Jak hartuje się czad

Jak hartuje się czad

Dodano:   /  Zmieniono: 1
To przerażające, do jakiego stopnia może ulec zaczadzeniu umysł, a skamienieniu serce, kiedy dążąc do doskonałości, człowiek zaczyna się zachowywać po prostu nieludzko
Jak wychować człowieka idealnego, bez żadnej skazy i słabości? Są tacy, którym wydaje się, że wiedzą, jak to zrobić, i dokładają starań, żeby swoje pomysły w tej dziedzinie wprowadzić w życie. We Francji dużo się mówi ostatnio o takich ludziach i pomysłach w związku z działalnością tradycjonalistycznych organizacji skautowskich, głównie spod znaku lefebrystów i Bractwa św. Piusa X. Mówi się o nich dużo dlatego, że mają świeżą krew na rękach, a popłynęła ona właśnie z powodu zapału w wychowywaniu skautów na ludzi idealnych. Zacznijmy jednak od wydarzeń, które wcześniej zwiastowały tragedię, ale nikt się nimi w porę nie przejął na tyle, by nadać im ostrzegawczy rozgłos.
Lato jest - jak wiadomo - najlepszym okresem do organizowania obozów. Robią to wtedy również ugrupowania skautowskie, nie uznawane ani przez władze administracyjne, ani przez międzynarodowe instancje skautingu, ani przez Kościół. We Francji jest ich kilkadziesiąt. Niektóre ograniczają się do zainteresowań ściśle lokalnych, na przykład dokładnego poznawania regionu, ale niektóre mają ambicje o wiele szersze. Należy do nich między innymi Stowarzyszenie Skautów św. Ludwika z Lyonu. 9 lipca tego roku rozpoczęło ono obóz w Wandei z udziałem pięćdziesięciu chłopców, kierowany przez dwudziestopięcioletniego studenta seminarium duchownego. W programie było kilka wypraw mających zahartować młodych ludzi na ciele i duchu w warunkach całkowitej autonomii. Zabierali plecaki i szli w teren, gdzie mieli sobie radzić zupełnie sami, również w nocy. Wydało się jednak, że jeden z nich skorzystał z pomocy osoby z zewnątrz. Tę rysę na ideale należało jak najspieszniej i jak najradykalniej wymazać. Wobec tego czternastoletniego chłopaka wywieziono w samo serce lasu o powierzchni 5,5 tys. hektarów,
18 km od obozu, i tam porzucono na pastwę losu, by zbliżył się do ideału. Na szczęście udało mu się przedrzeć do drogi, gdzie znalazł go kierowca autobusu, który zaalarmował policję. Szef obozu stanie przed sądem.
Inna integrystyczna organizacja - Skauci i Przewodnicy Europy - hartuje również dziewczęta. 19 lipca zorganizowano im mszę na wolnym powietrzu, w pełnym słońcu. Podczas nabożeństwa 72 uczestniczki runęły na ziemię bez sił, ale mszy nie przerwano. W tym wypadku skończyło się na reprymendzie żandarmów i zobowiązaniu kierownictwa do odprawiania mszy w cieniu, bo generalnie stwierdzono, że dzieci są tam "zrównoważone" i "dobrze się czują".
Dzień później, 20 lipca, szef obozu Stowarzyszenia Francuskich Skautów i Przewodników Katolickich na wybrzeżu Bretanii, ksiądz Jean-Yves Cottard, wysyła w morze ośmiu skautów w wieku 12-16 lat na żaglówce zarejestrowanej na sześć osób. Nie mają oni pojęcia o żeglarstwie, ale to nic. Prawdziwy skaut katolicki musi umieć poradzić sobie sam w każdych okolicznościach. O godz. 22.30 zauważa ich przepływający w pobliżu żeglarz. Ściąga ich z mielizny, z której bardzo łatwo zejść, jeśli się wie, jak to zrobić. Oni nie wiedzą nawet tego. Na brzegu trafiają na księdza Cottarda. Zdejmuje on plandekę z jeepa i każe z niej zrobić prowizoryczny namiot na kamieniach, chociaż przygodni turyści wskazują pobliską trawę. Nakazuje też chłopcom zmieniać się przez całą noc, żeby trzymać łódkę przy brzegu, choć żeglarz, który ich wyratował, proponuje odholowanie jej do portu. Nazajutrz po południu ksiądz znów każe skautom wypłynąć, by zmazali dyshonor i tym razem trafili do portu przeznaczenia. Przygodny żeglarz wstrząśnięty ich stanem próbuje się temu przeciwstawić. Do końca życia nie zapomni pełnego bezsilnej rozpaczy spojrzenia małego chłopca, skulonego na dnie łodzi i trzęsącego się z zimna. Ksiądz powiada jednak, że "wszystko w porządku". Skauci znowu chybiają celu, więc 22 lipca ksiądz wysyła ich ponownie, w siódemkę, w deszczu, przy silnym wietrze i wzburzonym morzu. Mieli wrócić o 15.00, ale ksiądz Cottard dopiero o 21.53 zawiadamia ratowników, że nie wrócili. Jest już za późno. Czterej z nich utonęli. Trzech wyratował 31-letni żeglarz, który zginął przy próbie ocalenia pozostałych.
Rodzice zabitych chłopców też należą do środowiska katolickich tradycjonalistów - w przeciwnym razie nie wysłaliby dzieci na ten obóz. Rodzice ci o wiele głośniej użalali się nad losem aresztowanego księdza Cottarda niż nad męką i śmiercią swoich synów. Urządzili manifestację przed sądem, żeby ksiądz Cottard został zwolniony w celu odprawienia mszy na pogrzebie ich dzieci, bo - powiadali - on jest ich "ojcem". O zmarłych chłopcach mówili jedynie, że "mieli spotkanie z przeznaczeniem" i że "umierali szczęśliwi, śpiewając i modląc się". Nie zdobyli się na słowo współczucia dla matki zmarłego wybawiciela trzech skautów, bo ośmieliła się złożyć w prokuraturze skargę przeciwko księdzu.
To przerażające, do jakiego stopnia może ulec zaczadzeniu umysł, a skamienieniu serce, kiedy dążąc do doskonałości, człowiek zaczyna się zachowywać po prostu nieludzko. Jakie to ważne, by chcąc się zbliżyć do Boga, nie utracić człowieczeństwa.
Więcej możesz przeczytać w 33/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 1