Teatr sensacji

Teatr sensacji

Tajemnica morderstwa w Aninie pozostaje nie wyjaśniona
Czy Faszysty, Sztywnego, Krzaczka i Niuńka rzeczywiście nie było w Aninie w nocy z 31 sierpnia na 1 września 1992 r., a zabójstwo Jaroszewiczów zostało upozorowane na pospolite przestępstwo, podczas gdy w rzeczywistości było mordem politycznym? Werdykt sądu w tej sprawie nie daje odpowiedzi na powyższe pytanie, mimo że czterej oskarżeni o zamordowanie byłego premiera Piotra Jaroszewicza i jego żony zostali uniewinnieni - zgodnie z wnioskiem prokuratora. Takie zachowanie oskarżyciela publicznego to ewenement - w ostatnich latach było w Polsce zaledwie kilka takich wypadków. Nie można wszakże wykluczyć tezy, że policja i prokuratura właściwie wytypowały sprawców zbrodni, ale nie potrafiły zebrać dostatecznych dowodów świadczących o winie podejrzanych. Po raz kolejny okazało się, że przy spektakularnych sprawach presja wywierana na organy ścigania każe szukać sprawców "za wszelką cenę". Tymczasem błędy popełnione w śledztwie i "droga na skróty" powodują, że kierując się zasadą domniemania niewinności, sąd musi oczyścić oskarżonych z postawionych im zarzutów.
- Tak właśnie było w słynnej sprawie O. J. Simpsona. Podczas zbierania dowodów przeciwko gwiazdorowi amerykańskiego futbolu i show-businessu, oskarżonemu o zabójstwo byłej żony i jej kochanka, policjanci z Los Angeles złamali podstawowe reguły postępowania. W rezultacie sąd karny wydał wyrok uniewinniający, a w procesie cywilnym przeciwko Simpsonowi rodzina ofiar uzyskała zadośćuczynienie - mówi dr Ewa Gruza z Zakładu Kryminalistyki Instytutu Prawa Karnego Uniwersytetu Warszawskiego.
Czasami nie tylko sąd dostrzega popełnione w postępowaniu przygotowawczym błędy, co znajduje wyraz w wydanym orzeczeniu, lecz zauważa je także oskarżyciel. - Rzadko się jednak dzieje, aby prokurator wnioskował przed sądem o uniewinnienie oskarżonych. Zdarzało się tak jednak w ostatnich latach w Sądzie Wojewódzkim w Warszawie. W kwietniu 1993 r. uniewinniono dwóch Litwinów oskarżonych o napad na kasjerkę przed hotelem Forum - mówi sędzia Barbara Piwnik, rzecznik prasowy Sądu Wojewódzkiego w Warszawie. Podobnie zakończył się proces maszynisty oskarżonego o spowodowanie katastrofy kolejowej w Ursusie w sierpniu 1990 r. Zginęło wówczas 16 osób, a 51 zostało rannych.

O klęsce prokuratury w procesie oskarżonych o zabójstwo małżeństwa Jaroszewiczów mówiono już co najmniej od kilku miesięcy. Gdy z różnych powodów obalone zostały koronne dowody, na których oparto akt oskarżenia, uczestnicy procesu zaczęli coraz częściej wspominać o politycznym motywie zabójstwa. Coraz krytyczniej oceniano także pracę funkcjonariuszy przybyłych na miejsce zbrodni. Nawet prokurator skrytykował policję za błędy popełnione już w pierwszych godzinach po odkryciu morderstwa. Pełnomocnik Andrzeja Jaroszewicza, mecenas Marian Hilarowicz, wspomniał o "znakomitych dowodach zbrodni": niedopałku papierosa, odcisku palca i podeszwy buta, które - jak się potem okazało - zostawili funkcjonariusze policji.
W swym ostatnim wystąpieniu mecenas Andrzej Litwak (obrońca Jana K. - Krzaczka) nazwał śledztwo w tej sprawie "akcją, w której trzeba było znaleźć winnych". Obrońca Henryka Sz. (Sztywnego), mecenas Andrzej Morawski, poszedł nawet dalej, zastanawiając się głośno, "kto manipulował materiałem dowodowym" i pytając: "Czy wątek motywów politycznych nie został pominięty celowo?". Żaden z przesłuchiwanych przed sądem świadków nie potrafił jednak podać przekonujących dowodów przemawiających za politycznym podłożem zbrodni. Wszyscy mówili, że Piotr Jaroszewicz nie przechowywał w domu żadnych tajnych dokumentów, nie pisał pamiętnika, robił jedynie notatki na temat bieżących wydarzeń politycznych w kraju i przygotowywał swoje wspomnienia (miał ponoć 1,5 tys. stron maszynopisu).

Przyjmowanie jako jednej z hipotez politycznego podłoża popełnionych przestępstw stanowi novum w pracy polskiej policji. W ostatnich latach w żadnej ze spraw nie udało się jednak dowieść, że motywem zbrodni była polityka - mówi nadkomisarz Andrzej Przemyski, doradca komendanta głównego policji. Obecnie najgłośniejszym morderstwem, w którym mogą się pojawić - obok znaków zapytania - polityczne podteksty, jest niedawne zabójstwo Marka Papały. Byłego komendanta głównego policji zastrzelono 25 czerwca tego roku w samochodzie przed jego domem na warszawskim Mokotowie. Prowadzący śledztwo policjanci długo nie mogli wpaść na żaden konkretny trop. Dopiero w ubiegłym tygodniu Komenda Główna Policji poinformowała, że odkryła międzynarodową aferę gospodarczą, która być może ma związek ze śmiercią byłego komendanta. Do sprawy włączył się UOP. W aferę mogą być zamieszane osoby już kilka lat temu obserwowane przez polski kontrwywiad w związku ze sprzedażą broni do krajów objętych embargiem ONZ.
- To, że prokurator, mając ku temu uzasadnione powody, wnioskuje przed sądem o uniewinnienie oskarżonych, trzeba ocenić pozytywnie - mówi Barbara Piwnik. - Oskarżyciel musi bowiem w toku całego procesu obiektywnie oceniać materiał dowodowy. Często zmienia się przecież sytuacja proceso- wa - osoby, które w śledztwie złożyły istotne zeznania, przed sądem korzystają z prawa do odmowy ich składania.
Gorzej jest, gdy dzieje się tak, jak było w znanym powszechnie procesie "łomiarza". Prokurator do końca procesu podtrzymywał wersję wydarzeń ustaloną podczas śledztwa, a sąd ostatecznie uchylił 26 z 29 stawianych oskarżonemu zarzutów. Przy okazji sprawy "łomiarza" - po raz pierwszy w latach 90. i w tak głośnym procesie - sąd ostro skrytykował pracę organów ścigania, wytykając im brak umiejętności i bezmyślne błędy, które doprowadziły do kolejnych ofiar i spowodowały, że sprawca przestępstw do dziś pozostaje nieznany. Sąd Apelacyjny, rozpatrując skargę obrony, poszedł jeszcze dalej, uznając domniemanego "łomiarza", Henryka Rytkę, winnym tylko jednego ze stawianych mu przez prokuraturę zarzutów.

Kolejną głośną porażką prokuratury był proces trzech młodych mężczyzn oskarżonych o udział w napadzie rabunkowym na ul. Lwowskiej w Warszawie, którego finałem była śmierć Wojciecha Króla, studenta Politechniki Warszawskiej. Przygotowano akt oskarżenia. Oburzonemu i poruszonemu bezsensowną zbrodnią społeczeństwu należało wskazać winnych. Zadziałał mechanizm poszukiwania kozła ofiarnego. Akt oskarżenia przeciwko domniemanym zabójcom został jednak zwrócony prokuraturze. Miał tak poważne braki, że konieczne stało się szukanie nowych dowodów. Oskarżonych wypuszczono z aresztu. Podobnie postąpiono z dwoma oskarżonymi o zabójstwo Piotra i Alicji Jaroszewiczów - zastosowano wobec nich dozór policyjny. Dwaj pozostali przebywali jednak w areszcie do końca procesu.

Prokurator Artur Kassyk, który od początku prowadził śledztwo w sprawie zabójstwa byłego premiera i jego żony, dopiero w ostatnich miesiącach wycofał się ze sprawy i ustąpił miejsca przed sądem koledze - prokuratorowi Andrzejowi Barteckiemu, autorowi wniosku o uniewinnienie oskarżonych. Podczas postępowania sądowego szybko upadły bowiem dwa koronne dowody. Najważniejszym z nich miało być zeznanie Jadwigi K., konkubiny jednego z oskarżonych, Krzysztofa R. (Faszysty). W czasie postępowania przygotowawczego zeznała ona, że słyszała, jak Faszysta i Niuniek rozmawiali o napadzie w Aninie. Przed sądem Jadwiga K. odmówiła składania zeznań, a dziennikarzom powiedziała, że jej zeznania w śledztwie zostały wymuszone. Innym dowodem miał być fiński nóż znaleziony w mieszkaniu Jana K. (Krzaczka), należący - wedle prokuratury - do Piotra Jaroszewicza. Początkowo nóż rozpoznawał tylko jeden świadek: syn byłego premiera, Andrzej Jaroszewicz, ale później był tego pewny tylko na "99 procent". Krzaczek przekonywał sąd, że nóż ukradł w trakcie innego włamania. Do tego doszły niewybaczalne błędy policjantów, którzy nie tylko nie zabezpieczyli śladów, ale - co gorsza - zostawili jeszcze własne.
- Jeśli ofiarą zabójstwa jest znana osoba, bardzo często miejsce zbrodni zamienia się w teatr: jest odwiedzane przez wielu ludzi, którzy całe zdarzenie traktują jak telewizyjną "kobrę". Tymczasem policjanci działają pod wpływem wielkiej presji, wywieranej na nich przez domagających się szybkiego sukcesu przełożonych, polityków, opinię społeczną i media. W takich warunkach, niestety, popełnia się więcej błędów niż zwykle - komentuje dr Ewa Gruza.

Okładka tygodnika WPROST: 45/1998
Więcej możesz przeczytać w 45/1998 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0