Krótki kurs demokracji

Krótki kurs demokracji

Dodano:   /  Zmieniono: 
Putin może wykorzystać katastrofę okrętu podwodnego "Kursk" do wzmocnienia swojej pozycji
Kiedy oni zatoną?" - takim pytaniem opatrzyła zdjęcie prezydenta Putina, marszałka Siergiejewa i admirała Kurojedowa gazeta "Moskowski Komsomolec". Obserwując reakcję rosyjskich mediów na tragedię okrętu podwodnego "Kursk", można odnieść wrażenie, że przywódcy Rosji obawiają się reakcji społeczeństwa na swoją nieudolność i ukrywanie prawdy. To jednak tylko złudzenie. W Rosji nikt dotychczas nie poniósł konsekwencji politycznych za pogardę dla ludzkiego życia ani też za przysparzającą ofiar bezmyślność. Obywatele Rosji mogą teraz co prawda głośno wyrażać swój żal i złość, ale Putinowi nic nie grozi. Podobnie jak jego poprzednikom.
"Takie czasy" - mawiają od wieków z właściwym sobie fatalizmem Rosjanie. Przedstawiony w "Czarnej księdze komunizmu" wstrząsający rejestr zbrodni i szaleńczych eksperymentów Rosji sowieckiej dowodzi, że życie ludzkie było niewiele warte nie tylko w epoce carów, ale także w ZSRR. Wystarczy wspomnieć miliony ofiar mordów politycznych, gułagów, głodu na Ukrainie, przesiedleń całych narodów. Najbardziej przerażające zbrodnie przedstawiane były jednak zawsze jako historyczna konieczność. Właśnie dlatego Rosjanom tak rzadko przychodzi do głowy domagać się rozliczenia swoich przywódców.
- Reakcja władz na tragedię "Kurska" świadczy o tym, że struktury państwa rosyjskiego nadal mają charakter autorytarny - mówi prof. Andrzej Paczkowski, współautor "Czarnej księgi komunizmu". - W takim państwie tajemnica jest jednym z najważniejszych instrumentów sprawowania władzy. Państwo autorytarne z definicji musi być zawsze "zwarte, silne, gotowe", a ludzi - obywateli tego państwa - traktuje się przedmiotowo, składając ich na ołtarzu obrony mechanizmów funkcjonowania systemu.
Czarnobyl to wzorcowy przykład rosyjskiego sposobu reagowania na katastrofę. Dla partyjnych dygnitarzy najważniejsze było ukrycie prawdy o skali zagrożenia. Dopiero na początku lat 90. okazało się, że strażacy, którzy po wybuchu wchodzili w okolice uszkodzonego reaktora, zostali wysłani na pewną śmierć. Nikt też nie zna prawdziwej liczby ofiar testów nuklearnych na poligonie w Semipałatyńsku. Szacuje się, że skutki choroby popromiennej odczuwa 250 tys. ludzi, ale nie wiadomo, ilu ich faktycznie zmarło w ciągu trzech dziesięcioleci. Nikt nie powiedział im, że żyją w strefie śmierci. W kartotekach można znaleźć jedynie adnotacje o "infekcjach" i "zawałach".
Carsko-sowiecka tradycja przeżyła ZSRR. Borys Jelcyn nie poniósł żadnej kary za bezsensowną śmierć tysięcy rosyjskich żołnierzy podczas pierwszej wojny czeczeńskiej. "Koszty wojny są wysokie" - stwierdzał lakoniczny komunikat wojskowy po tym, gdy w 1996 r. Czeczeni jednego dnia zniszczyli w Groznym 40 czołgów, zabijając kilkuset Rosjan. O barbarzyństwie zarówno wobec cywilów, jak i własnych żołnierzy miał odwagę mówić tylko Siergiej Kowaliow - były dysydent i rzecznik praw obywatelskich Rosji. Po zakończeniu wojny Jelcyn bez trudu został wybrany na drugą kadencję. Jego następca, Władymir Putin, został prezydentem dzięki drugiej wojnie czeczeńskiej, w której poległy kolejne tysiące Rosjan.
Rosyjscy żołnierze ginęli zresztą także w Afganistanie, Angoli, w Indochinach i na morzu. Na dnie spoczywają cztery - oprócz "Kurska" - radzieckie okręty podwodne. Rosjanie dowiedzieli się o tych katastrofach dopiero po ogłoszeniu gorbaczowskiej głasnosti. Szczególnie trudno było władzom ukryć pożar i zatonięcie okrętu "Komsomolec" w 1989 r. "Nasi admirałowie zastanawiali się, jak informować o wypadku 'Kurska', zamiast bić na alarm i niezwłocznie przystępować do ratowania załogi" - grzmią teraz rosyjscy komentatorzy. "Mamy wszystko, co niezbędne do bezpiecznego wydobycia marynarzy na powierzchnię" - zapewniali tymczasem dowódcy floty. "Tak samo gadali, kiedy na dno poszedł 'Komsomolec'" - mówi żyjący w Murmańsku kapitan trawlera rybackiego. "Ja wtedy byłem z moim statkiem parę kilometrów dalej i mogłem próbować coś zrobić. Nie pozwolili mi, bo to 'sprawa wojskowa'". Z prośbą o pomoc władze zwróciły się dopiero wtedy, gdy sytuacja była już właściwie beznadziejna.
Przebieg procesu decyzyjnego w admiralicji nietrudno sobie wyobrazić. "Generałowie kłamali zgodnie z 'najlepszymi' radzieckimi tradycjami" - pisze teraz moskiewska prasa. A tradycja każe podporządkować wszystko nadrzędnemu celowi politycznemu. Nawet jeśli nikt nie jest w stanie takiego celu zdefiniować - jak w wypadku "Kurska".
Rosjanie nie do końca rozumieją obowiązki przywódcy państwa. Prezydent Putin przerywający urlop dopiero po czterech dniach od chwili tragedii, która wstrząsnęła światem, robi fatalne wrażenie, ale przede wszystkim na Zachodzie, nie w Rosji. Tam bowiem media dopiero tłumaczą czytelnikom, jak powinni reagować przywódcy i jakie są priorytety w demokratycznym państwie. W gazecie "Komersant" napisano, że "prezydent zachował się jak król Arabii Saudyjskiej, który nie przerwał urlopu, kiedy w pożarze zginęło 50 ludzi". Ale w Murmańsku ludzie dziwią się, pytani o reakcję władz państwa: "Putin tutaj? A po co? Niech w Moskwie wydaje polecenia tym, co się lepiej znają na rzeczy".
W nocy z soboty na niedzielę krewni marynarzy z "Kurska" nie wychodzili z murmańskiej cerkwi jeszcze długo po północy. "Nie wiem, na co czekam, chcę po prostu mieć nadzieję" - mówi matka młodego marynarza, która dwa dni jechała do Murmańska z południowej Rosji, a teraz nie może się niczego dowiedzieć. Podróżujących pociągami przez dwa, trzy dni krewnych marynarzy "Kurska" oczekują wojskowi, żeby zapewnić im zakwaterowanie. Bardziej chodzi jednak o to, by krewni ofiar znaleźli nocleg w zamkniętych koszarach. Dziennikarze domyślają się, że wojskowi chcą ograniczyć "niepożądane" kontakty z mediami. Dowódcy i politycy dobrze pamiętają, jakie znaczenie dla opinii publicznej miały relacje ukazujące zrozpaczone matki poborowych wysyłanych do Czeczenii.
W Murmańsku oficerowie próbują uspokajać zdesperowane kobiety, ale robią to bez przekonania. Odpowiedzi na najprostsze pytania unikają wszyscy i wszędzie - od zamkniętego dla zewnętrznego świata sztabu Floty Północnej w Siewieromorsku po Kreml. Szukający wytłumaczenia admirałowie sięgają po stare propagandowe metody - najpierw twierdzono, że odzyskano łączność z kapitanem okrętu Giennadijem Liaczynem i wszystko jest w porządku. Potem okazało się, że jednak nie i pojawiła się fantastyczna wersja o zderzeniu z miną z czasów II wojny światowej, jeszcze później o kolizji z innym statkiem. Wreszcie gazety napisały o marynarzu z Dagestanu, który miał zdetonować "islamską" bombę oraz o "obcym sabotażu". Naprawdę jednak admirałowie nie potrafili odpowiedzieć nawet na najprostsze pytania - o stan akumulatorów "Kurska" i zapas powietrza na okręcie. Lista marynarzy i oficerów została opublikowana dopiero po trzech dniach, nikt też nie potrafił wytłumaczyć, dlaczego ekipa angielskich ratowników musiała lądować w Norwegii, a nie w Murmańsku.
"Putin Odnowiciel" po rozprawie z oligarchami i uporządkowaniu zwierzchności nad regionami zamierzał rozpocząć reformę armii. Za jej najzdrowszy element uznał flotę, a zwłaszcza elitarne jednostki, do których zaliczają się okręty z napędem atomowym. Najważniejszą postacią reformy miał być admirał Władymir Kurojedow, na którego głowę sypią się teraz gromy. Ale jego głowa jest bezpieczna, "polecą co najwyżej głowy dowódców niższego szczebla" - spekulują komentatorzy. Car Putin zaś, może się pokusić o wykorzystanie katastrofy "Kurska" do rozprawy z niewygodnymi generałami i wzmocnienia swej pozycji w armii. 


Więcej możesz przeczytać w 35/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0