Wirtuoz pilnie poszukiwany

Wirtuoz pilnie poszukiwany

Dodano:   /  Zmieniono: 
Żaden lider prawicy nie przygotowuje się poważnie do rywalizacji o fotel prezydencki z Kwaśniewskim

Minął półmetek kadencji Aleksandra Kwaśniewskiego, a w kuluarach Sejmu już krąży dowcip, że można zrezygnować z przeprowadzenia wyborów prezydenckich w 2000 r., bo i tak wiadomo, kto wygra.

Mimo zewnętrznych objawów potęgi, która jednak w polityce bywa ulotna, prawica nie wyciągnęła zbyt wielu korzyści z ostatniego wyborczego sukcesu. W AWS nie uporządkowano trybu podejmowania decyzji, nie określono obowiązków poszczególnych liderów. W SLD od samego początku role były podzielone; wiadomo, kto grał liberała, a kto uchodził za "beton". Podejmowanie kontrowersyjnych decyzji brali na siebie politycy postkomunistów chroniący wizerunek szykowanego na urząd prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. W AWS jest dokładnie odwrotnie - Marian Krzaklewski jest tak usytuowany, że na nim właśnie skupia się społeczne niezadowolenie wynikające z posunięć koalicji rządowej. Trochę w tym winy samego Krzaklewskiego, który zmonopolizował władzę w akcji, trochę i reszty polityków prawicy, nadal nie postrzegających swej formacji jako "drużyny". Na razie więc szef AWS osiąga skutek odwrotny od zamierzonego - powołując Jerzego Buzka na premiera, chciał mieć swój "zderzak". Okazało się, że to raczej Krzaklewski stał się "zderzakiem" Buzka. Kto więc ma walczyć z Kwaśniewskim?
Nazwisko naszego kandydata powinno być znane najpóźniej w połowie przyszłego roku - kreowanie wizerunku polityka, który ma wygrać wybory prezydenckie, nie może się ograniczać do czasu samej batalii o najwyższy urząd w państwie. Cechy osobiste i predyspozycje polityczne muszą zapaść w pamięć obywateli na tyle mocno, aby taki polityk jawił się im jako naturalny kontrkandydat Kwaśniewskiego. Na prawicy nadal pokutuje jednak przekonanie, że do odniesienia sukcesu wystarczy mieć dobre poglądy i ładny życiorys. Dla społeczeństwa, którego przekonania i emocje kształtują media, to jednak za mało. Bardzo wątpię, czy w roku 2000 ludzie wybiorą naszego kandydata tylko dlatego, że popiera go AWS. W najlepszym razie rozgrywka będzie się toczyć o te kilkaset tysięcy głosów politycznego centrum, których zabrakło Lechowi Wałęsie trzy lata temu. "W najlepszym razie" - czyli zakładając jedność elektoratu prawicy, co wcale nie jest przesądzone.
Bo nawet jeśli AWS zachowa jedność, to rysują się dwa środowiska mogące mieć ambicje wystawienia własnego kandydata. Pierwszym z nich jest ROP, drugim - prawica katolicko-narodowa. O ile ewentualny start Jana Olszewskiego, biorąc pod uwagę kondycję ROP i wiek jego lidera, to kwestia raczej teorii, o tyle pojawienie się reprezentanta obozu katolicko-narodowego jest już bardzo realne. Czy groźne? W ostatnich wyborach "na prawo" od AWS wystartował Blok dla Polski. Żenująca porażka tej formacji powoduje, że dziś niektórzy politycy rządzący AWS bagatelizują szanse obozu katolicko-narodowego. A przecież obecnie pozycja AWS różni się od zajmowanej jesienią 1997 r. Trudna koalicja z UW i błędy popełniane przez niektórych liderów prawicy powodują, że AWS "odkleiła się od ściany". Liberalni publicyści zacierają ręce, ciesząc się z cywilizowania prawicy, nie dostrzegają jednak, że im bardziej AWS przesuwa się w stronę centrum, tym więcej miejsca pozostawia skrajnej prawicy. Warto mieć przed oczami przykład Francji. Nad Sekwaną tradycyjna prawica straciła wiarygodność w oczach narodowego elektoratu, dzięki czemu na scenie politycznej zakorzenił się Le Pen. W rezultacie zapewniło to socjalistom przewagę nad podzieloną prawicą. Jeśli cała AWS nie dowiedzie swej wiarygodności przed katolicko-narodowym elektoratem, nawet umiarkowani politycy, broniący dziś z przekonaniem, choć i coraz większym trudem, jedności AWS będą musieli przewartościować swoje postępowanie.
Kandydat na prezydenta chcący pokonać dzisiejszego lokatora Pałacu Namiestnikowskiego będzie się więc musiał wykazać wirtuozerią, czyli powinien się okazać wiarygodny dla liberalnego centrum, katolickich narodowców i dla wyborców apolitycznych, dziś zafascynowanych czołowym tancerzem disco polo. Czy ktoś taki po naszej stronie wystartuje, pokaże czas. Na razie jednak nie widać na prawicy nikogo, kto rozpocząłby budowę zaplecza potrzebnego do rozgrywki w roku 2000. Zaplecza pojmowanego nie jako zgromadzenie politycznych klakierów, ale jako poparcie poszczególnych grup społecznych.
Pokonanie Aleksandra Kwaśniewskiego to nie tylko ambicjonalna rozgrywka z liderem postkomunistów. Wybory do Sejmu mają się odbyć już rok po elekcji nowego prezydenta. Jeśli przegramy w 2000 r., nie sądzę, byśmy znaleźli siłę do odniesienia sukcesu rok później. Może to oznaczać wieloletnie zepchnięcie prawicy na daleki plan. 


Więcej możesz przeczytać w 37/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0