Letnie alibi

Letnie alibi

Dodano:   /  Zmieniono: 
Prezydent Kwaśniewski kontra "Życie"
Aleksander Kwaśniewski był w Cetniewie między 5 a 15 sierpnia 1994 r., a więc w tym czasie, kiedy wypoczywał tam Władimir Ałganow - mówią kolejni świadkowie w procesie z powództwa prezydenta przeciwko wydawcy i dziennikarzom "Życia". Tygodnik "Wprost" zdobył oświadczenie osoby zatrudnionej podczas wakacji w 1994 r. w cetniewskim Centralnym Ośrodku Sportu. Świadek ten powiedział, że otrzymał od przełożonych polecenie obsługiwania Aleksandra Kwaśniewskiego. Utrzymuje, że był świadkiem spotkania przy obiedzie ówczesnego lidera SLD z Rosjaninem przebywającym na terenie pensjonatu.
"Według mojej wiedzy był jedynym Rosjaninem, jaki mieszkał w tym czasie w ťRybitwieŤ. Na prośbę Kwaśniewskiego nakryłem do posiłku w tak zwanej dolnej jadalni głównego budynku COS, gdzie zwykle jadał. Spotkanie odbyło się bez udziału innych osób. Nakryłem do posiłku, obaj mężczyźni usiedli razem. W czasie, kiedy Kwaśniewski z Rosjaninem jedli obiad, w jadalni nie było innych gości, ponieważ Kwaśniewski miał zwyczaj spożywania posiłków przed albo po głównej porze obiadowej" - relacjonował pracownik ośrodka. Jego nazwisko znalazło się też na liście świadków, a oświadczenie to kilka dni temu trafiło do akt sprawy toczącej się przed Sądem Wojewódzkim w Warszawie.
Prezydent twierdzi, że od 5 do 15 sierpnia 1994 r. w ogóle nie było go w Cetniewie. Tymczasem czterech świadków - dwóch ratowników, recepcjonistka z "Rybitwy" i przebywająca tam na urlopie Teresa Z., pracownik naukowy Politechniki Gdańskiej - zeznało, że widziało Aleksandra Kwaśniewskiego w Cetniewie 11 sierpnia. Andrzej L., jeden z ratowników, we wcześniejszej fazie procesu zeznał, że tego dnia otrzymał od ówczesnego przewodniczącego SdRP 500 tys. starych złotych na organizację wyborów miss plaży. Na ostatniej rozprawie recepcjonistka Dorota R. przyznała, że widziała prezydenta wręczającego pieniądze ratownikowi.
Najistotniejsze dla procesu mogą się jednak okazać zeznania Teresy Z., która od 7 do 15 sierpnia 1994 r. przebywała wraz z córką na wakacjach w Cetniewie. Aleksandra Kwaśniewskiego widziała tylko raz - właśnie 11 sierpnia. Pamięta ten fakt dokładnie, ponieważ tego dnia w Tatrach rozbił się śmigłowiec TOPR. Interesowała się tą sprawą, gdyż w tym czasie troje jej dzieci spędzało wakacje w górach. W planie ich pobytu był także lot helikopterem. Zaniepokojona doniesieniami o wypadku pobiegła do "Rybitwy", aby zadzwonić do Zakopanego. To wtedy zauważyła obecnego prezydenta witającego się z osobami siedzącymi w kawiarni obok recepcji. Zeznania kolejnych świadków zakłopotały pełnomocników prezydenta. Dodatkowo, w trakcie zeszłotygodniowej rozprawy poinformowali oni sąd, że rezygnują z powoływania na świadków małżeństwa Marii i Czesława S. , którzy mieli zaświadczyć, że 13 sierpnia 1994 r. Kwaśniewski był wraz z nimi w miejscowości Cupel u ujścia Bugu do Narwi. Odstąpienie od chęci przesłuchania tych świadków adwokaci Kwaśniewskiego tłumaczą ich podeszłym wiekiem. Udowodnienie, że 13 sierpnia Aleksander Kwaśniewski przebywał nad Bugiem będzie teraz zależeć od Ryszarda Kalisza, prezydenckiego prawnika, który w 1994 r. miał towarzyszyć swojemu chlebodawcy.
- Moim zdaniem, ten proces jest zupełnie niepotrzebny. Prezydent mógł powiedzieć po prostu, że w 1994 r. spędzał wakacje jak zwykle z żoną i córką w Cetniewie. Nie miał przecież obowiązku sprawdzania, kto jeszcze mieszka w ośrodku wypoczynkowym. Gwałtowna reakcja Kwaśniewskiego odzwierciedla powiedzenie: uderz w stół, a nożyce się odezwą - mówi mecenas Edward Wende. Odmienny punkt widzenia prezentuje były prezes Naczelnej Rady Adwokackiej Maciej Bednarkiewicz: "Meritum sprawy nie jest związane z wydarzeniami w Cetniewie, ale z treścią oświadczeń składanych przez prezydenta. Tu dostrzegam analogię ze sprawą Billa Clintona. Również w Polsce prezydent musi mieć świadomość, że jeżeli wygłasza kategoryczne sądy - na przykład, że nie przebywał w określonych dniach w Cetniewie - to wszystkimi dostępnymi środkami można sprawdzać jego prawdomówność".
- Wbrew interpretacji "Życia", nie jest to proces o granice wolności słowa i prasy, ale o to, czy istnieje możliwość publikowania nie sprawdzonych informacji naruszających dobra osobiste. Błędna jest teza, że jeżeli ktoś odmawia udzielenia wywiadu, to znaczy to, iż nie można zweryfikować posiadanych informacji. Prasa jest wolna, ale nie może podawać informacji bez ich rzetelnego sprawdzenia - mówi mecenas Jerzy Naumann. Natomiast adwokat Andrzej Herman dodaje: "Sąd najpierw powinien właśnie ustalić, czy reporterzy ťŻyciaŤ działali z należytą dziennikarską starannością. Jeżeli uzna, że tak, powództwo powinno być oddalone. Dopiero w sytuacji, gdy stwierdzi, że było inaczej, powinien przystąpić do ustalania stanu faktycznego, a co za tym idzie - przesądzić, która ze stron tego procesu kłamie".

Więcej możesz przeczytać w 40/1998 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0