Polityczna skarbonka

Polityczna skarbonka

Dodano:   /  Zmieniono: 
W sporze o to, co zrobić z Bankiem Gospodarki Żywnościowej, chodzi w istocie o przyszłość ponad 1200 banków spółdzielczych. Na ich restrukturyzację potrzeba bowiem co najmniej 170 mln zł. Dwukrotnie więcej należałoby przeznaczyć na rozwój samego BGŻ, co umożliwiłoby mu konkurowanie z bankami komercyjnymi.
Spór dotyczy nie tylko tego, skąd wziąć pieniądze, ale także tego, kto i komu je przydzieli. Rozwiązanie problemów BGŻ utrudniają polityczne powiązania banku, od lat uznawanego za domenę PSL - w końcu jego prezesem jest były szef stronnictwa. - Bank nie może być nadal skarbonką PSL i przechowalnią zdymisjonowanych z urzędniczych stanowisk działaczy tej partii - do takiego wniosku doszli już nawet sami pracownicy BGŻ. Wiedział też o tym rząd SLD-PSL, ale dawał kolejne biliony złotych, gdyż ludowcy grozili opuszczeniem koalicji.

BGŻ sprawiał kłopoty - nie mniejsze niż Ursus - od początku istnienia III RP. Kiedy jednak wpompowano w niego biliony złotych, likwidacja mogła tylko przynieść kolejne straty. W 1994 r. problemy miała rozwiązać ustawa o restrukturyzacji tego banku oraz banków spółdzielczych. Przede wszystkim miała ona umożliwić ratowanie spółdzielczej bankowości przed likwidacją. Eksperci Banku Światowego oceniali wówczas, że tylko likwidacja BGŻ przyniosłaby skarbowi państwa 8 mld zł strat. Podjęto więc decyzję o dofinansowaniu banku. Z budżetu państwa przekazano 2,3 mld zł w formie obligacji restrukturyzacyjnych, z których większość BGŻ już wykorzystał. Stare straty banku nadal jednak sięgają prawie 850 mln zł.
Ustawa restrukturyzacyjna zakładała również utworzenie trójszczeblowej struktury, w której działalność ponad 1000 banków spółdzielczych miało koordynować dziewięć banków regionalnych. Te byłyby z kolei właścicielami udziałów w BGŻ (łącznie 31,5 proc.). BGŻ jako bank krajowy miał zaś wspomagać placówki regionalne, nie konkurując z nimi. Zgodnie z ustawą do 
1999 r. udziały skarbu państwa w BGŻ powinny zostać "zbyte" bankom regionalnym. Nikt nie wie jednak, czy słowo "zbyte" oznacza "przekazane", czy "sprzedane".
Banki regionalne nie mają tymczasem pieniędzy na zakup udziałów. Dodatkowo żądają - jako współudziałowcy - ograniczenia przez BGŻ działalności komercyjnej. Bank nie chce jednak z tego zrezygnować, zdając sobie sprawę, że jego silniejsza pozycja powinna pomóc w prywatyzacji. Kolejne projekty jego restrukturyzacji łączy jedno: przewidu-
ją konieczność dokapitalizowania BGŻ i banków spółdzielczych sumą co najmniej 170 mln zł.
Kazimierz Olesiak, prezes BGŻ, przyzwyczajony do ustawicznego dofinansowywania jego przedsiębiorstwa przez
budżet, twierdzi, że aby bank mógł się rozwijać, potrzebuje pieniędzy. Wyciąga więc rękę po kolejnych 250 mln zł. Ani banki regionalne, ani spółdzielcze nie posiadają jednak takiego kapitału. Mogą uzbierać najwyżej 20-30 mln zł. Pozostałe środki mogłyby pochodzić z nie wykorzystanych, a wyemitowanych i zdeponowanych w BGŻ obligacji restrukturyzacyjnych. Zdaniem przedstawicieli banków regionalnych, obligacje te - warte 101,8 mln zł - powinny trafić w ich ręce. Przeciwnicy tego pomysłu w BGŻ uważają, że za państwowe pieniądze banki regionalne chcą kupić jego udziały od skarbu państwa. Publiczne środki wykorzystano już jednak na restrukturyzację BGŻ i - mimo mizernych efek-
tów - bank chętnie z nich korzystał.
Restrukturyzacją BGŻ zainteresował się tymczasem Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju. Przyznanie pożyczki na ten cel uważa jednak za możliwe tylko wówczas, gdy BGŻ zostanie podzielony na dwie części - komercyjną i apeksową (nie prowadzącą działalności detalicznej, a jedynie obsługującą banki spółdzielcze). Inny pomysł zakłada powołanie spółki holdingowej, która miałaby stuprocentowe udziały w obu częściach. EBOiR popiera również rozwój komercyjnej działalności BGŻ, widząc w tym jedyną szansę jego rozwoju.
Nie jest to obecnie nierealne. Po raz pierwszy od pięciu lat BGŻ osiągnął bowiem dodatni współczynnik wypłacalności - 3,5 proc. (w 1994 r. było to minus
76 proc.). Przewiduje się, że w połowie przyszłego roku uda się uzyskać ośmioprocentowy współczynnik. Zdaniem Jarosława Biernackiego, wiceprezesa BGŻ, teraz najważniejszym zadaniem powinno być określenie kierunku, w jakim bank ma się rozwijać. Decyzja należy jednak do akcjonariuszy, którzy muszą też zdecydować, czy obecne kierownictwo BGŻ może nadal zarządzać bankiem, skoro dotychczas słabo sobie radziło z przestawieniem giganta na rynkowe tory.
Przedstawiciel jednego z banków regionalnych stwierdził, że problem tkwi nie tyle w realizacji określonych koncepcji, ile w animozjach personalnych. Muszą odejść ze stanowisk szefowie centrali albo prezesi banków regionalnych. W BGŻ uważają, że najgorsze jest zawieszenie w próżni, a temu zaradzić mogą jedynie stanowcze decyzje polityczne. Nie można przecież wciąż dokładać do już przekazanych bankowi 23 bilionów starych złotych.

Więcej możesz przeczytać w 33/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0