Sprzedawcy marzeń

Sprzedawcy marzeń

Dodano:   /  Zmieniono: 
Rozmowa z TOMASZEM STARZEWSKIM, angielskim projektantem mody
Małgorzata Domagalik: - Dobry projektant, czyli kto?
Tomasz Starzewski: - Ten, kto potrafi zaistnieć na rynku mody, jest w stanie rozbudzić wyobraźnię tych, którzy sięgają po jego rzeczy i do tego jeszcze kreuje coś, co nie przypomina prac innych projektantów. Istnieje ponadto ktoś, kto staje się sprzedawcą marzeń. To już jednak nie projektant, to artysta.


Tomasz Starzewski ma 36 lat. Jest jednym z najlepszych projektantów mody w Anglii. Syn polskich emigrantów. Absolwent St. Martin School of Art. Ubierał lady Di, Fergie, Stefanie Powers. Jego styl to kombinacja elegancji, kulturowego eklektyzmu i profesjonalnego krawiectwa. Co roku wraz z pielgrzymką niepełnosprawnych odwiedza Lourdes. Znawca i kolekcjoner sztuki. Do Polski przyjechał na zaproszenie TV Polonia.


- Czy zdarza się panu ukłucie zazdrości, gdy ogląda pan kolekcję kolegi po fachu?
- Nie, nigdy nie miałem z tym problemu. Uważam, że zazdrość jest jedną z najgorszych cech charakteru.
- Kto więc jest dla pana mistrzem?
- Bez wątpienia Yves Saint Lau- rent - w swoich lepszych i gorszych czasach. Lubię Valentino i Jeana Paula Gaultiera. Natomiast nie znoszę mody i jej twórców, którzy sprawiają, że kobiety na wybiegu nie wyglądają jak kobiety. Nie toleruję kolekcji inspirujących kobiety do tego, aby wyglądały jak mężczyźni. Ich autorzy po prostu nie lubią kobiet. Zawsze wtedy zadaję sobie pytanie: po co to wszystko, człowieku, projektujesz? Androgynia w modzie to coś zupełnie innego.
- Często podkreśla pan, że projektowanie polega na czynieniu kobiety piękną, ale okazuje się, iż nie wszystkim przyświeca ten sam cel.
- Świat mody jest bardzo zróżnicowany. Są wśród nas i tacy projektanci, którzy przede wszystkim szokują, aby się sprzedać. Nie tylko po to, by zwrócić na siebie uwagę, ale i po to, żeby koncerny, dla których pracują, lepiej sprzedawały perfumy, torebki i chustki. Niestety, tylko nieliczni sprzedają marzenia, reszta chce sprzedawać towar zwany modą.
- Na całe szczęście kobiety zawsze będą chciały dobrze wyglądać. Według Saint Laurenta, żeby ten efekt osiągnąć, wystarczy mieć w szafie czarną spódnicę, golf i szpilki w tym samym kolorze.
- Zgodziłbym się, chociaż uważam, że żyjemy w czasach terroru koloru czarnego. Na przyjęciach prawie wszystkie panie występują w czarnych sukienkach, a na ich szyjach połyskują sznury pereł. To kostium dobry na cmentarz. Poza tym czarny kolor tak naprawdę ubiera tylko młode kobiety. Dojrzałym dodaje lat. Nie mówiąc o tym, że to bardzo nudne stale oglądać kobiety w czerni. Sam nigdy nie założyłem czarnego garnituru. Mężczyzna w takim garniturze to takie wulgarne.
- A czy siebie uważa pan za dobrze ubranego?
- Tak myślę, że jestem dobrze ubrany. Tradycyjnie i w angielskim stylu. Pozwalam, by ubrania określały moją osobowość.
- Czy dziennikarze piszący o modzie trafnie interpretują pańskie intencje?
- Nigdy nie przytrafił mi się jakiś zmasowany atak prasy. Co więcej, dziennikarze piszą, że jestem hedonistą z sercem. Obydwu stronom powinno zależeć na tym, by się wzajemnie wspierać. Mimo to dziennikarstwo, również to związane ze światem mody, zmieniło się dramatycznie w ciągu ostatnich lat. Na niekorzyść. Bardziej liczy się dla prasy to, z kim właśnie się rozstajemy, niż to, co tworzymy. Niestety.
- Nieco zaskakująco brzmi pana opinia, że jedyna nowość, jaka pojawiła się w tym stuleciu w modzie, to kostium do joggingu...
- Ależ tak jest! Cała reszta to tylko powtórzenie i przetwarzanie tego, co już było. Przygotowuję właśnie kolekcję zamykającą nasze stulecie i poszukując nowych inspiracji, doszedłem do wniosku, że w wieku, w którym człowiek postawił stopę na Księżycu, w modzie wynalazł tylko strój do biegania po lesie. Poza nowymi tkaninami, oczywiście.
- A czy słynne klientki, takie jak Ivana Trump, Fergie czy Shirley Bassey, bardzo pomagają znanemu już projektantowi?
- Na pewno z nich nie zrezygnuję, chociaż nigdy o nie nie zabiegałem. Zostałem przez los wyróżniony, ale dla mnie najważniejsza jest ta klientka, która świetnie nosi moje projekty. Doskonale w nich wygląda.
- A co uznaje pan w życiu za ekstrawagancję?
- Bez wątpienia jest nią umiejętność wydawania pieniędzy.
- "Kiedy będę miał dużo pieniędzy, kupię sobie bugatti i przedmioty z okresu art déco" - to pańskie życzenia. Czy już spełnione?
- Nigdy nie będę miał aż tyle pieniędzy, żebym nie mógł ich wydać. Namiętnie kolekcjonuję sztukę z różnych okresów - tę dawną i współczesną. Rzadko zaglądam do antykwariatów, najczęściej odwiedzam targi staroci i spędzam na nich wiele czasu.
- Z jakiego zakupu jest pan ostatnio szczególnie dumny?
- Z abstrakcyjnego pejzażu namalowanego bardzo ciekawą techniką.
- Czy wchodząc do pańskiego domu, można się domyślić, że pochodzi pan z Polski?
- Tak sądzę, chociaż z drugiej strony, wystrój mojego domu kojarzy się raczej z Bliskim Wschodem, z Orientem. Do niedawna nie wiedziałem, że i Polacy wywarli wpływ na turecką kulturę. Mój dom jest bardziej wschodnio- niż zachodnioeuropejski. Natomiast jeśli chodzi o mój stół, dominuje na nim kuchnia włoska i azjatycka, perska i libańska.
- Wygląda na to, że potrafi się pan cieszyć przyjemnościami, jakie niesie życie.
- Tak, nauczyłem się wreszcie cieszyć życiem i smętne czasy zostawiłem za sobą.
- A najlepszy przyjaciel?
- Najlepszy? Jestem otoczony "bandą" serdecznych znajomych w Londynie i w Nowym Jorku. Pracuję bardzo ciężko, a to nie sprzyja pielęgnowaniu przyjaźni. Mimo to udało mi się zachować tę część mego życia. Nie mówiąc o tym, że krąg życzliwych ludzi sprzyja próżności projektanta. Moi przyjaciele nie wywodzą się jednak z mego środowiska. Nie mają z nim nic wspólnego. Na całe szczęście.
- W jakim punkcie swego życia znajduje się pan dziś?
- Jak zwykle - przeobrażeń. Moje życie musi się zmienić, chociaż nie wiem jeszcze, co się w nim wydarzy. Czy będę mieszkał w Europie, czy też w Stanach Zjednoczonych? Z jednej strony, potrafię kontrolować swoje przeznaczenie, a z drugiej - wcale tego nie pragnę. Nawet nie wiem, czy lubiłbym komfort stabilizacji.
- A jak ma na imię pańska mama?
- Marysia, a tato ma na imię Wojtek.


Więcej możesz przeczytać w 49/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0