Szukajcie drzwi w mydle!

Szukajcie drzwi w mydle!

Dodano:   /  Zmieniono: 
Z życia bohatera "Truman show" uczyniono spektakl rozgrywany według reguł telenoweli
Tomasz Raczek: - Panie Zygmuncie, film "Truman show" prezentuje Jima Carreya w sposób niespodziewany: jako dobrego aktora. Zwolniony z obowiązku rozśmieszania widzów za wszelką cenę, może nareszcie udowodnić, że naprawdę ma talent. "Truman show" jest przy tym jednym z najbardziej przerażających filmów ostatnich miesięcy, bo opisuje sytuację ekstremalną, która - jeśli jej się bliżej przyjrzeć - okazuje się naszą codziennością...
Zygmunt Kałużyński: - Owszem, ale jednocześnie film używa chwytu pocieszającego: przesadza w sposób tak oczywisty, że pokazana sytuacja staje się cokolwiek fantastyczna. Jest to historia bohatera, którego życie zależy wyłącznie od telewizji. To pewnie tak pana przestraszyło.
TR: - Nie, przestraszyło mnie to, że można z życia człowieka uczynić spektakl rozgrywany według reguł telenoweli. W "Truman show" pokazano to dosłownie: Jim Carrey przez trzydzieści lat (od urodzenia) żyje w nieświadomości, że otaczają go telewizyjne dekoracje oraz aktorzy grający jego rodzinę i przyjaciół. Na dodatek przez całą dobę obserwowany jest za pośrednictwem kamer przez miliony telewidzów jako główny bohater swoistego serialu. A przecież my - mam czasem wrażenie - odgrywamy taką samą rolę. Mimo że nie ma wokół nas spektaklu, reżysera ani podglądających nas kamer, zachowujemy się, jakbyśmy grali w operze mydlanej.
ZK: - Wartość tego filmu, jego oryginalność i siła polega na tym, że pokazuje zagrożenie biorące się z nacisku telewizji, która może wręcz zmienić nasz charakter!
TR: - Patrząc na uproszczone losy serialowych bohaterów, sami upodobniamy swoje życie do tanich fabuł.
ZK: - Ale tutaj mamy pytanie o granice. Treścią tego filmu jest uświadomienie sobie przez bohatera, że jego życie stało się przedmiotem manipulacji.
TR: - I to jest jego przewaga nad nami, bo my najczęściej nie zdajemy sobie sprawy z tego, że jesteśmy manipulowani przez instytuty marketingowe. Niech pan sobie przypomni, co się dzieje w mediach i w sklepach, gdy na ekrany wchodzi nowy film Disneya czy Spielberga! Wszędzie otaczają nas gadżety związane z tymi produkcjami; nagle okazuje się, że nasze niepodległe - wydawałoby się - odruchy i sympatie zostały przewidziane i skalkulowane w budżetach promocyjnych! Tak naprawdę nie mamy tu nic do gadania: jesteśmy potrzebni tylko po to, żeby wykonać marketingowe symulacje specjalistów i polubić utwory, które być może wcale się nam tak bardzo nie podobają. Nie stać nas już na tupnięcie nogą i powiedzenie: "Nie! Zrobię inaczej!". Nie stać nas na sprzeciwienie się obiegowym sądom, na ustalenie własnych kryteriów wartości. Ciągle ulegamy komuś lub czemuś; wzorcom podsuwanym przez prawdziwe i fałszywe autorytety: Kościół, telewizję, sąsiadkę.
ZK:- Wie pan, że reżyser Peter Weir planował, żeby w trakcie każdego seansu filmować publiczność w sali kinowej i pokazywać te zdjęcia na zakończenie "Truman show"? Chciał przez to podkreślić, że ci, którzy siedzą w kinie i obejrzeli film na temat manipulacji, sami stali się nią zagrożeni. Ale producent się na to nie zgodził. Szkoda, bo to był wielki pomysł.
TR:- Najbardziej wstrząsające jest według mnie zakończenie. Bohater buntuje się i ucieka ze sztucznej dekoracji do prawdziwego życia, transmisja zostaje przerwana. Po trzydziestu latach monitory nagle gasną i wypełnia je czerń. Okazuje się jednak, że telewidzowie nie są w stanie zaakceptować takiej sytuacji: telewizor musi być włączony! Wcale nie myślą o bohaterze, któremu towarzyszyli przez kilkadziesiąt lat. Szukają nowej historyjki. Jakiejkolwiek. Jak pleśń, która potrzebuje pożywki, by móc się namnażać. Telewidzowie są pleśnią, która potrzebuje telewizyjnych fabuł, by dzięki nim mnożyć dni swojej emocjonalnej egzystencji. Spostrzeżenie proste i bolesne.
ZK:- Charakterystyczna jest przy tym postać owego kolosalnego, wyjątkowego, nieprawdopodobnie technicznie sprawnego reżysera o nazwisku Christophe, który to wszystko wymyślił (granego przekonująco przez Eda Harrisa). Pierwsza część nazwiska ma skojarzenie religijne (jest on jakby bogiem); brzmienie rosyjskie jest nawiązaniem do totalitarnego terroru gułagowskiego, orwellowskiego. Ten zdumiewający człowiek mówi do swojego bohatera, którego przez trzydzieści lat oszukiwał: "Możesz opuścić ten spektakl, ale jak sądzisz, czym będzie życie, które cię teraz czeka? Czy myślisz, że będzie lepsze? Myślisz, że nie będzie oszustwem? Że nie będziesz musiał się szarpać z mistyfikacją, nabieraniem, z niebezpieczeństwami? Tutaj mogłeś korzystać z tej wspaniałej klatki, jaką ci dostarczyłem. Zastanów się, może jeszcze wrócisz?".
TR:- No cóż, różnica między życiem naprawdę a życiem w dekoracjach jest mniej więcej taka jak między Starówką w Krakowie a Starówką w Warszawie. Ta krakowska jest prawdziwa, ta warszawska jest dekoracją zbudowaną po wojnie. Różnią się przede wszystkim duchem: w Krakowie on jest, w Warszawie go nie ma. Tak jest zawsze z życiem w dekoracjach: nawet jeśli wszystko z pozoru wygląda tak samo, jest nieprawdziwe.
ZK:- Niemniej nasz Truman żył w tej dekoracji przez trzydzieści lat i nie miał wątpliwości. Dlaczego? Bo od strony technicznej jest wykonana imponująco. To po prostu oddzielny świat: miasteczko na wyspie otoczonej morzem. Widz musi sobie zdawać sprawę, że podobna inscenizacja w naszym życiu jest niemożliwa.
TR: - A ja, panie Zygmuncie, zazdrościłem Trumanowi, gdy wreszcie wyrwał się z tego świata. Ja również chciałbym to zrobić, ale nie widzę owych drzwi, które umieszczono w dekoracji na filmie. A przecież świat, w którym żyjemy, zbudowany jest ze sztucznych emocji, oparty na dających się zakwestionować wartościach, którymi codziennie masuje się nam mózgi. I też chciałoby się czasem wyjść do prawdziwego życia.
ZK: - Pozostaje jeszcze kwestia ideo- logii filmu. Odebrałem go jako apel o poszukiwanie wolności. Tylko w tym momencie dochodzą jeszcze refleksje na temat naszej tożsamości. Amerykanie szczególnie lękają się jej utraty. Bo jednym z imperatywów człowieka jest być sobą!
TR:- Czyli nie poddać się żadnemu schematowi i nie dać się sprzedać. Panie Zygmuncie, ale przecież Polska pełna jest Trumanów! Na przykład nasze aktorki, które zgadzają się, aby fotografowano je w ich prywatnych mieszkaniach na tle rodziny i aby te zdjęcia umieszczano na okładkach kolorowych magazynów, nieświadomie stają się takimi właśnie Trumanami. Ich życie przez to ubożeje i zostaje sprowadzone do taniej, mydlanej fabuły.
Więcej możesz przeczytać w 45/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0