Szamani globalnej wioski

Szamani globalnej wioski

Dodano:   /  Zmieniono: 
The Rolling Stones w Polsce
"Muzyka i postawa The Rolling Stones wpłynęła na rozwój światowej kultury lat 60., pomogła też młodzieży zza żelaznej kurtyny przetrwać ciężkie czasy" - oświadczył Vaclav Havel podczas spotkania z członkami zespołu w Pradze w 1990 r. John Lennon przyznawał się, że zawsze podziwiał The Rolling Stones, lubił ich funkową muzykę i styl. "Oni są fenomenalni, są zarazem dżentelmenami i piratami" - uznał Tom Waits. "Nauczyli nas wszystkiego" - zdradził David Bowie.

Na generacyjnych liderów wypromowało The Rolling Stones pokolenie, które stając się pełnoletnie w latach 60., nie było zmuszone - w przeciwieństwie do swoich dziadków i ojców - iść na fronty żadnej z wojen. Więcej: po dwóch
dziesięcioleciach kupowania żywności na kartki, racjonowania benzyny i beznadziejnego oczekiwania na mieszkanie młodzi Anglicy byli zdecydowani zerwać z szablonem panującym w Wielkiej Brytanii od czasów zeszłowiecznej rewolucji przemysłowej - nauki zawodu własnego ojca, posady kierowniczej pod czterdziestkę i emerytury w wieku 60 lat. Za ówczesnym hasłem: "Nie wierz nikomu powyżej trzydziestki" kryła się odmowa przejęcia stylu życia i myślenia od własnych rodziców.
Rolling Stonesi zostali uznani za głos pokolenia właśnie w połowie lat 60., kiedy rodzice nastolatków zaczęli akceptować "grzecznych chłopców" Beatlesów z ich melodyjnymi piosenkami, a gwałtownie odrzucali Stonesów jako twór wulgarny, prymitywny i nieobliczalny. Pogrążających się w erotycznych i narkotykowych skandalach Stonesów uważano za awangardę protestu młodzieżowego przeciw epoce, która dopuściła do zabójstwa prezydenta Kennedy'ego, pastora Martina Luthera Kinga, wprowadzenia apartheidu w RPA, afery Profumo, inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację czy samobójstwa Hemingwaya. Rolling Stonesi pilnowali, by uchodzić za ideowo niezaangażowanych: nie pisali protest songów przeciw wojnie w Wietnamie, nie uczestniczyli w akcjach charytatywnych ani w szerzeniu ideologii "Love & Peace".
Z początkiem lat 60. niemal z dnia na dzień niedouczeni muzycy z The Who, Grateful Dead czy The Rolling Stones wyparli etatowych liderów masowej wyobraźni: hollywoodzkie piękności w typie Betty Davis, rutyniarzy belcanta w rodzaju Franka Sinatry czy coraz mocniej otłuszczonego Elvisa Presleya. Kadry rock and rolla wywodziły się z ponurych miast portowych i przemysłowych, takich jak Liverpool (John Lennon, Paul McCartney), Tottenham, Cheltenham (Brian Jones) i Dartford (Mick Jagger, Keith Richards). Brian Jones, pomysłodawca i duchowy twórca grupy, jako
nastolatek był pilnym uczniem liceum,
u własnej matki pobierał lekcje gry na fortepianie, z powodzeniem udzielał się w drużynie krykietowej. Podobnie Mick Jagger, który ze szkoły wyniósł umiejętność posługiwania się angielszczyzną literacką, ale na użytek mediów mówił cockneyem, gwarą dzielnic robotniczych.
Zbuntowane brytyjskie nastolatki zapragnęły się odróżniać od pokolenia rodziców także wyglądem. Skoro nie musiały się poddawać postrzyżynom w ramach obowiązkowej służby wojskowej, zaczęły zapuszczać włosy do ramion. Jeżeli nie zajmowały posad, mogły sobie pozwolić na noszenie dżinsów, które dotychczas wdziewali tylko zamiatacze ulic i mechanicy samochodowi. Ossie Clark, jeden z awangardowych projektantów ówczesnej mody, pierwszy poszerzył nogawki swych dżinsów, uzyskując dzwony, które świetnie współgrały z półbutami o wydłużonych noskach, tzw. beatlesówkami. Od spodni zaczął się styl unisex.
Rock and roll, a w wypadku The Rolling Stones właściwie rhythm and blues, uczynił te wzorce kulturowe w ciągu zaledwie kilku lat modą obowiązującą w całym zachodnim świecie głównie dzięki rozwojowi telewizji, rozpowszechnieniu się płyty winylowej i zjawisku pirackich stacji muzycznych, nadających do Anglii z platform zainstalowanych na granicy wód terytorialnych. Jeszcze w czasie ostrej zimy 1963 r. Jagger, Richards i 
Jones po przeprowadzce do Londynu spali w jednym łóżku, ponieważ nie mieli drobnych na uruchomienie niewielkiego piecyka. Warzywa kradli ze straganów, a chleb kupowali za pieniądze ze sprzedaży butelek po piwie. W niewielkich klubach na przedmieściach Londynu - "Crawdaddy", "Studio 51", "Ealing Club"- grywali za piwo, najwyżej za funta od piosenki. Krytycy wpływowego pisma "Record Mirror" wyłowili ich jednak już w trakcie pierwszego sezonu koncertowego dzięki temu, że Stonesi, a zwłaszcza rozwibrowany Mick Jagger, nawiązywali fenomenalny kontakt z proletariacką publicznością.
Gorzej szło im w studiu - początkowo bez publiczności nie byli w stanie nagrać nawet jednego singla. W telewizyjnym programie "Lucky Stars" również wypadli fatalnie, ponieważ kazano im wzorem Beatlesów założyć jednakowe garnitury w pepitkę, koszulę ze stójką i wąskie krawaty. Tymczasem Andrew Oldham, ich początkujący menedżer, narzucił odmienną linię: skoro Beatlesi są schludni i ulizani, Stonesi muszą wyglądać na nieokrzesanych, nieokiełznanych dzikusów.
"Czy pozwoliłbyś swej córce chodzić z Rolling Stonesem?" - takie podpisy figurowały w prasie pod zdjęciami zespołu. "Młodzi wielbiciele wiedzą, że ich opiekunowie jęczą ze zgrozy na widok "Rolling Stonesów". Toteż ich oddanie dla zespołu Stonesów jest niezachwiane" - napisał dziennikarz "Melody Maker". W ślad za tym poszło przetasowanie publiczności. Na koncertach Beatlesów kilkadziesiąt pierwszych rzędów zajmowały dziewczęta, które adorowały wykonawców histerycznym piskiem. Chłopcy trzymali się z tyłu, popijając piwo i ironicznie komentując występy zespołu. Podczas występów Stonesów to chłopcy zaczęli się przepychać do przodu, odsuwając dziewczęta na obrzeża sal koncertowych. To była muzyka dla silnych i brutalnych, a erotyzm Micka Jaggera miał bezdyskusyjny biseksualny podtekst.
Europejskie koncerty Stonesów od połowy lat 60. były pasmem zbiorowej histerii, nad którą policja panowała z wielkim trudem. Koncert w Hadze został przerwany przez policję po dziesięciu minutach, ponieważ agresywny tłum zaczął się obrzucać butelkami i krzesłami. W Belfaście szczególnie agresywnych fanów odwożono w kaftanach bezpieczeństwa, a występ nie trwał nawet kwadransa. W paryskiej Olimpii publiczność zniszczyła fotele i wytłukła szyby. Rozruchy uliczne po koncertach policja tłumiła w Oslo i Münster. Z kolei w Warszawie milicja spałowała dwutysięczny tłum fanów, którzy usiłowali się wedrzeć na występ The Rolling Stones do Sali Kongresowej.
W tej sytuacji władze miejskie Genewy uznały członków zespół za personae non gratae i nie dopuściły do występów. W USA przyjęcie było bardziej selektywne. Wprawdzie w nowojorskiej Carnegie Hall publiczność zwyczajowo zdemolowała wnętrze do tego stopnia, że kierownictwo sali całkowicie zrezygnowało z goszczenia artystów rockowych, ale amerykańska prowincja przyjmowała Stonesów więcej niż chłodno. W telewizji amerykańskiej przedstawiono ich tylko w tandetnym programie, w którym pokazywano m.in. występy tresowanych zwierząt. Prowadził go mocno podpity Dean Martin, pozwalający sobie na żarty w rodzaju: "To złudzenie, że ich włosy są takie długie, oni mają po prostu takie niskie czoła". Występ gimnastyka cyrkowego na trapezie skomentował: "To tata Stonesów. Od czasu, kiedy został ich ojcem, ciągle próbuje się zabić". Martin dostał brawa, Stonesi nie.
Amerykańskie tournée pozwoliło zespołowi zakosztować narkotyków, które w Anglii były trudno osiągalne. Próbowali wszyscy, ale najsilniej poddał się im Brian Jones. Od tego czasu regularnie stosował mieszaninę brandy z LSD, co spowodowało jego systematyczną absencję na nagraniach i koncertach, później wykluczenie z zespołu i w końcu śmierć (prawdopodobnie z przedawkowania) w basenie obok własnej willi, w której pisarz Milne stworzył postać Kubusia Puchatka. Keith Richards pozostaje podobno do dzisiaj silnie uzależniony od LSD, kokainy i morfiny, co wyraźnie odbija się na jego twarzy.
Stonesi - podobnie jak Beatlesi - przyczynili się do spopularyzowania w latach 60. środków halucynogennych, zwłaszcza gdy Brian Jones czy John Lennon uczynili z narkotycznego transu styl życia. Alkohol poszedł w odstawkę - uchodził wtedy za prymitywną rozrywkę pokolenia rodziców. Od 1967 r. przez podstawionych agentów policja infiltrowała zespół, doprowadzała do nalotów i rewizji, na skutek czego muzycy kilkakrotnie stawali przed sądem za posiadanie narkotyków. W kręgach młodzieżowych fanów wzmocniło to tylko ich legendę. Inna drobniejsza przykrość przywieziona ze Stanów Zjednoczonych pochodziła od nastoletnich fanek - "grupisek". Muzycy przyjechali do ojczyzny z rzeżączką.
Dzięki "czarnej reklamie" już w 1964 r. zespół znalazł się w czołówce światowej popkultury. Do 1965 r. sprzedał 10 mln singli, 5 mln płyt, a kolejne 5 mln funtów dochodu przyniosły koncerty. Już dwa lata później tyle samo płyt i singli Stonesi sprzedali tylko w ciągu roku. Piosenki "Satisfaction" czy "Let's Spend the Night Together" przeszły do historii muzyki rozrywkowej.
Sfery artystyczne, uznające Jaggera za niegroźnego pajaca, udało się pozyskać jego ówczesnej partnerce Marianne Faithfull, piosenkarce miernej, ale o arystokratycznym rodowodzie, świetnie wykształconej i dobrze notowanej w kręgach ludzi sztuki. Z kolei zjawiając się w eleganckich londyńskich restauracjach bez stanika pod przezroczystą bluzką, zdobyła snobistyczne środowiska feministyczne. Pod koniec lat 60. wizerunek zespołu wzbogacił kolejny smaczek - satanizm, którego doszukiwano się w czarnej magii uprawianej przez Anitę Pallenberg, dziewczynę Briana Jonesa, a w ślad za tym w piosenkach "Jumpin' Jack Flash" i "Sympathy for the Devil". Tekst tej ostatniej został sprokurowany po lekturze "Mistrza i Małgorzaty" Michaiła Bułhakowa - muzycy uznali powieść za dzieło satanistyczne.
Satanizm dopisał historii The Rolling Stones trwałą puentę. 9 grudnia 1969 r., zaledwie cztery miesiące po święcie miłości i pokoju w Woodstock, w Altamont w Kalifornii odbył się koncert, który praktycznie zakończył złotą erę zespołu. Na występ zaproszono kilka okolicznych zmotoryzowanych grup Hell's Angels - w dodatku w charakterze służby porządkowej. Ubrani w nabite ćwiekami skóry i uzbrojeni po zęby motocykliści wzniecili w trakcie koncertu krwawą zadymę. W rezultacie zamordowany został murzyński chłopiec, dwie osoby stratowano, jedna pod wpływem narkotyków utopiła się w rowie odwadniającym, doliczono się trzystu rannych. Na próby opanowania sytuacji przez Jaggera nikt nie zareagował. Stonesi odlecieli do Anglii tuż po koncercie, nie interesując się losem fanów, bez słowa przeprosin. Dopiero to rockowa widownia uznała za prawdziwy skandal.
W lata 70. Rolling Stonesi wkroczyli już jako parodia samych siebie. Wielomiesięcznych tournée (występ do późnej nocy - samolot - hotel - próba - występ) nie byli już w stanie wytrzymać bez wspomagania się kokainą i amfetaminą, na którą promotorzy trasy przeznaczali (oczywiście nieoficjalnie) zwyczajowo
10 proc. wartości koncertu. Afery z interwencją policji stały się nużąco szablonowe: Keitha Richardsa aresztowano we Francji za posiadanie dużej ilości kokainy, w Toronto - za przewożenie w zakamarkach walizki heroiny, w Londynie - za nielegalne posiadanie broni; Micka Jaggera zatrzymano w USA za pobicie fotografa. Narkotyki spowodowały tak silne luki w pamięci Jaggera, że jeszcze w latach 80. nie był w stanie podyktować własnej autobiografii.
Kiedy w latach 80. Rolling Stonesi wyraźnie zaczęli wychodzić z mody, zarówno Jagger, jak i Richards próbowali karier solowych - bez powodzenia. Więcej: wprawdzie płyty nagrane przez zespół, np. "Steel Wheels", wciąż znajdują nabywców, jest to jednak kilkakrotnie mniej, niż może rozprowadzić byle boysband.
Dzisiaj The Rolling Stones - podobnie jak wiele instytucji lat 60. - są częścią nostalgicznej historii. Kiedy dzieci-kwiaty dorosły, oddały swoje głosy w Wielkiej Brytanii na ultrakonserwatywną Margaret Thatcher. Zajmują posady profesorskie na tych samych uniwersytetach, na których stawiali barykady i okupowali dziekanaty. Narkotyki zarzucili jako niemodne, zwłaszcza że halucynogenne i stosunkowo mało uzależniające LSD zostało z rynku wyparte przez bez porównania silniejsze środki: heroinę, crack czy kokainę. Po praktykach rewolucji seksualnej nastąpił nawrót konserwatywnego obyczaju, w latach 80. wzmocniony strachem przed AIDS; zamieszkane w latach 60. przez hipisów, studentów i artystów dzielnice światowych metropolii dzisiaj są wylęgarnią narkomanów i prostytutek. Symbol starego świata - monarchia brytyjska - ma się ciągle nieźle, a gwiazdą dekady, w której Mick Jagger szalał na tysiącach koncertów, stała się ckliwa i nudnawa mieszczka - księżna Diana.

Więcej możesz przeczytać w 33/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0