ROZMOWA WPROST

ROZMOWA WPROST

Dodano:   /  Zmieniono: 
Traktat stulecia
"Wprost": - Ostatnie badania opinii publicznej wykazują, że integracja naszego kraju z Unią Europejską jest wśród Polaków coraz mniej popularna.
Maria Karasińska-Fendler: - Myślę, że mamy do czynienia z nałożeniem się różnych trendów. Jednego, bardzo naturalnego, który zaobserwowano także w Finlandii, Austrii i Szwecji. Dochodziło tam do wahań nastrojów: od relatywnie wysokiego poparcia integracji do braku jej akceptacji. Ostatecznie jednak wszędzie - z wyjątkiem Norwegii - zwyciężali zwolennicy Unii Europejskiej. Referenda, które rozpisywano po zatwierdzeniu traktatu z Maastricht, pokazały, że nawet jednoprocentowe przekroczenie granicy 50 proc. wystarczy, aby rządy mogły podejmować międzynarodowe zobowiązania. W Polsce pewne zmęczenie społeczeństwa intensywnością procesu reform mogło wzmóc ten pesymizm. Nakłada się na to rosnąca świadomość tego, czym jest członkostwo w UE. W badaniach opinii publicznej w 1989 r. 89 proc. Polaków deklarowało chęć integracji z Europą, a odsetek zdecydowanych przeciwników nie przekraczał 1,5 proc. Wtedy jednak integracja była tak naprawdę utożsamiana z posiadaniem paszportu i możliwością podróżowania bez ograniczeń. Teraz odpowiedzi poparte są głębszą wiedzą o konsekwencjach "wejścia" do Europy.
- Czy więc poparcie może nadal spadać?
- Podejrzewam, że pod koniec procesu negocjacyjnego, kiedy trzeba będzie dokonywać najtrudniejszych wyborów, być może poparcie jeszcze trochę spadnie. Ważne jest, aby rzetelnie informować społeczeństwo, a nie tylko straszyć Brukselą. Przed kilku laty straszono Irlandczyków zalewem polskich artykułów rolnych, gdy nasz kraj zostanie przyłączony do unii. Natomiast statystyki mówiły, że wartość polskiego eksportu do Irlandii stanowi zaledwie 0,002 proc. jej obrotów handlowych.
- Czy rząd planuje rozpoczęcie prawdziwej kampanii informacyjnej dotyczącej integracji?
- Jednym z zadań Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej jest przygotowanie i koordynowanie takiej kampanii. Przygotowania do niej są zaawansowane, a w najbliższym czasie powinny nabrać większego tempa i objąć szersze grupy społeczeństwa. Zwrócimy się o pomoc do organizacji zawodowych, stowarzyszeń i środowisk naukowych. Chcemy także na szerszą skalę wprowadzić rzetelną informację do programów szkół średnich. Przecież za kilka lat obecni uczniowie będą współdecydować o naszym członkostwie w UE.
- Czy to wystarczy, by przekonać sporą już grupę polskich eurosceptyków?
- Część Polaków pozostanie eurosceptykami, a grupa entuzjastów - niezależnie od ceny - będzie zawsze popierała Brukselę. Przede wszystkim musimy skoncentrować nasze działanie na tych najliczniejszych, pośrodku, podlegających zmianom nastrojów bądź niezdecydowanych. Na rządzie spoczywa odpowiedzialność za ich przekonanie. Rada Ministrów i większość ugrupowań politycznych zgadzają się, że członkostwo w UE jest jednym z najważniejszych elementów polskiej racji stanu. Po długich dyskusjach osiągnięto zgodę co do tego, że unia jest naszym głównym partnerem gospodarczym, a przynależność do tej organizacji pomoże w procesie transformacji. Musimy także zorganizować odpowiednie zaplecze kadrowe, które będzie się profesjonalnie zajmować procesem integracji. Do tego konieczne jest współdziałanie różnych opcji i sił politycznych.
- W jednej z pierwszych publicznych wypowiedzi stwierdziła pani, że zamiast mówić o ideologii, trzeba przygotować się do sprawnego przeprowadzenia negocjacji z Brukselą. Dotychczas górowała ideologia.
- Trudno znaleźć lepszy sposób obrony polskiej racji stanu niż perfekcjonizm w działaniach. W trudnych negocjacjach nie można sobie pozwolić na to, żeby ktoś wytykał nam śmieszne błędy, bo to natychmiast pogarsza nasze notowania. Nie możemy dopuścić do tego, aby ktoś zarzucał nam, że się czegoś nie douczyliśmy, nie odrobiliśmy zadania domowego lub nie dotrzymaliśmy uzgodnionych terminów.
- Dotychczas Bruksela niejednokrotnie wytykała nam te błędy. Ich przyczyną była niekompetencja urzędników i bałagan organizacyjny w nadzorowanym przez poprzednie kierownictwo Urzędzie Komitetu Integracji Europejskiej.
- Pierwszym i chyba najlepszym krokiem, od którego zaczęliśmy, było przejęcie przez premiera odpowiedzialności za pracę Komitetu Integracji Europejskiej. W poprzedniej strukturze ministrowi stojącemu na czele KIE trudno było zmusić innego równoprawnego członka rządu do wykonania jego poleceń. W strukturze komitetu minister był zwierzchnikiem wicepremiera. Administracja publiczna i rząd powinny być tak zorganizowane, by sprzyjać racjonalnym zachowaniom, by hierarchia służbowa wymuszała skoordynowane zachowania. Komitet ma koordynować działania związane z integracją, a urząd ma stwarzać warunki do podejmowania decyzji przez KIE. W odróżnieniu od Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów czy Komitetu Społecznego Rady Ministrów, które przygotowują decyzje Rady Ministrów, jest to ciało decyzyjne. W jego pracach uczestniczą członkowie rządu, których udział jest absolutnie konieczny i niezbędny, by skutecznie realizować proces integracji Polski z Unią Europejską.
- Podział kompetencji w Urzędzie Komitetu Integracji Europejskiej w dalszym ciągu wydaje się niejasny. Pani została mianowana podsekretarzem stanu, lecz w strukturze urzędu podlega pani sekretarz stanu Piotr Nowina-Konopka.
- Powołano mnie na mocy szczególnego pełnomocnictwa udzielonego mi przez premiera, który zapowiedział, że wkrótce skompletuje skład kierownictwa urzędu. W niedługim czasie możemy się spodziewać dopracowania tej struktury. Moim zadaniem jest przedstawienie propozycji, jak mamy się zorganizować, by zapewnić odpowiedni przepływ informacji, poprawić koordynację i harmonizację prawa. Muszę pilnować, aby wszyscy wywiązywali się ze zobowiązań podjętych w czasie screeningu, czyli przeglądu polskiego
prawodawstwa pod kątem zgodności z unijnym. Nie jesteśmy pierwszym krajem, który zmienia strukturę w czasie negocjacji stowarzyszeniowych.
- Inni potrafią to załatwić w ciszy gabinetów, a my robimy z tego publiczną debatę.
- Nie do końca się z tym zgadzam. Gdy my ustanowiliśmy urząd pełnomocnika rządu ds. integracji, który funkcjonował nieprzerwanie przez kilka lat, Czesi i Węgrzy zmieniali swoje struktury. Później my utworzyliśmy Komitet Integracji Europejskiej. Teraz okazało się, że konieczne jest usprawnienie jego pracy.
- Dotychczas można było odnieść wrażenie, że jest to instytucja polityczna, a nie zespół ludzi, którzy mają wprowadzić Polskę do UE.
- Żyjemy w systemie demokratycznym, który podobno jest jednym z najgorszych, ale do tej pory nie wynaleziono niczego lepszego; polityka jest jego nieodłączną częścią. Nawet najlepszych idei nie da się urzeczywistnić, jeżeli nie mają poparcia polityków. Ważne jest, by tzw. czarna robota, polegająca na przeczytaniu ton dokumentów, przeanalizowaniu i rozpisaniu ich na role, wynikała z jasnych decyzji i miała wsparcie polityczne. Te dwie sfery muszą działać jak dobry duet grający utwór na cztery ręce.
- Tuż przed pani nominacją rząd zaplanował, że do 31 grudnia 2002 r. Polska powinna być gotowa do przystąpienia do Unii Europejskiej. Czy dotrzymanie tego terminu jest realne?
- Widzę szansę na wykonanie tego zadania. Zależy mi na tym w sposób szczególny, również dlatego, że kilka lat temu na początku negocjacji dotyczących stowarzyszenia mówiono nam, że nie jest to możliwe wcześniej niż za 
20 lat. My zaś chcieliśmy spełnić warunki już w roku 2000. Wtedy termin ten wydawał się bardzo odległy. Moim zdaniem, koszty integracji - zarówno finansowe, jak i społeczne - można zminimalizować, kumulując je w racjonalnie krótkim czasie. Dobrą metodą na zdyscyplinowanie się jest wyznaczanie sobie terminów. Jeżeli je już mamy, łatwiej nam będzie wyliczyć, ile na co potrzebujemy czasu, a także rozpisać zadania dla poszczególnych podmiotów. Jeżeli ten kalendarz będzie przestrzegany, nie będzie ryzyka braku możliwości uchwalania bardzo dużej liczby aktów prawnych w krótkim okresie. Nie byłoby dobrze zbyt często powtarzać sytuację, do której doszło ostatnio, gdy pakiet ustaw związanych z reformą administracyjną rozpatrywany był w ogromnym pośpiechu, co powodowało frustrację społeczną.
- Jako strażnik tych terminów będzie pani musiała dyscyplinować ministrów.
- Będzie to robić głównie przewodniczący KIE, czyli premier. Wszyscy zaangażowani w ten proces muszą się dobrze zorganizować i potraktować go jako bardzo ambitne zadanie, możliwe do wykonania pod pewnymi warunkami. Dla mnie jest to przedsięwzięcie niesłychanie poważne, a dla Polski jedno z najważniejszych w historii. Określiłabym je jako traktat stulecia.
- Czy droga do Brukseli będzie wyścigiem pięciu państw, czy zgodną współpracą równych partnerów?
- Dobra współpraca z naszą "kompanią" pierwszej tury rozszerzenia jest bardzo ważna. Musimy usprawnić przepływ informacji i próbować uzgadniać pewne rzeczy. Jestem jednak daleka od złudzeń, że obędzie się bez napięć w tych kontaktach. Możliwe, że w jakimś momencie któremuś z uczestników procesu trudno będzie się oprzeć pokusie "wyprzedzenia" partnera, który jeszcze się targuje.

Więcej możesz przeczytać w 33/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0