A la carte

Dodano:   /  Zmieniono: 
Życie Salmana Rushdie?ego nadal wisi na włosku. Jest tak, choć rząd irański ustami znanego reformatora, szefa irańskiego MSZ Kamala Charraziego, zdystansował się wobec nagrody wyznaczonej za głowę pisarza przez nieżyjącego już ajatollaha Chomeiniego. Żaden przedstawiciel władz irańskich nie może mu zapewnić bezpieczeństwa. W każdej chwili ekskomunikowanego pisarza może zamordować jakiś muzułmański fanatyk, a naród uzna go za swego bohatera.
Życie Salmana Rushdie?ego nadal wisi na włosku. Jest tak, choć rząd irański ustami znanego reformatora, szefa irańskiego MSZ Kamala Charraziego, zdystansował się wobec nagrody wyznaczonej za głowę pisarza przez nieżyjącego już ajatollaha Chomeiniego. Żaden przedstawiciel władz irańskich nie może mu zapewnić bezpieczeństwa. W każdej chwili ekskomunikowanego pisarza może zamordować jakiś muzułmański fanatyk, a naród uzna go za swego bohatera. O to, aby autorowi "Szatańskich wersetów" nic się nie stało, nadal będzie więc musiał dbać rząd Zjednoczonego Królestwa (Rushdie jest poddanym Jej Królewskiej Mości). Konserwatywni teherańscy duchowni uważają, że fatwę mógłby cofnąć jedynie Chomeini (który klątwę tę nałożył na słynnego twórcę). Takie stwierdzenia oraz fakt, że formalnie nie anulowano nagrody (w wysokości 2,5 mln USD) za zabójstwo Rushdie?ego, nie zmieniają zanadto statusu pisarza. Oświadczenia brytyjskiego literata, że nadszedł kres jego życia w podziemiu, mogą się więc okazać przedwczesne. Nadal jest on przedmiotem nienawiści rzesz muzułmanów, którzy nie potrafią mu wybaczyć bluźnierczych - jak twierdzą - treści zawartych w osławionych "Szatańskich wersetach". Rushdie?emu nie udzielono rozgrzeszenia, mimo że publicznie pokajał się za swe domniemane winy. Nie pomogły apele wybitnych osobistości światowej kultury i nauki ani oficjalny i zakulisowy lobbing zagranicznych mężów stanu. W losach sprawy Rushdie?ego i ostatnich połowicznych decyzjach władz irańskich jak w soczewce odbijają się polityczne problemy dzisiejszego Iranu. Ścierają się w nim dwie przeciwstawne tendencje - liberalizacyjna i konserwatywna. Czołowym przedstawicielem kierunku liberalnych zmian i odwilży jest Mohammad Chatami, który miażdżącą większością głosów wygrał ubiegłoroczne wybory prezydenckie. Zwycięzcę masowo poparli złaknieni normalności mężczyźni. Był też bezapelacyjnym faworytem kobiet, które miały dość obyczajowych rygorów narzucanych przez przekonanych o wyższości swych racji fundamentalistów. Ortodoksi, zwolennicy twardej, opartej na prawidłach Koranu polityki, do dziś nie przebierają jednak w środkach. Posuwają się do publicznego znieważania wizerunków Chatamiego, a nawet do nękania przywódców wywodzących się z jego otoczenia. W zbliżonych do dogmatyków środkach przekazu trwa bezprecedensowy atak na "liberalne zapędy" prezydenta, mogące przywieść kraj do "zguby". W obliczu trawiącego Persję kryzysu gospodarczego, dodatkowo pogłębiającego starcia frakcyjne, niewiele wskazuje na to, aby walka tych dwóch orientacji osłabła.


Współpraca Teheranu i Waszyngtonu może zapobiec wybuchowi wojny między Iranem a Afganistanem

Tymczasem szef państwa robi, co może, aby umacniać w świecie wizerunek cywilizowanego Iranu, w którym religijne animozje nie przeradzają się w bratobójcze waśnie. Tak jak w Afganistanie, gdzie sunniccy talibowie urządzili niedawno krwawą rzeź mniejszości szyickiej. W tym kontekście z dużym zaciekawieniem i sympatią przyjęte zostało przemówienie Chatamiego wygłoszone na forum Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych. Zaprezentował się on tam jako zwolennik umiaru i przeciwnik wszelkich form terroryzmu. Spodobało się to w Białym Domu, dla którego Iran ciągle pozostaje jednym ze sponsorów międzynarodowego terroryzmu. O taką też reakcję chodziło Teheranowi, który oczekując amerykańskich inwestycji, zabiega o względy Waszyngtonu. Jeszcze w 1986 r. podczas sesji Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych poprzednik Chatamiego - Ali Chamenei - odsądzał USA od czci i wiary. Waszyngton popierał wtedy Irak w wojnie nad Zatoką Perską. Chamenei, dziś duchowy przywódca Iranu (podobnie jak wcześniej Chomeini), też nie używa już wobec Amerykanów obraźliwego słownictwa, choć nadal trudno go zaliczyć do miłośników Zachodu. Pobyt Chatamiego w Nowym Jorku prasa amerykańska okrzyknęła jako udany. Na jego marginesie bowiem po raz pierwszy od osiemnastu lat członkowie irańskiej delegacji (choć dość niskiej rangi) przeprowadzili serię obiecujących rozmów z amerykańskimi urzędnikami Departamentu Stanu. Ewentualny dalszy rozwój kontaktów między Waszyngtonem i Teheranem zadecyduje o zbudowaniu regionalnej stabilizacji w środku Azji, jednym z najbardziej zapalnych obszarów świata. Cały czas wisi nad nim groźba wojny indyjsko-pakistańskiej o Kaszmir i konfliktu irańsko-afgańskiego. Tymczasem partnerzy nawiązanego dialogu w skomplikowanej kwestii afgańskiej zajmowali dotychczas przeciwne stanowiska. Irańczycy wspierali prawowity, obalony dwa lata temu przez talibów rząd, uosabiany przez prezydenta Rabbaniego i jego zastępcę Ahmeda Szaha Masuda. Amerykanie zaś wspomagali talibów, uważając, że zaprowadzą oni ład w kraju i całkowicie wykorzenią wpływy rosyjskie.

Ponadnarodowe kompanie chciałyby w przyszłości poprowadzić przez Afganistan nitki rurociągów biegnących do Pakistanu z zasobnych w gaz i ropę Turkmenistanu i Kazachstanu. Zainteresowane firmy, głównie amerykańskie, potrzebują jednak minimum bezpieczeństwa, aby opłacała im się realizacja tych projektów. Ich wartość liczona jest bowiem w dziesiątkach miliardów dolarów. Talibowie natomiast coraz mniej nadają się na strażników tych kosztownych inwestycji. Wygląda na to, że Stany Zjednoczone zaczynają modyfikować swoje stanowisko wobec kabulskiego reżimu. Sygnałem zmian może być postępowanie Arabii Saudyjskiej, bliskiego sojusznika USA. Nieoczekiwanie odwołała ona swojego ambasadora z Kabulu. Na wyraźną jej sugestię talibowie muszą z kolei usunąć z Rijadu swego dyplomatycznego przedstawiciela. Może to doprowadzić do całkowitego zerwania dwustronnych kontaktów. Gdyby do tego doszło, wojowniczym młodzieńcom pozostałoby na arenie międzynarodowej tylko oficjalne uznanie Pakistanu i Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

Nie da się wykluczyć, że współpraca Teheranu i Waszyngtonu pomoże zapobiec wybuchowi wojny między Iranem a Afganistanem. Mogłaby ona bowiem zaprzepaścić cały dorobek irańskich reform. Twardogłowi mułłowie tylko czekają, aż prezydentowi Chatamiemu powinie się noga. "Jajogłowy" szef państwa nie ma też specjalnego miru w siłach zbrojnych. Wywołany ciągnącą się wojną i pogrążającą się gospodarką upadek Chatamiego byłby klęską reformatorów. Na dziesięciolecia mógłby oddalić kolejne próby modernizacji zacofanego kraju. Aby nie dopuścić do realizacji fatalnego scenariusza, frakcja irańskich reformatorów postawiła na wpływy Amerykanów w środowisku talibów. Tylko jankesi mogą dziś w sposób decydujący przyczynić się do osiągnięcia kompromisowych rozwiązań, pozwalających obydwu stronom zachować twarz. W zachowaniu pokoju może również pomóc ponowna aktywność sprzymierzonych z Iranem formacji afgańskiej opozycji, dowodzonych przez Masuda. Choć ten odżegnał się od niedawnego ostrzału stolicy, i tak nikt nie ma wątpliwości, że to właśnie wojska wywodzącego się z tadżyckiego rodu wodza bombardowały Kabul. Masud chciał pokazać, że kontrola kraju przez talibów jest rzeczą złudną. Na dodatek od dawna wiadomo, że okopany w nieodległej dolinie mógłby bez trudu zdobyć miasto. Podczas ubiegłorocznej wizyty wysłanników "Wprost" w Afganistanie Masud mówił, że zdobycie Kabulu musiałoby pociągnąć za sobą dalsze ogromne spustoszenia. Po kwitnącej niegdyś afgańskiej metropolii pozostałyby jedynie sterty gruzu. Tadżycki komendant myśli o realnej władzy politycznej, a nie o rządach pozornych, sprawowanych na morzu ruin.

Zagraniczni przeciwnicy talibów liczą jednak na to, że legalny rząd odzyska panowanie nad krajem. Nadzieję taką mają Indie, Chiny, Turkmenistan, Uzbekistan, Tadżykistan i Kreml. Osłabiona własnym bezprecedensowym kryzysem Rosja od dawna wysyła aktualnym opozycjonistom ogromne transporty broni i amunicji. Nie chce bowiem, aby triumfująca ortodoksja dotarła do Aszchabadu, Taszkientu czy Duszanbe, a w dalszej kolejności do samej Moskwy. Położenie talibów jest ostatnio nie do pozazdroszczenia. Mają przeciwko sobie Rosję, USA oraz Iran i może im nie starczyć ani woli, ani mocy do przeciwstawienia się tej wielkiej koalicji. Na razie na pewno jednak nie zawiodą się na Pakistanie, który zainwestował olbrzymie fundusze w ich wyszkolenie i wyekwipowanie. Islamabad cały czas ufa też, że talibowie zagwarantują spokój w kraju nękanym waśniami. To zaś pozwoli mu zarobić duże pieniądze na tranzycie przez afgańskie terytorium ropy naftowej pochodzącej ze złóż Morza Kaspijskiego. Według planów, surowiec ten ma później trafiać do pakistańskich portów, skąd będą go odbierać koncerny światowe. Perspektywa opłat, które będzie można z tego tytułu ściągać, jest kusząca. Polityczna dominacja w Afganistanie daje też Pakistanowi pewność, że w tym istotnym pod względem geostrategii punkcie Azji nie będzie rosło znaczenie Iranu. Obydwa państwa nie ukrywają nawet ambicji odgrywania pierwszoplanowej roli w tym regionie świata.

Więcej możesz przeczytać w 41/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.