Pornokracja

Pornokracja

Dodano:   /  Zmieniono: 
Amerykańskie życie polityczne próbuje się zredukować do erotomanii Clintona
W warszawskiej edycji niedzielnej "Gazety Wyborczej" na dole pierwszej strony, pod tekstem "Straszny raport Starra", przeczytałem kursywą: "Raport Starra jest tekstem szokującym. Jednocześnie jest dokumentem o takim znaczeniu, że ci czytelnicy, którzy zechcą, powinni móc się z nim zapoznać. Dlatego w poniedziałek wydrukujemy jego obszerne fragmenty". Zwracam uwagę na krystalicznie czystą formułę: ci, którzy zechcą, powinni móc. Dla demokracji istotne jest, co zechcą i co powinni móc. Czy media mają zapewniać pełny ogląd władzy tam, gdzie prowadzi ona istotne dla życia publicznego działania? Czy też media mają po prostu podsłuchiwać i podglądać życie prywatne osób publicznych?
Sprawa życia erotycznego Diany zepchnęła nas w przepaść kiczu. Teraz amerykańskie życie polityczne próbuje się zredukować do erotomanii Clintona. Każdą sieć informacyjną służącą demokracji, zatem władzy ludu, można zablokować podglądactwem, voyeryzmem tych, którzy chcą, więc powinni móc. W ten oto sposób demokracja zamienia się w pornokrację. Tyle że w dziedzinie polityki omnipotencja - by użyć mojej ulubionej formuły - prowadzi do impotencji.
W "Tygodniku Powszechnym" Marcin Król w tekście "Prywatne i publiczne a prezydent Clinton" pokazuje, jak proces wyłaniania przywódców kształtuje nowy typ polityka: "inteligencja i prawość odgrywają rolę minimalną, a zdolność do publicznego sprzedawania się - rolę podstawową". Ludzka skłonność do pomiatania równymi sobie prowadzi w końcu do pozbawienia demokracji wszelkiego sensu - konkluduje Marcin Król.
Pornokracja powoduje, że podglądanie, czy polityk dobrze się prowadzi w sprawach prywatnych, staje się ważniejsze niż to, jak prowadzi sprawy publiczne. Moralność męża i morale męża stanu to rzeczy w najlepszym razie styczne, ale już z pewnością nie tożsame. Erotyczny temperament polityków nie stoi w konflikcie z celami demokracji. Pisanie o nim i podglądanie życia prywatnego pod pretekstem kontroli życia publicznego szkodzi - jak dziś widzimy - samej demokracji. Niszczy przyzwoitość i wolność. Jest to kolejny dowód na słuszność teorii względności Einsteina: rzeczywistość jest wynikiem obserwacji i zależy w części lub w całości od obserwatora.
Więcej możesz przeczytać w 38/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0