdziału historii swojego kraju i Europy. Oto bowiem po raz pierwszy w historii wspólnoty europejskiej aż trzynaście państw członkowskich jest rządzonych (lub współrządzonych) przez ugrupowania centrolewicowe. Dotyczy to zwłaszcza takich potęg, jak Wielka Brytania, Francja i Niemcy. Czy "różowa" Europa podoła wymogom globalizacji gospodarki i będzie w stanie stawić czoło konkurencji? Jakie skutki będzie to miało dla Polski?

W RFN wszystko wskazuje na to, że różnica między rządem chadeków i socjaldemokratów polegać będzie m.in. na tym, że ci ostatni słabiej zaangażują się w politykę europejską. - Będą bardziej oszczędni i silniej będą uwzględniać narodowe interesy socjalne - twierdzi prof. dr Ludger Kühnhardt, dyrektor Centrum Badań Integracji Europejskiej przy Nadreńskim Uniwersytecie Fryderyka Wilhelma w Bonn. - Myślę, że Komisja Europejska odczuje to już podczas negocjacji pakietu finansowego "Agendy 2000".
Konserwatyści dokonali zjednoczenia Niemiec, byli też lokomotywą integracji wspólnoty, ale oba te procesy nie zostały jeszcze zakończone. Gerhard Schröder, kanclerz in spe, obejmuje jednak gospodarstwo w niezłym stanie i w korzystnym momencie. Przesądzona jest też sprawa euro i nowy kanclerz nie musi przekonywać Niemców do konieczności złożenia marki na ołtarzu Europy. Na boński mostek kapitański wchodzi człowiek, który - w przeciwieństwie do Helmuta Kohla - nie jest frankofilem, nie kieruje się też obciążeniami historycznymi w kontaktach z Europą Środkową i Wschodnią. Przed wyborami zapewniał swych rodaków, że położy większy nacisk na "reprezentowanie interesów Niemiec" w Brukseli. Ale wybory minęły, a nowy "sockanclerz" został skonfrontowany z rzeczywistością, w której reguły gry i pole manewru wytyczył jego wielki poprzednik i nijak nie da się ich zmienić bez wywołania kontynentalnych i światowych turbulencji. "Spóźnioną zemstą Kohla" nazywa prof. Kühnhardt wymogi, jakie pociąga za sobą wprowadzenie euro, a więc gospodarcze kryteria, których dotrzymanie zadecyduje o sukcesie lub porażce wspólnej waluty.
Czy wspólny rodowód partii rządzących w większości krajów unii ułatwi im dialog? Między lewicowymi rządami Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii najprawdopodobniej dojdzie do kontrowersji w kwestiach szczegółowych, takich jak sprawy finansowe, ustalanie budżetu czy podział pieniędzy. Tymczasem wewnętrzne reformy unii są warunkiem sine qua non rozszerzenia UE na wschód.


Jospin kultywuje realizm w polityce europejskiej, narzucony socjalistom przez
Mitterranda i Delorsa


Idea wspólnej waluty może być realizowana bez Brytyjczyków, ale bez tandemu Francja-Niemcy euro nie ma racji bytu. To pierwszy warunek, który zmusza Schrödera, by nie dopuścił do zarośnięcia trawą ścieżki między Paryżem i Bonn, wydeptanej przez Helmuta Kohla. Schröder chce jednak wykazać, że potrafi stworzyć także nową oś: między Bonn a Londynem. Aby zrealizować w Europie swoje zamysły socjalne, musi on jednak postawić na triumwirat: Jospin-Schröder-Blair. Tymczasem pod względem poglądów na państwo i gospodarkę Schröder bliższy jest Blairowi niż francuskiemu socjaliście Lionelowi Jospinowi. To Blair, uważany za guru europejskiej centrolewicy, rozpoczął nie tylko nowy etap w brytyjskiej polityce, ale także zasygnalizował zmianę trendu w polityce europejskiej. Niewątpliwie popularność Blaira w Wielkiej Brytanii i poza jej granicami tłumaczy w dużej mierze wrażenie rządów silnej ręki. Premier i jego świta trzymają w ryzach swoich posłów i członków gabinetu, marginalizując rolę skrajnej lewicy i innych radykałów. Dyscyplina we własnej partii daje laburzystom atut, którym na każdym niemal kroku przebijają konserwatystów .
Blairowi udało się zreformować własną partię, która odrzuciła socjalizm w tradycyjnej formie. Miodowy miesiąc Blaira przerodził się w miodowy rok i w zasadzie trwa do tej pory. W sukcesie brytyjskiego premiera ogromną rolę odgrywa minister finansów Gordon Brown. Określany jako "żelazny kanclerz skarbu" dba o to, by finanse państwa nie wymknęły się spod kontroli, a jednocześnie, żeby w budżecie znalazły się środki na spełnienie obietnic wyborczych - i to mu się udaje. Podatki od osób fizycznych pozostały niezmienione, przyznano natomiast dodatkowe miliardy na służbę zdrowia i edukację. Na szkoły i poprawę poziomu nauczania laburzyści przeznaczą przez następne trzy lata dodatkowo aż 10 mld funtów. Dwa razy więcej pieniędzy pompuje się w służbę zdrowia, stworzono system ułatwiający młodym znalezienie pracy, ogłoszono program naprawy najbardziej zaniedbanych osiedli mieszkaniowych.
Rząd Blaira nie waha się jednak przed podejmowaniem trudnych wyzwań. Jednym z pierwszych posunięć było przyznanie autonomii bankowi centralnemu; to dopiero w zeszłym roku Bank Anglii mógł po raz pierwszy skorzystać z prawa ustalenia stopy procentowej. Bank skorzystał z tego prawa dość odważnie, podnosząc stopy sześć razy. Laburzyści obiecywali stabilny wzrost gospodarczy i do tej pory im się udawało. Dopiero teraz wraz z kryzysem na międzynarodowych rynkach kapitałowych nadchodzą czarne chmury. Nieźle daje sobie radę sektor usług, ale produkcja przemysłowa cierpi z powodu wysokiego oprocentowania kredytów i silnego funta. Powoli wzrasta też bezrobocie. Rzeczywistość przestaje być już tak różowa - coraz więcej komentatorów mówi o groźbie recesji. Lionel Jospin dla odmiany nigdy nie wyglądał na zachwyconego "blairomanią" - choćby dlatego, że zachwycona była nią francuska prawica. Właśnie z tej strony płynęły entuzjastyczne pouczenia, że "tak powinni wyglądać prawdziwi współcześni socjaliści". Uważni obserwatorzy nie omieszkali odnotować, że kiedy brytyjski premier przemawiał we francuskim parlamencie, wzbudzając ciepłe reakcje po obu stronach sali, Jospin dość ostentacyjnie przeglądał bieżącą korespondencję. Oczywiście, francuscy socjaliści wolą mieć za partnerów w Londynie laburzystów niż panią Thatcher lub jej wychowanków, ale lewicowość w wydaniu brytyjskim traktują z wyczuwalną podejrzliwością, a po zwycięstwie Gerharda Schrödera w Niemczech z równie wyczuwalną troską zadają sobie po cichu pytanie, jakiż to będzie socjalizm w wersji SPD i czego się można po nim spodziewać.
Jak się wydaje, główny problem w stosunkach między tymi trzema partnerami polega na tym, że Blair i Schröder sprawiają wrażenie polityków w dużym stopniu "odideologizowanych", natomiast Jospin - jakby nie do końca. Jospin jest jednak uwikłany w koalicję rządową nie tylko - jak Schröder - z Zielonymi, ale także z komunistami. Ci zaś starają się nie być jedynie figurantami i na przykład w sprawie debaty budżetowej zapowiadają dużą "ofensywność". Po drugie, jest uwikłany także w "kohabitację" z prawicowym prezydentem, który cieszy się w sondażach równie wysokimi notowaniami jak Jospin i od którego trzeba się wyraźnie odróżniać, żeby wyborcom nie zaczęło się mylić. Zwłaszcza teraz, kiedy Schröder wygłosił podczas wizyty w Paryżu świętokradczy pogląd, że Jacques Chirac wydał mu się w istocie "umiarkowanym socjaldemokratą". Co znamienne, we Francji praktycznie żaden działacz lewicowy nie przedstawia się publicznie jako "socjaldemokrata". Ten z pozoru tylko słownikowy niuans dobrze oddaje stopień przywiązania tego środowiska do "czystych" tradycji socjalistycznych i nieufność wobec "przygód z centrum".
A jednak przygody takie trwają - i to na dużą skalę, bo europejską. Realizm w polityce europejskiej, narzucony partii przez Mitterranda i Delorsa, jest kultywowany bardzo starannie. Z chwilą, kiedy uznano, że integracja i emancypacja Europy leży w interesie Francji, socjaliści potrafili doskonale porozumieć się w tej sprawie i z liberałami, i z chadekami, godząc się w wielu wypadkach na bardzo poważne odstępstwa od teoretycznie słusznej linii ideologicznej. Dotyczy to zarówno bieżącej działalności Komisji Europejskiej, jak i decyzji strategicznych w postaci chociażby traktatu z Maastricht. Między innymi dlatego - bez względu na układy polityczne we Francji i w Niemczech - oba kraje mogły do tej pory w miarę gładko odgrywać rolę "motoru UE" i zapobiegać ograniczeniu wspólnoty tylko do strefy wolnego handlu, do czego dążyli Brytyjczycy.
Ostatnio kontrowersje budzi twarde podjęcie realizacji jednego ze zobowiązań wyborczych, przewidującego skrócenie ustawowego czasu pracy z 39 do 35 godzin tygodniowo już w roku 2000. Związki pracodawców protestują i zwracają uwagę, że może to doprowadzić do zwiększenia kosztów pracy, a więc do zmniejszenia konkurencyjności francuskich towarów. Francuscy i niemieccy socjaldemokraci liczą, że wspólnie uda im się poprawić sytuację na rynku pracy, ale w gospodarce cudów nie ma. Francuzi będą zmuszeni zmienić politykę rolną, by nie obciążać unijnej kasy, do której Niemcy nie mają ochoty wpłacać tyle, ile do tej pory. Już rząd Helmuta Kohla rozpoczął starania o zmniejszenie powinności płatniczych RFN przynajmniej o 10 mld marek.
Helmut Kohl wypracował sobie rolę dyrygenta w UE. Po wyborze Schrödera w unii nie ma nikogo, kto mógłby zastąpić "ojca zjednoczenia". Co więcej, nowa "generacja bez kompleksów", nie ma ochoty nikomu tej roli przyznawać. Musi jednak grać według wcześniej przygotowanej partytury, jeśli nie chce, żeby cała orkiestra się rozpadła. Będzie to trudne zadanie, gdyż każdy z członków unii ma własne problemy do rozwiązania. Niemiecki system socjalnej gospodarki wolnorynkowej, który jeszcze przed kilku laty był dla wszystkich wzorem, dziś stanowi przykład, czego unikać, by nie doprowadzić do pata między pracobiorcami a pracodawcami. Wzorem dla Niemców i ich nowego kanclerza jest dziś Holandia.
Niemiecki tygodnik "Die Zeit" przypomina słowa Helmuta Kohla, który już od kilku lat wychwalał politykę swojego niderlandzkiego kolegi Wima Koka. Krótko przed wyborami obiecywał nawet, że w przyszłości podpatrzy sąsiada. A jest co: Holandia odnotowuje stale trzyprocentowy wzrost gospodarczy i umiejętnie łata dziury w budżecie państwa. Najbardziej imponująco wygląda jednak walka z bezrobociem - od 1994 r. powstało w Holandii 600 tys. nowych miejsc pracy. Ewolucyjna reforma państwa została wynegocjowana między rządem a pracownikami i pracodawcami.
Jeszcze przed trzema laty w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Francji i we Włoszech u rządowych sterów stali "bezduszni" konserwatyści. Dziś rządzą socjaldemokraci, którzy przejęli władzę na fali zmęczenia społeczeństw obciążeniami wynikającymi z realizacji wizji wspólnego domu - Europy. Powinni jednak zdawać sobie sprawę z tego, że to właśnie dzięki polityce konserwatystów UE udaje się wyjść bez uszczerbku z azjatyckiego krachu giełdowego i kryzysu w Rosji, że to konserwatyści wytyczyli kierunki rozwoju, dzięki którym Europa w dobie globalizacji gospodarki nie znajdzie się na peryferiach świata.
Z drugiej strony, bezrobocie w UE dotyka dziś 20 mln obywateli. Socjaldemokraci rządzący w państwach unii wiedzą, jakie przyrzeczenia złożyli wyborcom. Prof. Ludger Kühnhardt przewiduje, że już w najbliższych miesiącach zaowocuje to "wzrostem tendencji narodowych" w UE, co "może wywrzeć ujemny wpływ na proces rozszerzania wspólnoty". - Obawiam się, że "nową trzeźwość" - by określić to uprzejmie - nowej ekipy odczują też kandydaci do unii, a zwłaszcza Polska. Może się pojawić slogan typu: "niemieckie miejsca pracy dla niemieckich robotników" - dodaje prof. Kühnhardt. W wywiadzie dla "Wprost" Gerhard Schröder zapowiedział, że będzie bronić niemieckiego rynku pracy przed napływem pracowników z krajów kandydackich. Sugerowana przez niego "faza przejściowa" ma wynieść 15-20 lat. Przewodniczący Komisji Europejskiej Jacques Santer kontruje te propozycje argumentami, że Niemcy już dziś czerpią największe korzyści ekonomiczne z rozszerzenia UE i że zalew siły roboczej był również demonizowany przed przyjęciem Hiszpanii i Portugalii.
Już dziś jednak w różowej Europie dają się zauważyć pierwsze zwątpienia w jej różową przyszłość. Prawicowo-liberalny Valery Giscard d?Estaing mówi o dwulicowości niemieckiej SPD w polityce europejskiej. Nie bez racji, jeśli wspomnieć wypowiedź Gerharda Schrödera na temat euro, które określił jako "przedwczesny poród kleszczowy". Wczorajszy eurosceptyk Schröder prezentuje się teraz jako zwolennik wspólnej waluty i chce "zadbać o to, by była sukcesem". Do tej pory Theo Waigelowi, ministrowi finansów w gabinecie Helmuta Kohla, udawało się bronić niezależności Banku Federalnego i nowego Europejskiego Banku Centralnego, który rozpoczął działalność we Frankfurcie nad Menem. Znane są jednak wcześniejsze naciski Francji na uzyskanie większego wpływu polityków UE na tę instytucję. Oskar Lafontaine, przyszły minister finansów w rządzie Schrödera, może się w tym względzie okazać bardziej elastyczny.
Ramon de Miguel, sekretarz stanu do spraw polityki zagranicznej w Hiszpanii (jedynym obok Irlandii kraju UE rządzonym przez konserwatystów), stwierdził, że jego rząd nie ma powodów, by czuć się "osamotniony" w różowym towarzystwie. Miguel wierzy w socjaldemokratyczne poczucie realizmu w polityce europejskiej. W RFN zwycięski duet Schröder-Lafontaine będzie się musiał jednak wywiązać z obietnic danych związkowcom. Co to oznacza - wie dobrze Tony Blair, którego lewe skrzydło laburzystów już dziś krytykuje za naruszanie nietykalnej sfery socjalnej. Podobne problemy przeżywa lider szwedzkich socjaldemokratów i premier Göran Persson. Mimo że przywrócił stabilność gospodarki, we wrześniowych wyborach Szwedzi "ukarali" jego partię za zmniejszenie świadczeń socjalnych. Persson zachował wprawdzie urząd, ale będzie musiał współpracować ze skrajną lewicą .
W obliczu amerykańskiej i azjatyckiej konkurencji Europa nie może sobie jednak pozwolić na kolejne socjalne eksperymenty i zwiększenie kosztów produkcji. Jeżeli nie będzie sprzedawać swoich towarów, liczba miejsc pracy zacznie się kurczyć i główne hasło społeczne lewicy - zmniejszenie bezrobocia - zamieni się w koszmar swojego przeciwieństwa, a wtedy nawet przedstawianie Clintona jako kryptosocjalisty nic nie pomoże.


Więcej możesz przeczytać w 41/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0