Przejścia graniczne

Przejścia graniczne

Dodano:   /  Zmieniono: 
Wojna gangów o zachodnią Polskę
Funkcjonariusze policji i straży granicznej zajmujący się przemytem szacują, że przez jeleniogórski odcinek granicy z Niemcami i Czechami co roku nielegalnie przemycane są towary o wartości 180-200 mln zł. Największy udział w tej przemytniczo-gangsterskiej puli mają narkotyki, papierosy, alkohol oraz kradzione samochody. Do tego dochodzą zyski z kradzieży luksusowych samochodów w górskich kurortach oraz haracze pobierane od grup organizujących przemyt do Niemiec nielegalnych imigrantów i prostytutek. Atrakcyjność Jeleniogórskiego znacznie wzrosła, gdy w lutym policja rozbiła w Szczecinie grupę Oczka, kontrolującego przestępcze interesy na północy Polski. Na południu rozgorzała więc wyjątkowo brutalna walka o nowy podział sfer wpływów. W ciągu niespełna czterech miesięcy jedenastu gangsterów zostało zabitych, a siedmiu rannych. - Jeleniogórskie stało się atrakcyjne dla zorganizowanych grup przestępczych bynajmniej nie ze względu na piękno tutejszych widoków, ale nieszczelną granicę - mówi komisarz Paweł Biedziak, rzecznik prasowy Komendanta Głównego Policji. - Przez Zgorzelec biegnie jeden z dwóch głównych kanałów przerzutu narkotyków. Tędy przemyca się przede wszystkim heroinę, podczas gdy przez Gdańsk i Szczecin trafia do Europy Zachodniej głównie kokaina. Do tego dochodzi przemyt alkoholu, papierosów, samochodów i broni - mówi jeden z oficerów Wydziału ds. Zwalczania Przestępczości Zorganizowanej Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu. O skali zysków osiąganych z przemytu świadczy to, że tylko w jednej sprawie - prowadzonej przez wrocławską prokuraturę - ujawniono, iż w ciągu niespełna trzech lat przez granicę przejechało nielegalnie prawie 100 tirów z czystym spirytusem zakupionym we Francji i Belgii. Ładunek wart był kilkadziesiąt milionów złotych. Prokuratura czeka jeszcze na informacje od policji holenderskiej, toteż może się okazać, że skala przemytu była o wiele większa.

Policjanci twierdzą, że czasy spontanicznego przerzucania przez granicę "trefnych" towarów przez "mrówki" i detalistów dawno minęły. Teraz ten proceder nadzorują największe polskie organizacje przestępcze. Mniejsze gangi, jeśli chcą działać na tym rynku, muszą uzyskać akceptację bossów podziemnego świata. Wiadomo np., że przemyt i handel narkotykami kontroluje "Pruszków" współpracujący z południowoamerykańskimi kartelami z Cali i Medellin. W Jeleniogórskiem interesy podwarszawskiego gangu reprezentuje Zbigniew M. (zwany Carringtonem), rezydujący w nadgranicznym Zawidowie. Konkurencyjną grupą kierował do niedawna Jacek B. - Lelek, związany z gdańskim gangiem Nikodema S. - Nikosia. Nikodem S. został zastrzelony pod koniec kwietnia przez dwóch nieznanych sprawców. Według jednej z wersji, zginął, bo próbował przejąć narkotykowy biznes na wybrzeżu po aresztowaniu Oczka, co spotkało się ze zdecydowaną kontrakcją "Pruszkowa". Z kolei stojącego na czele tego gangu Leszka D. - Wańkę, aresztowano kilka tygodni później. - I to jest cała tajemnica krwawych porachunków w Jeleniogórskiem. Działalność gangów warszawskiego i gdańskiego została zdezorganizowana po utracie przywódców. Ci, którzy pozostali, próbują na nowo ustalić strefy wpływów. A ponieważ w grę wchodzą olbrzymie pieniądze, nie przebierają w środkach. Zwłaszcza że na północy - przynajmniej na razie - zostali zmuszeni do ograniczenia działalno- ści - wyjaśnia jeden z oficerów operacyjnych Komendy Głównej Policji. Zanim jednak kule dosięgnęły Nikosia, miesiąc wcześniej próbowano zlikwidować Lelka. Zabójcy zorganizowali na niego zasadzkę - w nocy, na drodze między Lubaniem a Gryfowem. Gdy Lelek wracał do domu z dyskoteki, szosę zatarasowano kłodą drewna, a zbliżające się auto ostrzelano z broni automatycznej. Jacek B. przeżył dzięki refleksowi jego kierowcy, który usłyszał strzały i gwałtownie przyspieszył, taranując przeszkodę. Wkrótce obaj gangsterzy zniknęli (ukrywają się prawdopodobnie w Czechach), a pozostali członkowie grupy wyraźnie ograniczyli swoją aktywność. Cisza trwała kilka tygodni. Pod koniec maja, w nocy, do wychodzących z willi w Zgorzelcu ośmiu Białorusinów strzelano z kałasznikowa z przejeżdżającego samochodu. Dwie osoby zostały zabite, trzy - ciężko ranne.

Policja podejrzewała początkowo, że nocna strzelanina jest efektem porachunków między wschodnimi gangami. Specjalizowały się one w napadach na powracających z Niemiec pobratymców oraz wymuszały haracze na targowiskach. Hipotezę tę wspierała informacja, że jednego z zabitych poszukiwała policja ze wschodnich województw, podejrzewając go o wymuszenia rozbójnicze. Obecnie prowadzący śledztwo są skłonni łączyć to wydarzenie z porachunkami między grupami Carringtona i Lelka. Według tej wersji wydarzeń, Białorusini mieli zostać wynajęci do rozprawienia się z Carringtonem, posądzanym o zorganizowanie zamachu na Jacka B. Carrington uprzedził jednak atak. Grupa Lelka otrzymała wkrótce dwa kolejne ciosy. Na początku czerwca w Lipowym Dworze, starym zajeździe w pobliżu wsi Modrzew, zastrzelono czterech członków gangu. Tylko jeden z nich zginął podczas ucieczki, pozostałych skuto kajdankami i zamordowano strzałami w głowę. Jeden z nich przed śmiercią był torturowany. Zwłoki porzucono w okolicznym lesie. Ostatnie ciało policja odnalazła dopiero po kilku dniach. Wśród ofiar masakry znajdował się Dariusz P., następca Lelka na "posadzie" szefa gangu. Sprawcy zabójstwa pozostali do dziś nieznani. Mieszkańcy wsi porównywali ich do amerykańskich gangsterów - ubrani na czarno, w okularach, żujący gumę. Schedę po Dariuszu P. przejął Sebastian K. - Ryży, mieszkaniec Jeleniej Góry. Gdy jego kompani ginęli w Modrzewiu, siedział w areszcie we Wrocławiu - był podejrzany o handel narkotykami. Wyciągnięty zza krat przez adwokata zaczął szybko odbudowywać rozpadający się gang. 28 lipca do stojącego wraz z dwoma ochroniarzami na chodniku (w centrum miasta) Ryżego podjechał volkswagen golf na niemieckich numerach rejestracyjnych. Zamachowiec, nie wysiadając z auta, oddał do nich kilka strzałów, ciężko raniąc Sebastiana K., lżej - jego kompanów. Miesiąc później "bombowa" niespodzianka czekała z kolei na wychodzącego z domu Carringtona. Ładunek znajdował się pod metalową kratką na schodach, a został zdetonowany za pomocą sygnału radiowego. Carrington doznał obrażeń oka, miał poparzoną twarz, rękę i klatkę piersiową. Rany były jednak na tyle niegroźne, że po opatrzeniu w szpitalu zwolniono go do domu. Zdaniem policjantów, miał wyjątkowe szczęście: gdyby wybuch nastąpił chwilę później, zostałby rozerwany na strzępy. Ostatnia odsłona wojny gangów w Jeleniogórskiem nastąpiła niespełna tydzień później. W nocy z niedzieli na poniedziałek na mało uczęszczanej drodze zabito pięciu młodych mężczyzn podejrzewanych o kradzieże samochodów. Zabójcy najpierw ostrzelali jadące auto z broni maszynowej, a gdy pojazd się zatrzymał, wyciągnęli pasażerów, kazali im się położyć na poboczu szosy, po czym do każdego oddali trzy strzały w tył głowy. Zdaniem wysokiego oficera Komendy Głównej Straży Granicznej, do tak bezprecedensowej wojny gangów na terenie Jeleniogórskiego mogło dojść tylko dlatego, że miejscowa policja jest wyjątkowo słaba i nie ma wystarczającego rozeznania w środowiskach przestępczych. Jest tajemnicą poliszynela, że w miejscowościach nadgranicznych wiele etatów w komendach jest nie obsadzonych, a policja ledwie potrafi reagować na bieżące wydarzenia. Do wstępowania w szeregi stróżów prawa nie zachęcają niskie pensje - rozpoczynający pracę funkcjonariusz otrzymuje 730 zł, podczas gdy przenosząc tylko kartony z papierosami lub butelki z alkoholem przez granicę można zarobić kilka razy więcej.

Osobny problem stanowi korupcja wśród funkcjonariuszy. Ponad półtora roku temu w Warszawie zatrzymano dwóch policjantów z komisariatu w leżącej nieopodal Zgorzelca Bogaty- ni. Przyłapano ich na przekazywaniu narkotyków odbiorcy. Śledztwo w tej sprawie nie zostało zakończone do dzisiaj. - Rzeczywiście, zdarzyła się taka sytuacja. Mogę dodać, że Zarząd Spraw Wewnętrznych, czyli niedawno powstała policja wewnętrzna, powołana do operacyjnego tropienia przestępców wśród policjantów, zajęła się województwem jeleniogórskim. Zobaczymy, co z tego wyniknie. Trzeba jednak pamiętać, że to nie policjanci pilnują granicy, tylko celnicy i straż graniczna. Jeśli mamy do czynienia z przemytem na taką skalę, to tam też trzeba szukać zła - komentuje komisarz Paweł Biedziak. Na poważne zagrożenie korupcją wszystkich służb mundurowych w województwach nadgranicznych wskazuje też doroczny raport amerykańskiego Departamentu Stanu, opublikowany w kwietniu tego roku. Rzecznik komendanta głównego policji przyznaje jednak, że w walce ze zorganizowaną przestępczością małe komendy wojewódzkie nie poradzą sobie same, bo nie mają takiego potencjału i zaplecza jak duże garnizony. Dlatego jeleniogórscy policjanci zostali już wzmocnieni przez wrocławskich kolegów, a śledztwo w sprawie ostatniej serii zabójstw przejęła wrocławska prokuratura. - Policja w Szczecinie, Łodzi, Krakowie i Katowicach poradziła sobie na swoim terenie z działalnością gangów, więc i tu jest to możli- we - dodaje Paweł Biedziak.

Więcej możesz przeczytać w 38/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0