Komu bije dzwon

Komu bije dzwon

Dodano:   /  Zmieniono: 
"Wejdzie taki na mównicę, rozedrze gębę i chce nas pouczać! A co on ma nam do zaoferowania? Dolnosaksońskie stosunki? Schrödera ťwyróżniająŤ spośród premierów innych landów jedynie najgorsze wyniki!" - rozsierdził się na zjeździe CSU Theo Wai- gel.
"Wejdzie taki na mównicę, rozedrze gębę i chce nas pouczać! A co on ma nam do zaoferowania? Dolnosaksońskie stosunki? Schrödera ťwyróżniająŤ spośród premierów innych landów jedynie najgorsze wyniki!" - rozsierdził się na zjeździe CSU Theo Wai- gel. "Gdyby można tam było się czegoś nauczyć, poszedłbym do Dolnej Saksonii nawet pieszo! Saara rządzona przez Lafontaine?a żyje tylko z naszych dopłat wyrównawczych!" - zagrzmiał premier Bawarii Edmund Stoiber. Po raz pierwszy od szesnastu lat sprawowania władzy niemieccy chrześcijańscy demokraci poczuli się naprawdę zagrożeni. Zwycięstwo tandemu Schröder-Lafontaine jest niemal pewne.
Niemcy ogarnięte są przedwyborczą gorączką; bezrobocie, podatki, wzrost gospodarczy, bezpieczeństwo wewnętrzne, obcokrajowcy, emerytury, elektrownie atomowe, ceny paliw, pomnik Holocaustu w Berlinie, "czerwone ręce" czy skrajna prawica - to tematy przewijające się w wypowiedziach polityków partii pretendujących do ewentualnych koalicji rządowych. Dla SPD sprawa jest jednoznaczna: Kohl zrobił swoje, Kohl musi odejść! "Wieczny" kanclerz nie ma jednak zamiaru odejść na emeryturę. Mimo ogromnej przewagi Schrödera w sondażach popularności, Kohl wierzy w odwrócenie niekorzystnej tendencji. Mają mu w tym pomóc najnowsze wskaźniki: po kilkuletnim zastoju wzrost gospodarczy RFN ma osiągnąć 2,8 proc., Niemcy obronią pozycję mistrza świata w eksporcie, którego wartość w tym roku - mimo zapaści na światowych giełdach - sięgnie biliona marek, ceny są stabilne jak nigdy do tej pory, a na dodatek od kilku miesięcy maleje bezrobocie.
Kampania SPD od dawna sprowadza się do zakodowania w umysłach wyborców, że Helmut Kohl to zgrana kar- ta - "ojciec bezrobocia, długów i biedy". Ostatnie wiece i imprezy SPD organizowane są w iście amerykańskim stylu: Schröder wśród związkowców, Schröder w poważnej polemice z dziennikarzami, wreszcie - Schröder na koncercie rockowego zespołu Scorpio. Helmutowi Kohlowi trudno walczyć ze stereotypem zużytego polityka i rywalizować z sojuszem nowej, młodej generacji. CDU pozostało więc tylko propagowanie wizerunku Kohla jako gwaranta "światowej klasy dla Niemiec" - uosobienia kompetencji i wiarygodności - oraz ostrzeganie przed populizmem SPD. Sozis obiecują przywrócić dawną stawkę zasiłków chorobowych i ochronę przed wypowiedzeniem, podwyższyć dopłaty do dzieci, odciążyć mniej zarabiających podatników oraz odtworzyć "sojusz pracy", czyli okrągły stół pracobiorców, pracodawców i rządu.
Dla ekonomistów z CDU program SPD oznacza włączenie biegu wstecznego w rozwoju Niemiec. W efekcie zdezorientowani wyborcy wyciągają paradoksalne wnioski. Według instytutu Infratest, dwie trzecie Niemców uznaje, że gospodarka RFN znajduje się w złym stanie, równocześnie jednak ponad dwie trzecie obywateli ocenia własną sytuację materialną jako "dobrą" lub "bardzo dobrą". Co więcej, dwie trzecie Niemców chce zmiany rządu, a zarazem większość społeczeństwa nie wierzy w skuteczność nowej ekipy.
Kandydata SPD na fotel kanclerski wyłoniły marcowe wybory do parlamentu Dolnej Saksonii, w których Schröder zdobył 48 proc. głosów. Wtedy też szef socjaldemokratów Oskar Lafontaine stłumił swe kanclerskie ambicje i poparł wewnątrzpartyjnego rywala. Ale - jak zauważył Michael Glos, przewodniczący CSU w Bundestagu - "Lafontaine jest kucharzem, a Schröder tylko kelnerem". Wieloletnie antagonizmy między tymi dwoma politykami nie są tajemnicą. Lafontaine trzyma w partii wszystkie sznurki i w przeciwieństwie do Schrödera cieszy się wśród sozis dużym autorytetem. Dowodem braku posłuchu kanclerza Schrödera in spe u partyjnych kolegów było sformowanie wbrew jego woli rządu SPD w Saksonii-Anhalt na drodze porozumienia z postkomunistami z PDS. Co prawda chadecy ujawnili jego list wysłany do Egona Krenza po wizycie w byłej NRD, w którym podkreślał "szczególne wrażenie", jakie wywarł na nim Erich Honecker, i złożył płomienne życzenia przed wyborami do Izby Ludowej, ale dziś kandydat na kanclerza Niemiec odrzuca jakąkolwiek formę współpracy ze spadkobiercami SED. Schröder zdaje sobie sprawę, że grając na postkomunistycznych skrzypcach, nie zdobyłby aplauzu większej części ludności z zachodu Niemiec. Znane jest też jego "przegięcie" na prawo w kwestiach gospodarki. Kandydatem Schrödera na szefa tego resortu został 43-letni Jost Stollmann, były członek CDU, przedsiębiorca w branży komputerowej.


W wyborach do Bundestagu zwycięstwo tandemu Schröder-Lafontaine
jest niemal pewne


Poparcie szeregów SPD dla Schrödera nie wynika z jego popularności, lecz z chęci przejęcia władzy przez tę partię po szesnastu latach wygnania z ław rządowych. Sozis zrozumieli, że wewnętrzne konflikty oddalają ich od tego celu. Waśnie między "bardziej lewicowym" Lafontaine?em a Schröderem, dla którego wzorcami są Bill Clinton i Tony Blair, zostały wyciszone. Jak powiedział mi niedawno Lafontaine: - Nasze rozbieżności ze Schröderem polegają dziś tylko na tym, że nasz kot śpi osobno, a żona Schrödera wpuszcza ich kota pod kołdrę... To prawda, że SPD-owski duet w przede- dniu wyborów brzmi harmonijnie, jak jednak będzie jutro? "Radykaliści z lewa i prawa ściągnęli w tym stuleciu na nasz naród same nieszczęścia i nigdy nie powinni uzyskać w Niemczech wpływów politycznych" - stwierdził Helmut Kohl na majowym zjeździe CDU w Bremie. Ale kanclerskie życzenie "nie powinni" nie jest równoznaczne z "nie zdobędą". Postkomuniści z PDS mają po drugiej stronie Łaby silną pozycję i przypuszczalnie wejdą do Bundestagu dzięki tzw. mandatom bezpośrednim. Ich przedwyborczy "Manifest rostocki" odzwierciedlił jednoznacznie socjalistyczny profil tej partii. W materiałach pt. "Dlaczego potrzebujemy PDS w Bun- destagu?" ugrupowanie to uznało się za "jedyną partię konsekwentnie domagającą się sprawiedliwego podziału dorobku społecznego, zwalczania biedy i ograniczania bogactwa". A la DDR - dodają chadecy, którzy na plakatach z napisem "Uwaga Niemcy!" ostrzegają przed uściskiem "czerwonych dłoni" SPD i PDS. Podanie rąk przez te partie może być nieodzowne dla przejęcia władzy w Bonn, zwłaszcza że Zieloni - potencjalni kandydaci do koalicji z SPD - znaleźli się na progu politycznego niebytu.
W sierpniu Zieloni zameldowali z dumą, że Niombo Lomba z Monachium został 50-tysięcznym członkiem ich partii. Wzrostu liczebności "ekologów" nie należy jednak utożsamiać ze wzrostem ich popularności. Szeregi Zielonych i liberałów z FDP razem wziąwszy są o jedną trzecią mniejsze od regionalnej bawarskiej Unii Chrześcijańsko-Społecznej (CSU), co mówi samo za siebie. Podczas gdy liberałowie traktowani byli jako trzecia noga w chadeckim stoliku rządowym i na skutek utraty własnego oblicza politycznego stoją przed trudnym zadaniem pokonania pięcioprocentowego progu w wyborach do Bundestagu, Zieloni jeszcze na początku roku mogli liczyć na głosy kilkunastu procent wyborców. Dawało im to duże szanse na przejęcie roli języczka u wagi w rozgrywkach o władzę. Niestety, strzelili sobie kilka bramek samobójczych. Ich utopijne postulaty rozwiązania NATO i Bundeswehry, a zwłaszcza propozycja podwyższenia ceny benzyny do 5 marek za litr, skutecznie odstraszyły wyborców, a Gerhard Schröder zaczął rozważać ewentualność tzw. wielkiej koalicji SPD/CDU. Helmut Kohl wyklucza taki mariaż, lecz w szeregach jego partii pomysł ten znajduje zwolenników. Monolityczny obraz CDU nadweręża też wewnątrzpartyjna dyskusja o następcy Kohla, podsycana przez koalicyjnych partnerów z FDP. Miałby nim zostać Wolfgang Schäuble, i to już w połowie kadencji rządu. Kohl zdecydowanie uciął te spekulacje, ale Schäuble, obecnie szef frakcji chadeków w Bundestagu, nie odżegnał się od nowej funkcji. Co więcej, dopuszcza możliwość koalicji z SPD. W ferworze walki wyborczej nazwał jednak Schrödera "pustym orzechem", na co ten odpowiedział, że jeśli miałby współpracować z CDU, to tylko z Volkerem Rühe (obecnie ministrem obrony RFN) na jej czele. Kolejka chadeckich pretendentów do fotela kanclerskiego, na razie kryjących swe aspiracje, jest dłuższa. Kanclerzem Niemiec chętnie byłby Edmund Stoiber, premier Bawarii (która na tle innych landów wyróżnia się relatywnie małym bezrobociem, sukcesami w gospodarce i zwalczaniu przestępczości), a także szef CSU Theo Waigel, dziś minister finansów w gabinecie Kohla.
Choć do wyborów zostało zaledwie pięć dni, przewidywanie, kto i z kim stanie na bońskim mostku kapitańskim, przypomina wróżenie z fusów. Prawdopodobnych scenariuszy rozwoju wydarzeń jest wiele: do wątpliwych należy utrzymanie władzy przez chadecko-liberalną ekipę Kohla (zwłaszcza po ostatniej wypowiedzi minister ds. rodziny Claudii Nolte, która ujawniła plany podwyżki podatku VAT), do bardziej realnych - koalicja SPD/Zieloni lub sojusz SPD/CDU. Z tego ostatniego układu Gerhard Schröder wyklucza bawarską CSU, na którą obraził się po atakach premiera Stoibera i szefa tej partii, Theo Waigela. Helmut Kohl uznał ten warunek za absurdalny, nie wykluczył natomiast mariażu z Zielonymi. Ci jednak stawiają na alians z SPD. Trudna do określenia jest też rola postkomunistów. Choć Gerhard Schröder w wywiadzie dla "Wprost" zapewnił, że nie zaakceptuje "żadnej koalicji rządowej z poparciem PDS", sprawa wcale nie jest przesądzona. Nie wiadomo też, czy i jaką siłę w przyszłym Bundestagu stanowić będzie skrajna prawica: DVU (Niemiecka Unia Ludowa), NPD (Narodowa Partia Niemiec) i Republikanie. Po sukcesie w Saksonii-Anhalt, gdzie Gerhard Frey z DVU wprowadził do Landtagu kilkunastu posłów, znaczenia tego nurtu polityki nie można ignorować. W wyborach federalnych skrajni prawicowcy startują ze wspólnych list. Jak się spodziewają, nawet w razie porażki i powstania koalicji CDU/SPD ich rola urośnie do rangi alternatywy dla tych wielkich partii.


Więcej możesz przeczytać w 39/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0