Narodowa Fikcja Inwestycyjna

Narodowa Fikcja Inwestycyjna

Dodano:   /  Zmieniono: 2
Fiasko programu powszechnej prywatyzacji
Narodowe Fundusze Inwestycyjne miały się korzystnie odróżniać od czeskiej "kuponovki", lecz w rzeczywistości powtarzały jej błędy. Jeszcze w ubiegłym roku świadectwa udziałowe NFI były warte 180 zł, obecnie - zaledwie 80 zł. Program NFI miał objąć firmy znajdujące się w dobrej kondycji, objął słabsze, zaś najlepsze sprzedano, żeby mieć środki na jakąkolwiek restrukturyzację. Firmy zarządzające funduszami, zamiast przyciągnąć zachodni kapitał, szukają środków na płytkim polskim rynku finansowym. Spodziewano się wysokich notowań akcji, na które zamieniono świadectwa na warszawskiej giełdzie, tymczasem złotówka majątku funduszy była warta na rynku przeciętnie 55 groszy. Fundusze generowały też wysokie straty: NFI Kwiatkowski miał w pierwszym kwartale 1988 r. prawie 6 mln zł strat (w ciągu trzech miesięcy zysk przypadający na akcję spadł z 0,83 zł do 0,58), VII NFI odnotował w 1996 r. 12,7 mln zł strat, Octava - 72 mln zł. Czy program NFI zakończy się całkowitą klapą?

Pomysł programu powszechnej prywatyzacji narodził się pod koniec "realnego socjalizmu". Dziesięć lat temu warszawska Szkoła Główna Planowania i Statystyki zorganizowała sympozjum, które miało odpowiedzieć na pytanie: co można zrobić z polską gospodarką, zakładając, że jest wolnorynkowa? - Pytanie wydawało się wtedy całkowicie abstrakcyjne - wspomina Janusz Lewandowski. - Wspólnie z Janem Szomburgiem zaproponowaliśmy prywatyzację na masową skalę, przy udziale sztucznego pieniądza.
Trzy lata później Lewandowski został ministrem przekształceń własnościowych w rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego i nadał powszechnej prywatyzacji realne kształty. Ustawę o Narodowych Funduszach Inwestycyjnych przegłosowano w 1993 r. tuż przed rozwiązaniem parlamentu, więc wprowadzanie jej w życie przypadło już koalicji SLD-PSL, wcześniej zdecydowanie nieprzychylnej tej idei. Idea zaś była taka: w piętnastu NFI miało się znaleźć 500 dobrych przedsiębiorstw (10 proc. wartości polskiej gospodarki), rokujących nadzieje na korzystną restrukturyzację, następnie prywatyzację i wprowadzenie na giełdę. Skarb państwa, początkowo posiadający 100 proc. akcji, miał się ich wyzbywać na rzecz innych podmiotów. Nie więcej niż 10 proc. miało być nieodpłatnie przekazane załogom prywatyzowanych firm. "Sztuczny pieniądz", czyli świadectwa udziałowe, miał trafić do wszystkich dorosłych obywateli Polski i 1 stycznia 1999 r. zamienić się w akcje NFI. Prowadzeniem funduszy miały się zająć firmy zarządzające (pod kontrolą rady nadzorczej funduszu), głównie zachodnie. W zamian po 10 latach stawałyby się właścicielami 15 proc. akcji funduszu, którym zarządzały (po każdym roku zyskiwałyby 1 proc. akcji, po 10 latach - dodatkowe 5 proc.).
Tymczasem premier Waldemar Pawlak zdecydował o wycofaniu z NFI najlepszych przedsiębiorstw, pozwalając, by ich miejsce zajęły słabe. W rezultacie wartość firm objętych programem spadła o połowę. - W konsekwencji - tłumaczą inicjatorzy programu - firmy zarządzające, które były przygotowane na opracowanie strategii rozwoju, musiały ratować upadające przedsiębiorstwa.
Zarządców czekało jeszcze jedno rozczarowanie: przedsiębiorstwa umieszczane w NFI wyceniono według wartości księgowej. Wartość rynkowa była znacznie niższa. Nie pomógł funduszom minister finansów Marek Belka, decydując w kwietniu 1997 r., że od następnego roku opodatkowaniu podlegać miał przychód ze sprzedaży "spó- łek parterowych", czyli pięciuset przedsiębiorstw wniesionych do programu NFI. Firmy zarządzające, w założeniu nastawione na działanie długofalowe, nagle musiały zdecydować, czy sprzedać najszybciej ile się da, by uciec przed tym podatkiem. Na szczęście niefortunny przepis obowiązywał tylko przez dwa miesiące.
Zaproszenie zachodnich firm do zarządzania NFI od początku budziło kontrowersje: - Czy istotnie będą działały w polskim interesie? - pytano. Na pewno ich szefowie nie mogli narzekać: firmy otrzymywały rocznie od polskiego rządu co najmniej 2 mln dolarów oraz gwarancje stabilności przedsięwzięcia. Uznano, że Zachód "wie, jak zarządzać", więc będzie okazja, by nas tego nauczył, po drugie - zachodnie firmy powinny ściągnąć kapitał, tym bardziej że ich udziałowcami były duże banki. Rzeczywistość ostudziła entuzjazm. Najwyższa Izba Kontroli stwierdziła, że o ponad 10 mln zł zawyżono wynagrodzenia dla firm zarządzających.
Fundusze rozpoczęły działalność w 1995 r. Rok później już wyraźnie rysowały się różnice interesów między firmami zarządzającymi a radami nadzorczymi. Konflikt na tym tle spowodował, że 31 maja 1996 r. minister prywatyzacji Wiesław Kaczmarek odwołał całą radę nadzorczą XIII NFI. Rada zapowiedziała zerwanie umowy z firmą zarządzającą Yamaichi Regent Special Projects Ltd., która miała zarabiać 3,2 mln USD rocznie. Rada uważała, że firma nie jest przygotowana do zarządzania funduszem (nie potrafiła się nawet ustosunkować do pytań stawianych przez radę, bo - jak informował jeden z dyrektorów YRSP - nie pozwalają jej na to braki finansowe i kadrowe). Minister zdecydował się rozwiązać konflikt, zwalniając radę.
Firm zarządzających nie ma natomiast pięć innych funduszy. We wszystkich wypadkach rady nadzorcze wypowiedziały firmom umowy. Powód zazwyczaj był ten sam: zarządca chciał jak najszybciej sprzedać przedsiębiorstwo, polscy akcjonariusze woleli je najpierw restrukturyzować. Rozwiązanie umów narażało fundusze na koszty - w NFI Foksal umowę z firmą zarządzającą zerwano, ale fundusz musiał zapłacić 383 tys. dolarów odszkodowania. Pracę straciła też firma KNK/New England, z której usług zrezygnował w kwietniu 1996 r. XI NFI. Powód: konflikt między udziałowcami konsorcjum zarządzającego i niewłaściwe prowadzenie rachunkowości funduszu. KNK domaga się teraz 16 mln zł odszkodowania. Polscy udziałowcy obawiają się też, że zachodni zarządcy, powiązani z konkretną branżą, dążą do sprzedaży polskiego przedsiębiorstwa, dbając głównie o interes branży.
Konflikty między radami nadzorczymi a firmami zarządzającymi - oprócz różnicy zdań na temat koncepcji - wynikają ostatnio również z faktu, że uaktywniają się akcjonariusze (od czerwca 1998 r. NFI notowane są na giełdzie) chcący wpływać na zarządzanie funduszami. Poza tym od powstania pomysłu NFI minęło 10 lat i w tym czasie w Polsce wykształciła się już kadra zdolna do efektywnego zarządzania, zatem zagraniczni specjaliści nie są niezbędni. Wreszcie, zachodnie firmy zarządzające zawiodły oczekiwania: w pierwszym półroczu 1998 r. aż 11 funduszy zanotowało straty. Zarządcy nie przyciągnęli też wielkiego kapitału oraz nie byli zainteresowani lokowaniem w funduszach własnych pieniędzy. - Dopiero w tej chwili zaczął się ruch - opisuje sytuację Krzysztof Żabiński, prezes II NFI. - Firmy zarządzające zaczynają rozważać kupowanie akcji funduszy, którymi zarządzają. Obawiają się, że rady nadzorcze zerwą z nimi umowy, więc przed 2005 r. nie przejmą obiecanych 15 proc. akcji. Jedynym wyjściem byłoby dla nich skupienie portfela akcji umożliwiającego wpływ na decyzje rady nadzorczej.
W 1996 r. przeanalizowano działalność NFI. Skonstatowano, że ustawa o NFI jest zła - przewiduje, że firmę zarządzającą można odwołać tylko w wypadku stwierdzenia "rażącej niegospodarności", co jest praktycznie nie do udowodnienia. Formuła tworzenia funduszy okazała się zbiurokratyzowana, a rady nadzorcze mają niski prestiż i podlegają ciągłym naciskom politycznym. Kiedy rada jednego z NFI postanowiła rozwiązać umowę z firmą zarządzającą, w MPW interweniowali ambasadorowie ośmiu państw, których konsorcja są zaangażowane w NFI.


Janusz LEWANDOWSKI
były minister przekształceń
własnościowych i twórca
koncepcji programu NFI


Obecna faza programu NFI - końcówka dematerializacji świadectw udziałowych - przebiega w niefortunnych okolicznościach. Zaburzenia na rynku kapitałowym, wywołane kryzysem w Rosji i spadkiem zaufania inwestorów do wschodzących rynków, mogą być groźne dla programu. Zdaję sobie sprawę, że niewielu z 26 mln obywateli, którzy kupili świadectwa, weźmie udział w dalszej grze, zamieniając świadectwa na akcje funduszy. Na pewno będzie ich mniej, niż zakładaliśmy, tworząc program w 1991 r. i forsując ustawę o NFI w parlamencie. Popełniono błąd polegający na złej selekcji przedsiębiorstw do programu (to m.in. "zasługa" premiera Pawlaka), co obniżyło wartość obywatelskich udziałów - posiadaczowi pojedynczego świadectwa nie opłaca się zakładać rachunku inwestycyjnego, by grać dalej. W założeniu program miał stwarzać zachętę dla drobnych ciułaczy i lokat rodzinnych, co wymagałoby emisji świadectw z wykorzystaniem większej i bogatszej substancji majątkowej. Są też inne powody niskich notowań giełdowych NFI i świadectw udziałowych - dyskryminacja podatkowa funduszy, nieprzejrzystość dla inwestorów, wynikająca m.in. z niejasnej roli skarbu państwa. Zawsze było wielu chętnych do psucia i okaleczania programu NFI, będącego jedyną i niepowtarzalną szansą na powszechny udział społeczeństwa w prywatyzacji. Niewielu polityków zdawało sobie sprawę, że jest to program zaufania społecznego, mocno wrażliwy na atmosferę, jaka otacza działalność NFI i rynkowy obrót masowymi papierami wartościowymi. Idea powszechnej prywatyzacji, która wyszła z Gdańska równo 10 lat temu, doczekała się realizacji w rozmaitych wersjach (bony, kupony, vouchery, certyfikaty i świadectwa udziałowe) w kilkunastu krajach postkomunistycznych, od Słowenii po Mongolię. Paradoksalnie - najtrudniejszy żywot miała w kraju pochodzenia, gdzie realny program okaleczono i zwalczano w imię utopii stu milionów i uwłaszczenia, kreując oczekiwania społeczne, które nigdy nie będą zaspokojone.


Ryszard BUGAJ
pracownik Instytutu Nauk
Ekonomicznych PAN, członek Unii Pracy


Przez trzy kadencje Sejmu toczyłem spory z ministrami Lewandowskim i Kaczmarkiem. Byłem zdecydowanie przeciwny programowi NFI. Nie wierzyłem, że w tej formule może on prowadzić do efektywnej poprawy sytuacji objętych nim przedsiębiorstw. Moim zdaniem, formuła zarządzania wyłącznie finansowego nie mogła się sprawdzić. Jestem przekonany, że lepszy jest system, w którym menedżer ma bezpośrednią więź z przedsiębiorstwem, z jego całą strukturą, a nie tylko z finansami. System, w którym ktoś z doskoku zajmuje się jedynie finansami przedsiębiorstw, nie mógł zadziałać i nie działa. Niestety, wymierne tego konsekwencje ponosi budżet państwa. Gdyby choć część przedsiębiorstw objętych programem NFI sprywatyzować w normalnym trybie, skarb państwa zyskałby całkiem sporo pieniędzy. A tak po odliczeniu kosztów (wynagrodzenia dla firm zarządzających, premie akcyjne itp.) okazuje się, że program przyniósł poważne straty. Istotny jest wreszcie aspekt dystrybucyjny: od początku tłumaczyłem ministrowi Lewandowskiemu, że przeciętny obywatel za świadectwo udziałowe będzie mógł sobie kupić co najwyżej buty. Teraz okazuje się, że może kupić tylko bardzo kiepskie buty.


Świadectwa udziałowe wykupiło prawie 26 mln Polaków, płacąc 20 zł za jedno. Szacuje się, że 12 mln osób już je odsprzedało. Na początku programu na wolnym rynku świadectwa osiągały wartość 180 zł. Właściciele kantorów pośredniczący w transakcjach podkreślali, że trudno było zgromadzić kilka tysięcy naraz, ale ich liczba rosła wraz z terminami płatności rachunków za prąd czy gaz. Prawie 3 mln świadectw trafiło do inwestorów zagranicznych. Potencjalnie największym jest Arnhold and S. Bleichroeder Inc. z siedzibą w Nowym Jorku, dysponujący świadectwami gwarantującymi 5 proc. akcji każdego z funduszy. Duże pakiety świadectw zgromadziły też polskie firmy - PZU, Pekao SA oraz PKO BP.
Duży portfel świadectw może też mieć Radio Maryja, które zbierało je wśród swoich słuchaczy. - Chociaż ksiądz Rydzyk nie zdementował informacji prasowych o milionie zebranych świadectw, wydaje się, że to liczba przesadzona. Od początku akcji zbierania świadectw Radio Maryja nie zamierzało przejmować NFI, lecz ratować Stocznię Gdańską, rozbudowywać swoją infrastrukturę techniczną oraz tworzyć dziennik katolicki - mówi dr Daniel Alain Korona z Instytutu Nauk Ekonomicznych PAN, autor raportu "Narodowe Fundusze Inwestycyjne. Sukces czy porażka". - Nie można wykluczyć, że część świadectw trafiła w ręce mafii - mówi Lech Kaczyński, były prezes NIK. - Grupy mafijne mogły wyprać w ten sposób pieniądze, mogą też próbować wpływać na polską gospodarkę. Idea powszechnej prywatyzacji była potrzebna, gdyż zbyt wielkie były roszczenia społeczne. Jestem przekonany, że dzisiaj w Polsce sprawdza się jedynie prywatny właściciel, a przedsiębiorstwa NFI takiego właściciela nie mają.
W kwietniu 1997 r. Komisja Papierów Wartościowych dopuściła do publicznego obrotu akcje wszystkich piętnastu NFI. W tej chwili papiery te nie cieszą się jednak na giełdzie powodzeniem. - Duży wpływ na nie najlepszą kondycję finansową NFI ma fakt, że świadectwa udziałowe pojawiły się w momencie, gdy sytuacja na polskiej giełdzie była bardzo dobra - przekonuje Henryk Goryszewski, przewodniczący sejmowej Komisji Finansów Publicznych. - Trwała hossa, więc świadectwa skupowano wówczas z wyraźną nadwyżką. Potem okazało się, niestety, że kierowanie procesami sanacji przedsiębiorstw objętych programem NFI jest o wiele trudniejsze niż zakładano. Jest też normalne, że pojawienie się na rynku dużej oferty musi wpływać na obniżkę wartości akcji.
Trudno przewidzieć, jak zachowają się zachodnie firmy zarządzające funduszami. Przyglądając się z bliska kłopotom NFI, mogą się zdecydować na szybką sprzedaż wszystkich firm funduszy, przejęcie należnej im puli akcji i wyprowadzenie się z Polski. Korzystne dla Polski może się więc okazać przekazanie zarządzania funduszami polskim firmom. Na razie powszechna prywatyzacja - częściowe, a raczej symboliczne uwłaszczenie 26 mln Pola- ków - okazała się niewypałem lub przynajmniej przedsięwzięciem przynoszącym wyłącznie straty. Ktoś będzie je musiał pokryć. Najpewniej przeciętni podatnicy.
Więcej możesz przeczytać w 39/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 2