Normalizacja

Normalizacja

Dodano:   /  Zmieniono: 
Jak Kaliningrad radzi sobie z rosyjskim krachem
Puste sklepy, dolar wart 24 ruble, podczas gdy jeszcze tydzień wcześniej zaledwie 6 rubli, gwałtownie skaczące ceny (nawet o 150 proc.) - tak na początku ubiegłego tygodnia wyglądała sytuacja w Kaliningradzie, stolicy rosyjskiej enklawy oddzielonej od Rosji terytorium Litwy. Ogólnorosyjski kryzys zbiegł się w obwodzie z wprowadzeniem - 5 września - przez miejscowe władze kontyngentów na import żywności, do czego namawiali gubernatora Leonida Gorbienkę miejscowi producenci. Kontyngenty jednak nic nie dały, bo skąd nagle wziąć rodzime produkty, skoro 80 proc. żywności sprzedawanej w obwodzie pochodzi z Polski, Litwy i Niemiec? Gubernator Gorbienko ogłosił więc sytuację nadzwyczajną i zapowiedział, że nie będzie płacił Moskwie podatków. Ulica zareagowała na te decyzje ze zrozumieniem. Ale gdy z Moskwy doszły stanowcze sygnały dezaprobaty, Gorbienko spokorniał i praktycznie odciął się od własnych decyzji.

Na ulicach Kaliningradu duch buntu przetrwał zaledwie kilka dni. Gdy pod koniec tygodnia za dolara nie chciano płacić nawet dziesięciu rubli, mieszkańcy byli już tylko apatyczni. Kantory i banki wymieniały pieniądze jedynie rano. Po południu zamykano okienka walutowe, tłumacząc się brakiem rubli. Osoby, które kupiły dolary po kilkanaście rubli, licząc na dewaluację rodzimej waluty, po zaprzysiężeniu nowego rządu w Moskwie musiały się ich pozbywać, by mieć za co żyć. Mieszkańcy Kaliningradu są przekonani, że to spekulanci z Moskwy sterują kursem dolara, zarabiając ogromne pieniądze kosztem biednych ludzi.
Pod koniec ubiegłego tygodnia półki w sklepach powoli zaczęły się zapełniać. Władze ogłosiły, że sytuacja się normalizuje. Ale kupić można było tylko rosyjską żywność i to w niewielkim wyborze. Choć kurs dolara gwałtownie spadł, handlowcy nie obniżyli cen: w piątek w sklepach i na bazarach kilogram kiełbasy kosztował ok. 35 rubli, podczas gdy jeszcze tydzień wcześ- niej - 20 rubli. Ziemniaki sprzedawano po 2,5 rubla (dwukrotne drożej niż kilka dni wcześniej), za ser trzeba było zapłacić 16 rubli (przedtem - 9 rubli), śmietana kosztowała 9 rubli (poprzednio - 4 ruble), mleko zaś 4 ruble (wcześniej - 2 ruble). Benzyna podrożała trzykrotnie. Na ulicach pojawiły się ciężarówki, z których sprzedawano nabiał, ryby i mięso. Ustawiały się przy nich niewielkie kolejki, gdyż ludzie nie przyzwyczaili się jeszcze do księżycowych cen. - Nie rozumiem, dlaczego są takie wysokie, przecież kryzys mija? Jak tu żyć, jak żyć? - bezradnie pyta starsza kobieta z torbą pełną jajek.
- Ten naród jest niewiarygodnie wytrzymały. Bardzo szybko dostosowuje się do najtrudniejszych sytuacji. Mimo ostatnich dramatycznych kłopotów, autonomia regionu, moim zdaniem, nie jest możliwa. Mieszkańcy są bardzo związani z Moskwą, zresztą jak wszyscy Rosjanie, więc nie wydaje mi się, by poważnie myśleli o oderwaniu się od centrali - zastanawia się Andrzej Janicki-Rola, konsul generalny RP w Kaliningradzie.
Rosjanie dokonują cudów, by przeżyć. Przecież nauczyciel zarabia 350 rubli miesięcznie, lekarz - 600 rubli, asystentka na uniwersytecie - tylko 135 rubli. Większość pracowników budżetówki otrzymuje pensje z kilkumiesięcznym opóźnieniem. Pracownicy niektórych zakładów przemysłowych nie dostali wypłaty od dziesięciu miesięcy. ? Jestem w dobrej sytuacji, bo szkoła nie płaci mi zaledwie od trzech miesięcy - mówi Nina, nauczycielka w szkole podstawowej. - Co robię, żeby przeżyć? Dorabiam przemytem wódki i papierosów do Polski. Mnóstwo ludzi tak robi.
Pociągiem z Kaliningradu do Gdyni podróżują prawie wyłącznie przemytnicy, głównie kobiety. Przed polską granicą pakują pod spódnice oraz w rajstopy nieprawdopodobną liczbę butelek i kartonów. Tym pociągiem z obwodu kaliningradzkiego przemyca się do Polski najwięcej wódki i papierosów. Najbiedniejsi sprzedają na miejscowych bazarach suszone ryby i warzywa z własnych ogródków działkowych. Mieszkania kaliningradczyków są magazynami towarów, które stanowią zabezpieczenie na ciężkie czasy: zawsze można tam znaleźć kilka par nowym kozaczków, zapasy benzyny, sztućce, narzędzia, garnki, krzesła, telewizory, a nawet komputery. Handlowanie "skombinowanym towarem" jest tak powszechne, że władze nie zwracają na to uwagi. Zapasy gromadzi się przede wszystkim po to, by przeżyć zimę. Niedawne kłopoty mogą się bowiem okazać tylko preludium do załamania, którego wszyscy spodziewają się zimą. - Nasz obwód nie jest do niej w ogóle przygotowany. Władze dotychczas zgromadziły jedynie 12 proc. potrzebnego węgla, 3 proc. mazutu oraz 5 proc. innych paliw. Ale to u nas normalka. Ubiegłej zimy w moim mieszkaniu nigdy nie było więcej niż 14°C ? mówi Natalia Borowskaja, dziennikarka z "Kaliningradzkiej Prawdy", największej gazety obwodu.
W Kaliningradzie nie ma jeszcze paniki ani - przed czym przestrzegał ostatnio gen. Aleksander Lebiedź - bardziej rewolucyjnej sytuacji niż w 1917 r. Miasto zaliczane jest do najbogatszych w Rosji: zarejestrowano tam najwięcej - po Moskwie i Sankt Petersburgu - samochodów (w tym najdroższe mercedesy i jaguary), lecz bardziej przypomina Hawanę niż europejskie metropolie. Ulic i domów nie remontowano od dziesiątków lat, wyglądają więc jak na początku lat 60. Jedynie siedziby największych banków lśnią szkłem i aluminium, a chodniki przed nimi ułożono ze sprowadzonej z Polski kostki.
Ostatni kryzys podważył wiarę kaliningradczyków w to, że własnymi siłami mogą wyjść z zapaści gospodarczej. Gdy jednak w zeszłym tygodniu Litwa zaoferowała obwodowi pomoc żywnościową, gubernator Gorbienko natychmiast ją odrzucił. Stwierdził, że Kaliningrad wyżywi się sam i nie potrzebuje jałmużny. W tym czasie sklepy świeciły pustkami. Nie wiadomo, czy Gorbienko odrzuci także polską propozycję pomocy, złożoną kilka dni temu.
O wywołanie kryzysu mieszkańcy obwiniają przede wszystkim polityków ze stolicy - Jelcyna i Czernomyrdi- na - ale także Amerykanów, międzynarodową finansierę oraz Michaiła Gorbaczowa - "grabarza ZSRR". - Gdyby nie polityka Moskwy, wkrótce moglibyśmy się stać drugim Hongkongiem - mówi właścicielka butiku. Mieszkańcy marzą o zagranicznych inwestycjach, ale równocześnie obawiają się, by Moskwa nie przehandlowała obwodu Niemcom w zamian za pomoc gospodarczą. Pocieszają się, że obronią ich wojskowi (w tym gen. Lebiedź, kandydat na następcę Jelcyna), którzy łatwo nie zrezygnują z największego garnizonu w Europie.

Więcej możesz przeczytać w 38/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0