Serbski Titanic

Serbski Titanic

Dodano:   /  Zmieniono: 
Orkiestra gra rzewne serbskie kawałki. Goście wychylają kolejne toasty za zdrowie młodej pary i pomyślność ojczyzny. Lecz ta zabawa w prisztinskim hotelu Grand ma w sobie więcej ze stypy niż z wesela. Przypomina bal na tonącym "Titanicu".
Orkiestra gra rzewne serbskie kawałki. Goście wychylają kolejne toasty za zdrowie młodej pary i pomyślność ojczyzny. Lecz ta zabawa w prisztinskim hotelu Grand ma w sobie więcej ze stypy niż z wesela. Przypomina bal na tonącym "Titanicu". - Jest super, będziemy tu nadal żyć i się kochać - zapewnia pan młody. - Sam nie wierzy w to, co mówi. Kosowo jest dla nas stracone - ripostuje na boku bliski krewny świeżo upieczonego małżonka.
Welkome to Serbia (witamy w Serbii) - napisano z błędem na ścianie zniszczonego budynku. Ale to nie jedyna pomyłka - jestem bowiem na terenie kontrolowanym przez Armię Wyzwolenia Kosowa (UCK), niespełna 40 minut jazdy samochodem od stolicy Kosowa - Pris?tiny.
Niemal tuż za rogatkami miasta, których strzeże policja serbska, znajduje się pierwszy posterunek albańskich partyzantów. Napis Serbija do Tokija (Serbia aż do Tokio) przekracza wszelkie granice absurdu. Skryte marzenia partyzantów o niepodległej wielkiej Albanii, która zjednoczyłaby w ramach jednego państwa wszystkich Albańczyków - nie tylko z Kosowa, lecz i z Albanii oraz Macedonii - także nie mają (przynajmniej na razie) żadnych szans na realizację. W pełni realne nie jest nawet jedyne rysujące się w tej chwili rozwiązanie, na którego wprowadzenie nalega wspólnota międzynarodowa - autonomia dla Kosowa w ramach tzw. Nowej Jugosławii. Żadna ze stron tak naprawdę go nie chce. Zarówno Serbowie, jak i Albańczycy z Kosowa uznają je za tymczasowy, zgniły kompromis.
W tej sytuacji w Kosowie, podobnie jak wcześniej w Bośni, zanosi się na ustanowienie protektoratu międzynarodowego (de facto NATO-wskiego). Będzie on zapewne tak samo problematyczny - w wyborach parlamentarnych w Bośni, wbrew życzeniom Zachodu, górę wzięli serbscy nacjonaliści. Kosowu to wprawdzie nie grozi, ponieważ dziewięciu na dziesięciu mieszkańców to Albańczycy, łatwo jednak wyobrazić sobie sytuację, w której np. przedstawiciele OBWE nadzorujący prowizoryczne porozumienie staną się zakładnikami jednej ze stron konfliktu.
Strzały nie ucichły. Codziennie Albańczycy i Serbowie oskarżają się nawzajem o naruszenia zawieszenia broni. Pojawiają się doniesienia o rannych i zabitych. Choć wcześniejsze walki toczyły się poza stolicą, strzały słychać nawet w Pris?tinie. Serie z broni maszynowej rozległy się w nocy, tuż po wyjeździe przewodniczącego OBWE Bronisława Geremka, który przybył tu poinformować przywódcę Albańczyków z Kosowa, Ibrahima Rugovę, o szczegółach porozumienia podpisanego kilka godzin wcześniej w Belgradzie.
Pod groźbą bombardowań NATO Slobodan Milo?ević przystał w końcu na warunki zaproponowane przez specjalnego amerykańskiego wysłannika Richarda Holbrooka, który zyskał już sobie przydomek "buldożera pokoju". Porozumienie zakłada, że część sił serbskich (policji i wojska) zostanie wycofana z prowincji, a część opuści pozycje bojowe. Albańska ludność wypędzona z domów wskutek serbskich czystek etnicznych zyska możliwość powrotu. Osoby zaangażowane w walkę, jeśli nie popełniły zbrodni, mają być objęte amnestią. To warunki realizacji dalszej części porozumienia - większej samodzielności prowincji (autonomii), a w trzyletniej perspektywie - także wolnych wyborów.


Zarówno Serbowie, jak i Albańczycy z Kosowa uznają porozumienie pokojowe za tymczasowy, zgniły kompromis

To jednak dopiero melodia przyszłości. Trudno będzie ją zagrać czysto i zgodnie całej orkiestrze. Samookreślaniu się Kosowian przeciwni są nie tylko Rosjanie - ze względu na kazus Czeczenii. Nie brak oporów w gronie członków NATO. Turcja, choć sympatyzuje z "braćmi w wierze", musi brać pod uwagę własne problemy z walczącymi o niepodległość Kurdami. Kraje zachodnie też obawiają się ruchów separatystycznych u siebie. "Chcemy, żeby Serbia wyszła z Kosowa, a nie żeby Kosowo wyszło z Serbii" - skwitowała szefowa dyplomacji amerykańskiej Madeleine Albright.
Samoloty rozpoznawcze NATO i inspektorzy OBWE mają natychmiast zacząć nadzorować przestrzeganie warunków porozumienia. Już 18 października do Pri?tiny przyjechali pierwsi przedstawiciele OBWE, m.in. Polak, Waldemar Ratajczak. Mają stworzyć warunki do pracy całej misji, liczącej 2 tys. osób.
Tak zwani weryfikatorzy OBWE będą mieli pełne ręce roboty. Mimo że zawarto porozumienie, sytuacja nie zmieniła się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Sekretarz generalny NATO, Javier Solana, stwierdził, że Serbowie nie wycofują swoich sił wystarczająco energicznie. Zdaniem żołnierzy UCK, stacjonujących w rejonie Bajincy, niedaleko Pri?tiny, ich wrogowie wykonują wiele ruchów pozorowanych (np. jednostki zamieniają się miejscami), a na okolicznych wzgórzach instalują nawet rakiety przeciwlotnicze. Bez trudu mogłem dostrzec serbskie czołgi ukryte w wiejskich zagrodach.
Naciski społeczności międzynarodowej umożliwiły natomiast szybkie dostarczenie pomocy humanitarnej. Każdego ranka w rejony, w których znajdują się uchodźcy, wyruszają konwoje wiozące mąkę, cukier, odzież, materace. Bez dachu nad głową znalazło się ponad 300 tys. Kosowian. Większość z nich boi się wracać do swoich domów, mimo zapewnień Serbów, że mogą się już czuć bezpieczni. Często ich jedynym schronieniem są foliowe namioty w lasach. Wiele ludzi choruje, zanotowano ofiary śmiertelne. Sytuacja uchodźców jest dramatyczna, a w ciągu najbliższych tygodni, wraz z nastaniem mrozów, należy się wręcz obawiać katastrofy.
Shaban Delija, były nauczyciel wychowania fizycznego, nie zdołał 17 października dotrzeć do swojego domu w miejscowości Obrija, o której niedawno usłyszał cały świat. Podobnie jak po masakrze na targu w Sarajewie NATO zdecydowało się interweniować w Bośni, tak teraz, po odkryciu zbiorowego mordu w Obriji, NATO zagroziło zbombardowaniem serbskich pozycji w Kosowie. Co kilka dni nauczyciel stara się dotrzeć w pobliże swojego domu, z którego musiał uciekać w popłochu z całą rodziną. Na własne oczy widział pocięte nożami ciała dwudziestu członków rodu Delija - wśród nich kobiety i dzieci. Niedobitki klanu znalazły schronienie w podziurawionym przez pociski opuszczonym domu w Bajicy. Sędziwy Shaban Delija opowiada o tym, jak jego brat został zarąbany siekierą.
- Nie mamy wyboru ani jako armia, ani jako naród. Będziemy walczyć aż do wyzwolenia - mówi dla "Wprost" Shaban Shalia, jeden z członków naczelnego dowództwa UCK. Kiedyś przez siedem lat był więźniem reżimu. Później stał się jednym z szefów organizacji broniącej praw człowieka. W końcu dołączył do partyzantów: - Zrozumiałem, że chcąc skutecznie bronić praw człowieka, trzeba umieć poświęcić nawet własne życie.


Więcej możesz przeczytać w 43/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0