Lubię się bać

Dodano:   /  Zmieniono: 
Rozmowa z MARYLĄ RODOWICZ
Roman Rogowiecki: - W dobie PRL była pani jedną z najbardziej znanych Polek, ale pracy w poprzednim ustroju nie wspomina pani najlepiej.
Maryla Rodowicz: - Mam po temu całkiem sporo powodów. W PRL działała tylko jedna rozgłośnia - Polskie Radio. Płyty wydawała jedna firma - Polskie Nagrania - więc jeżeli podpisywało się z nią kontrakt, to do końca życia. Wprawdzie życie estradowe było bez porównania łatwiejsze niż dzisiaj, ale grało się za stawki ministerialne, ustanowione na Krakowskim Przedmieściu. Muzyk dostawał honorarium nie za talent i pracę, lecz według kategorii i pozycji, jaką zajmował w wymyślonej za biurkiem tabeli płac.
- Ówczesne chałupnictwo estradowe wspomina pani jednak z sentymentem.
- Do tego wszystkiego czuje się sentyment, kiedy się patrzy z dystansu - wtedy trzeba było koncertować bardzo dużo, żeby zarobić na jako takie utrzymanie. Z drugiej strony, jeżeli artysta był na topie, to nie mógł się opędzić od zamówień: dawało się po dwa, trzy koncerty dziennie, a zdarzali się i tacy koledzy, którzy grali po dziesięć koncertów jednego dnia. Po kilku występach przestawali się orientować, dla kogo grają, a nawet w jakim są mieście. Moje struny głosowe wytrzymywały najwyżej dwa koncerty dziennie.
- A w latach 90.? Rynek jest chłonny, działa mnóstwo rozgłośni, płyty produkuje kilka naprawdę dużych firm, odbywa się coraz więcej festiwali.


Inspirują mnie nawet ewidentne klęski estradowe

- A jednak na polskim rynku muzycznym naprawdę trudno teraz wypromować cokolwiek. Rozgłośni radiowych jest wprawdzie mnóstwo, ale ich prezenterzy ściśle dzielą piosenki na odtwarzane bardzo często z play- listy i na zestaw B, czyli listę rezerwową. Na playlistę w pierwszej kolejności trafia głównie piosenka zachodnia, która ma zasięg światowy i bez porównania większą moc promocyjną. Jeżeli zdarzy się, że premiera polskiego utworu zbiegnie się w czasie na przykład z wydaniem nowego singla przez U2, to w radiu nasza piosenka jest na ogół przegrana już na starcie.
- Pani powinno być jednak łatwiej, ma pani w końcu utrwaloną pozycję w branży.
- Mam wrażenie, że wręcz przeciwnie. Łatwiej jest dziś artyście, który jest piękną dwudziestoletnią kobietą i startuje z zupełnie nowym repertuarem. Tyle że ja mam po prostu serce do walki. Podnieca mnie każda przeciwność losu: spróbować pokazać, co się potrafi, zmierzyć się z kimś. Każdy kolejny koncert, płyta czy festiwal to kolejny egzamin. Kiedy dostrzegam na widowni rząd dziennikarzy, którzy obserwują mnie z nastawieniem: "no i co nowego ona pokaże", po prostu pot się leje ze mnie ze strachu. Z tym, że mnie inspirują nawet ewidentne klęski estradowe: bardzo je przeżywam, ale szybko się otrząsam, analizuję przyczyny niepowodzenia z nastawieniem: "ja wam jeszcze pokażę, zobaczycie!".
- Widzowie, którzy kupują bilety na pani występy, nie tylko chcą odsłuchać kilka przebojów, lecz życzą sobie, aby ich pani zaskoczyła jakimś happeningiem.
- Ja z kolei wymyślam te rozbudowane aranżacje estradowe swoich piosenek po prostu ze strachu. Chcę odwrócić uwagę od siebie. Kalkuluję sobie, że jeżeli zrobię coś szalonego, to wszyscy zwrócą na to uwagę i nie powiedzą, że na przykład kiepsko wyglądam albo mam "mały głos". Rzeczywiście mam "mały głos", tyle że nauczyłam się nim posługiwać. A poza tym ogromnie pomaga mi intuicja, która podpowiada, jak "sprzedać" daną piosenkę.
- Tylko w naszym zapóźnionym przemyśle rozrywkowym pokutuje jeszcze przekonanie, że to wcale nie szkodzi, gdy popularny piosenkarz, który staje przed parotysięczną widownią, zachowuje się, jakby dawał recital w prowincjonalnym klubie studenckim.
- Proszę zauważyć, że Rolling Stonesi też mogliby wyjść i spokojnie zagrać bez tych fantazyjnych kostiumów, gigantycznych dekoracji, świateł i złotego deszczu. A skoro decydują się zmienić koncert w tak ogromne przedsięwzięcie, to znaczy, że wiedzą, czego oczekuje od nich wymagająca światowa widownia. Mnie zdarzyło się kiedyś na koncercie w Krakowie, że wyszłam - tak jak stałam - na estradę i po prostu zaśpiewałam. Widzowie byli bardzo rozczarowani, bo oczekiwali, że również tym razem pokażę im coś zaskakującego. I powiedzieli: jak to, tak normalnie?
- Czy na obecnym etapie pani kariery rodzimy show-business nie jest w stanie wyręczyć pani w działalności promocyjnej i wokółestradowej?
- Dzięki PolyGramowi, dla którego nagrałam najnowszą płytę, po raz pierwszy spotkałam się z profesjonalną pomocą. Nagle okazało się, że ktoś mi organizuje spotkania, płaci za sesję fotograficzną, przygotowuje plakaty, a do tej pory musiałam to robić sama. Zawsze dużo inwestowałam w swój zawód. Rozumiałam, że potrzebny jest dobry plakat, czy estetyczna okładka płyty. Na początku lat 90. wystraszyłam się, że moi młodsi koledzy obecni na rynku wydają płyty kompaktowe, a ja mam do zaproponowania tylko "winyle". Pożyczyłam więc pieniądze i pierwszy kompakt nagrałam na własny koszt. Ale jest i druga strona medalu - firma patrzy mi na ręce i już słyszę, że nowa płyta ma zanadto wysoki budżet. Nawet jeżeli album jest udany, to nie oznacza, że osiągnie sukces komercyjny. Boję się, ale ja lubię się bać. Poza tym wierzę w tę płytę.

Więcej możesz przeczytać w 45/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

Rozmawiał: