Kapitalny prezent

Kapitalny prezent

Darmowe akcje otrzymali dotychczas pracownicy ok. 800 przedsiębiorstw, w kolejnych 150 firmach trwa proces ich przydzielania. Konflikt w Telekomunikacji Polskiej SA każe postawić pytanie, czy obowiązujące prawo, które faworyzuje wybrane grupy zawodowe, jest bezmyślnym rozdawnictwem państwowego majątku, czy też jedyną drogą umożliwiającą kontynuację procesów prywatyzacyjnych bez oporów załóg przekształcanych zakładów.
Darmowe akcje otrzymali dotychczas pracownicy ok. 800 przedsiębiorstw, w kolejnych 150 firmach trwa proces ich przydzielania. Konflikt w Telekomunikacji Polskiej SA każe postawić pytanie, czy obowiązujące prawo, które faworyzuje wybrane grupy zawodowe, jest bezmyślnym rozdawnictwem państwowego majątku, czy też jedyną drogą umożliwiającą kontynuację procesów prywatyzacyjnych bez oporów załóg przekształcanych zakładów. W najbliższym czasie na duże pieniądze liczą również pracownicy Grupy Pekao SA, holdingu 62 cukrowni oraz Petrochemii Płock i CPN, a w przyszłym roku akcje dostaną między innymi zatrudnieni w branży energetycznej i hutniczej.
Z prawa do bezpłatnych akcji skorzystało lub będzie mogło to zrobić ok. 2 mln osób - wynika z szacunkowych danych. Nikt nie wie, jaki majątek trafił w ich ręce. Część z nich miała szansę otrzymać pakiet darmowych akcji o rynkowej wartości kilkunastu tysięcy złotych tylko dlatego, że pracowała w dużej firmie, na przykład w Banku Śląskim czy KGHM Polska Miedź. Poza nawiasem łatwych i szybkich zysków pozostają pracownicy na przykład sfery budżetowej. Na darmowe akcje prywatyzowanych firm nie mogą liczyć ani nauczyciele, ani lekarze, ani wojskowi czy policjanci.

Błędów popełnionych na początku lat 90. nie można dziś naprawić bezkonfliktowo. - Przywilej przyznawania pracownikom preferencyjnych akcji, wprowadzony w 1990 r., był swego rodzaju okupem na rzecz pracowników i metodą pozyskiwania ich zgody na prywatyzację - twierdzi dziś Janusz Lewandowski, minister przekształceń własnościowych w rządach Jana Krzysztofa Bieleckiego i Hanny Suchockiej. Ustawa o prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych z 1990 r. stwarzała zatrudnionym możliwość zakupu 20 proc. akcji po preferencyjnych cenach (z reguły o połowę taniej niż w ofercie publicznej). Z tej możliwości skorzystali pracownicy pięciu prywatyzowanych spółek, których akcje pierwsze trafiły na warszawską giełdę - Wedla, Próchnika, Exbudu, Tonsilu i Żywca. Wielu z nich było również pierwszymi, którzy odsprzedali swoje udziały. Prywatyzacja stwarzająca im szansę na realne współzarządzanie przedsiębiorstwem okazała się sposobem na szybkie i łatwe wzbogacenie się. W firmach zakładano specjalne fundusze wspomagane z pieniędzy z zysku, z których finansowano zakup akcji pracowniczych. W ten sposób współwłaścicielem zakładu stała się załoga Rafako.
Mimo tych przywilejów, pracownicy i związkowcy wielu firm nadal niechętnie godzili się na prywatyzacje związaną z koniecznością zapłacenia za akcje. Nie chcieli oni inwestować w papiery wartościowe przedsiębiorstw, obawiając się strat finansowych. W drodze wyjątku w kilku spółkach załogom udało się wywalczyć darmowe akcje; rząd przyznał m.in. 40 proc. akcji pracownikom Stoczni Gdańskiej, a po 10 proc. zatrudnionym w Kwidzynie, cementowni Górażdże i Polifarbie Wrocław. Wówczas w wyniku negocjacji rządu ze związkami zawodowymi powstał pomysł, by zamiast 20 proc. akcji po preferencyjnych cenach dać ich pracownikom 15 proc. za darmo. Realizacja tych zamierzeń przeciągała się w czasie. W ponad pięćdziesięciu przedsiębiorstwach, na przykład w Porcelanie Wałbrzych, Stomilu Olsztyn, jeleniogórskiej Jelfie, Polifarbie Cieszyn oraz zakładach tytoniowych, załogi zdecydowały się zaczekać na darmowe akcje do czasu wejścia w życie nowych przepisów.


Prawo do darmowych akcji przysługuje niemal dwóm milionom pracowników firm państwowych
Koalicja SLD-PSL zapewniła sobie spokój społeczny, uchwalając nową ustawę o komercjalizacji i prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych. Według Wiesława Kaczmarka, ministra przekształceń własnościowych, współautora tego pomysłu, przystanie na 15 proc. bezpłatnych akcji było próbą pogodzenia wcześniejszych koncepcji, jakie ścierały się w parlamencie. Wybrano rozwiązanie mające zadowolić zarówno grupy domagające się 10 proc. bezpłatnych akcji, jak i te, które chciały 10 proc. za darmo i 15 proc. po cenach preferencyjnych. W pewnej wypowiedzi Wiesław Kaczmarek przyznał, że był to jeden z grzechów pierworodnych prywatyzacji, ale zarazem jedyny sposób na wyeliminowanie mechanizmów przeszkadzających przekształceniom własnościowym. - Jest to cena, jaką politycy zdecydowali się zapłacić za przyzwolenie na prywatyzację - podkreśla Lesław Paga z firmy doradczej Deloitte & Touche. Posiadanie akcji nie załatwiało wszystkiego. Trzeba było jeszcze je sprzedać. Jeśli spółka trafiała na giełdę, nie było z tym kłopotu. W większości wypadków wartość rynkowa akcji wielokrotnie przewyższała wówczas ich nominalną cenę. Gorzej było, kiedy obietnice inwestora o przyznaniu akcji przeciągały się w czasie. Zawiedzeni są pracownicy Huty Warszawa kupionej przez włoski koncern Lucchini, którzy kilka lat temu otrzymali prawo do darmowych akcji w utworzonej z części majątku huty Agencji Kapitałowo-Rozliczeniowej. Dotychczas nie sprywatyzowano tej spółki, znajdującej się dziś w nie najlepszej kondycji finansowej. Kiedy dostaną akcje i po ile, nie wiedzą również osoby zatrudnione w Fiat Auto Poland. Z części majątku dawnego przedsiębiorstwa FSM w Bielsku-Białej utworzono Wytwórnię Wyrobów Różnych, która jest na razie jednoosobową spółką skarbu państwa, a akcje będą przyznane pracownikom dopiero po jej sprywatyzowaniu.
Pracownicy przyznają, że najlepiej było w firmach, w których inwestor - w większości zagraniczny - jeszcze przed prywatyzacją zobowiązywał się odkupić ich akcje. Tak było na przykład w cementowni Nowa Huta, Stomilu Olsztyn, Dębicy oraz w zakładach celulozowo-papierniczych w Kwidzynie. Pracownicy tych przedsiębiorstw otrzymane z akcji pieniądze wydali na samochody, mieszkania i inne dobra konsumpcyjne.
Natychmiastowe pozbywanie się akcji miała ograniczyć ustawa o komercjalizacji i prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych. Pracowników obejmował zakaz ich sprzedaży przez dwa lata, a kadrę kierowniczą - przez trzy. Przepis ten również udaje się jednak obchodzić. W Płocku pojawiły się oferty sprzedaży i kupna akcji Petrochemii Płock, które nie trafiły jeszcze do obrotu publicznego. - To, jak akcje wykorzystają pracownicy, zależy od ich woli i decyzji - uważa Janusz Śniadek, wiceprzewodniczący Komisji Krajowej NSZZ "Solidarność". Podkreśla jednak, że zasada udostępniania akcji pracownikom była jednym z elementów, o które związek walczył. - Darmowe akcje traktujemy również jako namiastkę uwłaszczenia - dodaje Janusz Śniadek.

Ustawa o komercjalizacji, która weszła w życie w kwietniu 1997 r., była wcześniej dwukrotnie nowelizowana. Kolejne zmiany wprowadzały ograniczenia w liczbie przyznawanych akcji. Ich liczba zależy teraz od stażu pracy przed komercjalizacją przedsiębiorstwa, czyli przekształceniem go w spółkę skarbu państwa. W wielu wypadkach między komercjalizacją a prywatyzacją upłynęło kilka lat. W wielu firmach, m.in. w Orbisie i Stoczni Gdynia, akcje należą się mniej niż połowie zatrudnionych tam dziś pracowników. W Powszechnym Banku Kredytowym tylko jedna trzecia osób była uprawniona do otrzymania papierów wartościowych. - To jeszcze jeden dowód na to, że przedsiębiorstwa szybko trzeba przekształcać i prywatyzować - wyjaśnia Janusz Lewandowski.
Aby "sprawiedliwiej" rozdawać prawo własności, w ustawie wprowadzono podział pracowników na sześć grup ze względu na staż pracy. Do pierwszej należą osoby zatrudnione rok, natomiast w szóstej znaleźli się pracujący ponad piętnaście lat. W praktyce okazało się, że w grupie osób o najdłuższym stażu są na przykład sprzątaczki i to one stały się właścicielkami dużej puli akcji. Szczegółów dotyczących podziału akcji nie chcą podawać żadne firmy. Dyrektor jednej ze sprywatyzowanych spółek giełdowych przyznał, że najmniej akcji dostali młodzi, długo poszukiwani, najbardziej potrzebni rozwijającej się firmie pracownicy, którzy będą w niej zatrudnieni na pewno dłużej niż rok.

Zdaniem Henryki Bochniarz, minister przemysłu w rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego, działającej w Zespole ds. Odbiurokratyzowania Gospodarki, żądania pracowników zatrudnianych w spółce już po przekształceniu przedsiębiorstwa nie wydają się zasadne. Lobby telekomunikacyjne uważa jednak inaczej, podkreślając, że to dzięki zatrudnionym w TP SA po 1991 r. rozwój spółki był największy.
Nie wiadomo, jak zostaną rozwiązane te kontrowersje. Potrzebna jest ponowna nowelizacja ustawy o komercjalizacji. - Liczba akcji nieodpłatnie przydzielanych pracownikom wymaga pilnej modyfikacji - przyznaje Henryka Bochniarz. Przeciwni temu są obaj byli ministrowie przekształceń. Janusz Lewandowski uważa, że źle się stało, iż tak wywindowano przywileje dla pracowników, nie wolno jednak zmieniać reguł w czasie gry. Wiesław Kaczmarek podkreśla natomiast, że nie można karać pracowników bogatych przedsiębiorstw tylko dlatego, iż ich akcje są drogie.
Przed nami kolejne prywatyzacje wielkich gigantów. Z danych Ministerstwa Skarbu Państwa wynika, że do końca 1999 r. prywatyzacja ma objąć PLL LOT, Grupę Pekao SA, Bank Zachodni, następnie m.in. PZU i rafinerie; zakończona też zostanie prywatyzacja TP SA. Do końca 2001 r. przemiany dokonają się w holdingach cukrowych, kopalniach węgla brunatnego, BGŻ, PKO BP oraz Polskich Sieciach Energetycznych.
Ci, którzy nie dostaną akcji za darmo, czują się pokrzywdzeni. W listach do rzecznika praw obywatelskich skarżą się, że "niezależnie od miejsca pracy i stanowisk, wszyscy zatrudnieni przyczyniali się do powstania majątku narodowego, więc na równych prawach powinni uczestniczyć w procesie prywatyzacji". Zatem także pracownicy sfery budżetowej.


Okładka tygodnika WPROST: 38/1998
Więcej możesz przeczytać w 38/1998 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0