Jak prasowała się prasa

Jak prasowała się prasa

Dodano:   /  Zmieniono: 
Modne pytanie dziennikarki LCI miało udowodnić, że środowisko dziennikarskie jest do szpiku kości obiektywne, a w ogóle to absolutnie nikomu nie chce sprawić kłopotu
Przysłuchiwałem się niedawno ciekawej rozmowie we francuskim programie telewizyjnym LCI, wyspecjalizowanym w informacji non stop. Byłem pewny, że rozmowa będzie ciekawa, zanim ktokolwiek otworzył usta, ponieważ miała się ona toczyć między dwojgiem dziennikarzy, a jej tematem miała być owocna praca jednego z nich. Wiadomo, że kiedy stawia się w takiej sytuacji dwoje dziennikarzy, od razu robi się ciekawie. Jedna i druga strona chce bowiem pokazać, jaka jest wybitna, przenikliwa, fachowa i jak dba o dobro publiczne.

Zaproszony do studia dziennikarz paryskiego "Le Monde" spędził wiele miesięcy na rozpracowywaniu afery, której bohaterami są państwowa firma naftowa Elf i były minister spraw zagranicznych, a obecnie przewodniczący Rady Konstytucyjnej Roland Dumas. Z grubsza biorąc, chodzi o wiele milionów franków, które zostały wydane z publicznych funduszy na "prowizje" mające skłonić francuskie władze do sprzedania Tajwanowi kilku wojskowych fregat. "Le Monde" opublikował na ten temat wiele artykułów, a ich autor wydał teraz książkę, w której w jeszcze większych szczegółach opowiada, czego zdołał się dowiedzieć, a co nadal pozostaje spowite mgłą tajemnicy. Do tej ostatniej kategorii należy między innymi pytanie, kiedy i dlaczego Roland Dumas, ówczesny szef dyplomacji, przestał stawiać opór wobec wspomnianej transakcji, chociaż przez dłuższy czas stanowczo się jej sprzeciwiał z oczywistych względów politycznych. Komu jak komu, ale ministrowi spraw zagranicznych nie mogło zależeć na tworzeniu sobie fury niepotrzebnych problemów wynikających z łatwego do przewidzenia skomplikowania stosunków Francji z Chinami Ludowymi. Dziennikarz "Le Monde" twierdzi jednak, że udało mu się dotrzeć do tajnych dokumentów, których nie mają podobno nawet prowadzący dochodzenie w tej sprawie, między innymi do listu Dumasa do Fran˜oisa Mitterranda, w którym szef dyplomacji sugeruje prezydentowi zgodę na sprzedaż fregat Tajwanowi. W liście tym nie ma jednak żadnej daty, co ogromnie utrudnia ustalenie sekwencji wydarzeń, a zwłaszcza rozstrzygnięcie, czy istniała zależność czasowa między zmianą stanowiska ministra a wpłynięciem na jego konto znacznych kwot.
Dziennikarka LCI pozwoliła się koledze wygadać, po czym wbiła w niego świdrujące spojrzenie i zapytała, czy to dobrze, kiedy dziennikarze próbują zastępować organa ścigania i wymiaru sprawiedliwości, nadwerężając przy tym zaufanie społeczeństwa do polityków, którzy przy obecnej złożoności decyzji wagi państwowej nie mają łatwego życia. Jest to tzw. modne pytanie, mające udowodnić, że środowisko dziennikarskie jest do szpiku kości obiektywne, a w ogóle to absolutnie nikomu nie chce sprawić kłopotu, tylko czasami wypsnie mu się coś kłopotliwego i wtedy powinno mu być bardzo wstyd.
W oczach kolegi zarysowało się leciuteńkie osłupienie, ale przez tyle miesięcy tak cierpliwie pracował, że i teraz zaczął cierpliwie tłumaczyć, że chociaż ma, owszem, dwoje uszu i cztery kończyny, to jednak nie jest misiem koala. Jął zatem wyjaśniać, że Rolandowi Dumasowi na pewno nie jest przyjemnie, kiedy czyta jego artykuły i książkę, ale w pracy nad nimi nie chodziło o rozstrzygnięcia w sprawie samopoczucia pana Dumasa, lecz w sprawie zniknięcia kilkudziesięciu milionów franków z kasy państwowej i przemieszczenia się ich do kas prywatnych. Społeczeństwo ma zaś prawo informowania się w takich kwestiach, ponieważ to ono zapracowało na te pieniądze, a następnie przekazało je do kasy państwowej w formie podatków. Ponieważ nie jest jednak fizycznie możliwe, by każdy obywatel z osobna informował się na własną rękę, przeto czynią to dla nich wyspecjalizowani dziennikarze. Rozmówca LCI dodał, że jego gazeta nie publikowała informacji, które nie były potwierdzone przez pewne źródła - w tym i przez Rolanda Dumasa, z którym on sam odbył kilka długich spotkań. A wymiarowi sprawiedliwości może to wyłącznie pomóc, bo prasie czasami łatwiej dotrzeć do niektórych śladów i źródeł.
Jak można było się spodziewać, panienka z telewizyjnego okienka zadała natychmiast następne modne pytanie: dlaczego w książce ujawnił, że jedna z kluczowych postaci afery, przedstawiana w jego artykułach tylko jako "znajoma" ministra, jest dlań w istocie kimś nieporównanie bliższym? Poszły za tym nieuchronne modne pytania dodatkowe. Czy to ładnie tak grzebać w osobistym życiu polityków, jak to robią ci okropni dziennikarze amerykańscy? Czy nie czuje, że zbliża się do poziomu afery z panną Lewinsky? Reporter "Le Monde" znowu troszkę się zdziwił, ale zaczął tłumaczyć, że - w odróżnieniu od cząstkowych artykułów w gazecie - w książce podsumowującej całość nie mógł pominąć informacji, że jedna z głównych postaci afery, w której obraca się milionami franków, jest kochanką ministra, bo wtedy owa całość byłaby niezrozumiała. A to, że nie ujawnił tego od samego początku, świadczy właśnie o tym, że to nie na tym szczególe chciał skupiać uwagę czytelników.
Płynie stąd wniosek, że nawet najbardziej idiotyczne pytania mogą się okazać pożyteczne, ponieważ pozwalają nam nabrać pewności, że zapytywani naprawdę nie są idiotami.

Autor jest dziennikarzem RFI w Paryżu.
Więcej możesz przeczytać w 45/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0