Karuzela z kłamczuchami

Karuzela z kłamczuchami

Dodano:   /  Zmieniono: 
Skoro sztuka rozmowy w mediach to gra zmyślonych ciekawostek, dlaczego fizyczna nagość na zdjęciach nie ma być równie nieprawdziwą feerią komputerowych możliwości?
Od jakiegoś czasu nie mogę się pozbyć wrażenia, że im mocniej media kręcą karuzelą atrakcji, tym mniej im zależy, by wiadomości przez nie przekazywane były prawdziwe. Nie idzie mi oczywiście o serwisy polityczne - te stosują się do własnych reguł - lecz o resztę drobnych informacji o świecie. O to, co mówią ludzie przepytywani w rozmaitych talk shows, kwizach, dyskusjach. Reguły gry są dziś takie, jak w programach komputerowych: musi być pytanie (jakiekolwiek) i musi być odpowiedź (jakakolwiek), by mogło paść następne pytanie (jakiekolwiek). Ważna jest zasada: pytanie-odpowiedź-pytanie-odpowiedź, a nie treść, która je wypełnia. Gra musi się toczyć dalej, by można zrealizować założenia wcześniej przygotowanego scenariusza. To, co po drodze, jest tylko wypełniaczem.

Dlatego najlepiej wypadają w telewizji ludzie, którzy kłamią, a raczej - dopasowując się do oczekiwań scenarzystów - mówią to, czego się od nich oczekuje, a nie to, co naprawdę myślą. Wszelkie komplikacje, niuanse, psychiczne rozterki źle wypadają podczas szybkich, rozrywkowych rozmów, na które nastała moda. Mistrzynią takiej gry jest na przykład Madonna. Już jakiś czas temu stworzyła wzór prezentowania się w mediach: jej wypowiedzi są wyraziste, krótkie, zdecydowane, czasem szokujące, niewiele mające wspólnego z prawdą. Chodzi wszak o grę wyobraźni, a nie o spowiedź. Dziennikarz to nie ksiądz, telewizja - nie konfesjonał, a telewidzowie - nie pan Bóg!
I zdaje się, że Madonna ma rację: na co komu prawda o prywatnym życiu osób publicznych? Chodzi tylko o to, by było kolorowo i frapująco. Czy śmiejąc się z dobrego kawału, potrzebujemy do szczęścia pewności, że opowiedziana historia zdarzyła się naprawdę? Może tak, a może nie - najważniejsze, że rozśmieszyła nas do łez. Poza tym, jaki sens miałby psychiczny ekshibicjonizm osób publicznych? Obnażanie prywatności za parę złotych czy dolarów? Toż to prawie prostytucja!
Współczesne media żądają od występujących w nich osób, by ciekawie kłamały. Dlatego w cenie jest inteligencja, a nie szczerość. Dlatego zwyciężają ci, którzy na czas zorientowali się, że przystępują do gry wymagającej sporej sprawności w posługiwaniu się kartami. Telewidzowie przyjmują te zasady i bywają naprawdę rozczarowani, gdy okazuje się, że ktoś łamie reguły, rezygnuje z licytowania i wykłada karty na stół. Popsuta zabawa. W coraz większym stopniu poczucie bezpieczeństwa czerpiemy z ulegania stereotypom. Przyjmujemy je za słuszne, a potem okłamujemy siebie i cały świat, że tak jest dobrze, że to nam odpowiada, i że sami też tacy jesteśmy. Że tak myślimy, tak postępujemy i tak chcemy wyglądać. Wsiadamy na karuzelę popkulturowych kłamczuchów i raźniej nam w tłumie.
Najbardziej groteskowo taka postawa wygląda tam, gdzie - teoretycznie - decydujemy się na szczerość, czyli obnażenie. Nagości, nagości chcę - wołała Albertynka w "Operetce" Witolda Gombrowicza, ale hrabia Szarm i baron Firulet prześcigali się w obdarowywaniu jej nowymi ubraniami. Nasza kultura nie tylko boi się nagości, ale nawet, gdy decyduje się na nią - dopuszcza się kłamstwa, przerabiając ją tak skutecznie, aż nagość przestaje być naga. W kioskach mamy dziś wiele pism obiecujących pokazanie "całej prawdy" o urodzie kobiet. Prezentowane w nich akty czasem mają wymiar sztuki, a czasem wymiar świntuszenia, ale w obu wypadkach chętnie korzysta się z komputerowych korekt urody. Bo naga Albertynka dziś domaga się szczególnej przesłony.
Aby zdjęcia wyglądały bardziej kusząco, redakcje decydują się na coraz dalej idące poprawki, swoiste graficzne "operacje plastyczne", przy których dawny, poczciwy retusz to naiwna zabawa. Na życzenie modelek poprawia się im biusty, cerę, wyszczupla biodra, przemodelowuje sutki, usuwa zmarszczki i rozstępy, powiększa oczy, zagęszcza włosy. Dzięki takim zabiegom możliwe jest drukowanie zdjęć coraz starszych i starszych piękności: po czterdziestce, a nawet po pięćdziesiątce. Ale to kosztuje! W redakcji pewnego znanego amerykańskiego miesięcznika do dziś nie mogą przyjść do siebie na wspomnienie tego, ile zapłacono za komputerowe odmłodzenie Farah Fawcett na kilkunastu wydrukowanych zdjęciach. Kilku grafików przez kilkadziesiąt dni wykonywało pracę, którą w filmie "Ze śmiercią jej do twarzy" zastępowało wypicie paru kropel eliksiru młodości, podawanego przez Isabellę Rosselini. Tyle że owa filmowa komedia z Meryl Streep i Goldie Hawn była groteską, wyśmiewającą nową hipokryzję poprawek, a w kolorowych magazynach robi się to dziś z całą powagą.
Ktoś małostkowy mógłby mi zarzucić mizoginizm, czyli niechęć do kobiet, skoro tak bezceremonialnie piszę o ich usterkach, gorączkowo naprawianych przez komputer. Ale to nieprawda. Po pierwsze, nie każda naga modelka jest posiniaczoną, tłustawą olbrzymką, sztucznie wykreowaną na piękność (jak Anne Nicole Smith), po drugie, widziałem wiele aktów na przykład polskich piosenkarek i aktorek, które przed komputerowymi przeróbkami wyglądały atrakcyjniej, budząc mój szczery zachwyt, ale ulegając obiegowym stereotypom, gubiły cały swój naturalny wdzięk i oryginalny seksapil.
Zresztą, może tak trzeba? Skoro sztuka rozmowy w mediach to gra zmyślonych, dobrze podanych ciekawostek, nie mających wiele wspólnego z prawdą, dlaczego fizyczna nagość na zdjęciach nie ma być równie nieprawdziwą feerią komputerowych możliwości?
Więcej możesz przeczytać w 50/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0