Koniec legendy

Koniec legendy

Dodano:   /  Zmieniono: 1
Jak antykomunista Marian Jurczyk został wybrany - głosami radnych SLD - na prezydenta Szczecina
13 listopada Marian Jurczyk, legenda Sierpnia?80 i człowiek przez lata uważany za zagorzałego antykomunistę, został wybrany na prezydenta Szczecina - głównie głosami Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Lansowany przez niego "program trzeciej drogi" miał połączyć wszystkie ugrupowania w pracy dla "wspólnej sprawy", czyli dla "dobra miasta". Na nieformalną koalicję namówił Jurczyka Sojusz Lewicy Demokratycznej. Klubowi o nazwie Niezależny Ruch Mariana Jurczyka, liczącemu zaledwie sześciu radnych, lewica zaoferowała stanowisko prezydenta, kilka miejsc w zarządzie miasta oraz fotel przewodniczącego rady miejskiej.
SLD nie ma wątpliwości, że Jurczyk będzie dobrym prezydentem. Jacek Piechota, wiceprzewodniczący SdRP, wśród kwalifikacji niezbędnych do sprawowania tej funkcji na pierwszym miejscu wymienia takie cechy Jurczyka, jak uczciwość i korzystanie z doświadczeń ludzi. Dariusz Wieczorek, przewodniczący klubu radnych SLD, twierdzi, że trudno mówić o przygotowaniu kogokolwiek do pełnienia funkcji prezydenta, skoro nie ma wyższej szkoły prezydentów.
Na razie zwycięzcy ogólnikowo zapowiadają wdrożenie idei "trzeciej drogi". - Spróbujemy. Czas pracować wspólnie dla dobra Szczecina, nie patrząc na różnice poglądów - mówi Grzegorz Durski, radny i najbliższy współpracownik prezydenta. - Jeśli nie ma znaczenia, kto skąd przychodzi, po co w ogóle był Sierpień, Grudzień?
- pyta Stanisław Kocjan, były poseł, do niedawna bliski współpracownik Mariana Jurczyka. - Postawienie na sojusz z SLD to świadomy wybór partii, która kilka lat temu zwinęła stary sztandar i wywiesiła nowy szyld, nie odcinając się od przeszłości, przejmując jej tradycję, działaczy biura politycznego i cały "ordnung". Hasło "wszyscy z nami" już było.
Jeden z najbliższych "sierpniowych" współpracowników Jurczyka, Stanisław Wądołowski, zastanawia się, dlaczego prezydent nie powiedział wcześniej wyborcom, że zamierza rządzić z SLD. W dodatku jego telewizyjne programy wyborcze nawiązywały do przeszłości i wykorzystywały antykomunistyczne wątki. Kiedy Marian Jurczyk został prezydentem, w siedzibach różnych partii politycznych zaczęły dzwonić telefony. Pytano, jak mógł się wyprzeć "swoich", pytano też, jak lewica mogła wejść w układ z antykomunistą. Specjalny protest do przywódcy Sierpnia?80 wystosowali pracownicy Stoczni Remontowej Gryfia, nakazując dawnemu przywódcy "wierność legendzie". - Decyzja Mariana Jurczyka oznacza powrót do źródeł - twierdzi Jacek Piechota. - W końcu w sierpniu 1980 r. walczył o to, aby nie było podziałów między ludźmi. Dla lewicy takie rozwiązanie jest korzystne. - Wiem, że wchodząc w układ z lewicą, legitymizujemy ją, ale świat idzie z postępem, a ludzi coraz mniej interesuje, kto się z kim wiąże - przekonuje Grzegorz Durski.
Magazynier Marian Jurczyk pracował w Stoczni Szczecińskiej im. Adolfa Warskiego, a więc w miejscu, gdzie w powojennym Szczecinie tworzyła się historia. Po raz pierwszy na jej kartach zaistniał w grudniu 1970 r., kiedy wszedł w skład komitetu strajkowego stoczni. Dziesięć lat później stanął na czele strajku. - Na tle propagandowej papki wypowiedzi Jurczyka brzmiały dla nas odświeżająco, jego pompatyczność była czymś, co przyjęliśmy z dużym uznaniem - wspomina Przemysław Fenrych, rzecznik prasowy Jurczyka w tamtym okresie. Wkrótce Jurczyk został przewodniczącym zarządu regionu NSZZ "Solidarność" Pomorza Zachodniego.
Jeszcze przed stanem wojennym sławę przyniosły mu dwa wydarzenia. Jesienią 1981 r. na ogólnopolskim zjeździe związku ubiegał się o stanowisko przewodniczącego. Odniósł sukces - nieznacznie przegrał z Lechem Wałęsą, zdecydowanie wyprzedził Andrzeja Gwiazdę i Jana Rulewskiego. Zebrał głosy tych, którzy domagali się radykalnych rozwiązań. Swój radykalizm zademonstrował kilka tygodni później na spotkaniu w Trzebiatowie, kiedy powiedział o konieczności oczyszczenia rządzących państwem elit z Żydów. Stwierdził także, że może dobrze byłoby dodatkowo powiesić kilku decydentów, przez których naród najwięcej cierpiał.
Władze PRL i doradcy przewodniczącego natychmiast wyciszyli wątki antysemickie, natomiast druga wypowiedź zaczęła funkcjonować w społeczeństwie w formie wierszyka: "A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści". Tego władza nie mogła tolerować. Przewodniczący znalazł się w grupie tych, którzy z więzień i "internatów" zostali zwolnieni najpóźniej - w połowie 1984 r. Siedział na Rakowieckiej wraz z czołówką ówczesnej opozycji. W więzieniu przeżył samobójstwo syna i synowej.
Po wyjściu z więzienia nie stanął na czele podziemnych struktur "Solidarności" na Pomorzu. Liderem, z namaszczenia Tymczasowej Komisji Koordynacyjnej zdelegalizowanego związku, został Andrzej Milczanowski. Jurczyk założył więc własny związek - "Solidarność 80". Na politycznej scenie praktycznie zaistniał dopiero rok temu, gdy wygrał wybory w Szczecińskiem i wszedł do Senatu. Kilka miesięcy później został wybrany do sejmiku województwa zachodniopomorskiego. Szczecińskie elity twierdzą, że renesans popularności Jurczyka wiąże się z jego nieobecnością na scenie politycznej w czasach, gdy dewaluowały się pewne wartości i nazwiska. Dzięki politycznej hibernacji Jurczyk wydał się wyborcom świeży i obiecujący.
Przez lata Marian Jurczyk był symbolem niezłomności. Odmówił w więzieniu podpisania lojalki. - Marian był odważny, nie bał się nawet wtedy, gdy w noc stanu wojennego wieźli nas lasami nie wiadomo dokąd - opowiada Stanisław Kocjan. - Jurczyk miał charyzmę. Wokół niego było co prawda wielu ludzi wykształconych i umiejących mówić, ale brakowało im odwagi - uważa Grzegorz Durski. - Jurczyk nie miał żadnej charyzmy, a legenda pryskała przy bliższym poznaniu - twierdzi jeden z ówczesnych opozycjonistów.
Problemem Jurczyka byli doradcy.
- Nie potrafił otaczać się ludźmi godnymi zaufania - twierdzi Fenrych. Najbardziej kontrowersyjny z nich, Zygmunt Lampasiak, pojawił się przy Jurczyku w 1980 r. Temu niegdysiejszemu lektorowi PZPR przypisuje się redagowanie niektórych wystąpień przewodniczącego, zwłaszcza skrajnych.
- Obok ludzi rozsądnych zawsze wokół przewodniczącego krążyły szemrane postacie, ale nie chcę wymieniać ich nazwisk - zastrzega polityk szczecińskiej prawicy. Najważniejszy był ten, kto rozmawiał z Jurczykiem ostatni, tuż przed podjęciem jakiejś ważnej decyzji. - Ustalaliśmy coś w wielogodzinnych negocjacjach, w towarzystwie różnych zaufanych osób, a potem wchodził do Jurczyka ktoś, szeptał mu do ucha i Marian zaczynał mieć wątpliwości - wspomina Longin Komołowski, minister pracy, szef szczecińskiego Ruchu Społecznego AWS. Kiedy Marian Jurczyk został prezydentem Szczecina, Unia Wolności postanowiła podarować mu "Karierę Nikodema Dyzmy" Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. - Dla mnie Marian Jurczyk już umarł - mówi ze smutkiem Stanisław Wądołowski. W ostatnich dniach w różnych punktach Szczecina na murach domów pojawiły się duże napisy: "Jurczyk - zdrajca". Jeden z nich znajduje się na murze Stoczni Szczecińskiej SA, dawniej Stoczni im. Adolfa Warskiego, w której magazynier Marian Jurczyk przeistoczył się w przywódcę i polityka.


Więcej możesz przeczytać w 49/1998 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 1
  • rys   IP
    dzięki temu mogę zrobi pracę domową