Draka z formaliny

Draka z formaliny

Dodano:   /  Zmieniono: 
"Złoto dezerterów" w reżyserii Janusza Majewskiego
Recenzenci wydali zgodny wyrok: "Złoto dezerterów" Janusza Majewskiego to film słaby i nieśmieszny. Tymczasem frekwencja na nim nie najgorsza, tyle że widownia składa się głównie z młodzieży okolczykowanej i wygolonej, nie wyglądającej na pilnych czytelników prasy. Zachodzi więc podejrzenie, że recenzenci w ocenie naszej publiczności filmowej prześlepili coś, co wie o niej reżyser.
"Złoto dezerterów" to nie komedia, która staje do równoprawnej rywalizacji z bieżącym repertuarem - to filmowy bibelot. Akcja, aktorstwo, intryga: wszystko w tym samym stylu co w "C.K. Dezerterach", nakręconych piętnaście lat temu, czyli pół wieku wcześniej, jeśli weźmie się pod uwagę naszą przyśpieszoną konsumpcję kina po 1989 r. ,,C.K. Dezerterów" w brudnych i nie opalanych kinach, z których większość, zwłaszcza na prowincji, zamykano, obejrzało w zgrzebnej Polsce Jaruzelskiego i Kiszczaka aż 7 mln widzów. Widownia solidaryzowała się ze szwejkowatymi cwaniaczkami, którzy radzili sobie z rozpanoszoną soldateską Austro-Węgier, miejscami przypominającą nasze ówczesne rządy generałów. Poza tym przyciągał latrynowo-burdelowo-koszarowy humor, który odbierało się wówczas jako odtrutkę na ględzenie naszych "kościanych dziadków" w mundurach, okupujących ekran telewizora. Rzecz działa się w czasach, kiedy w porze nadawania "Niewolnicy Isaury" pustoszały całe kwartały ulic, a telewizyjna projekcja "Ostatniego tanga w Paryżu" ze sceną pozakulinarnego użycia masła wywołała ogólnonarodową dyskusję.
"Złoto dezerterów" to kino wyjęte z formaliny: robota filmowa roku 1985. Historia pomysłowego obrabowania hitlerowskiego banku z żydowskiego złota toczy się w tempie wiedeńskiego walca - z obrazka na obrazek. Widz wcale nie musi być ciekaw, czy - jak we współczesnych filmach - bohaterowie "najwyższym wysiłkiem i w ostatniej chwili" dopną swego. Widz lubi sobie na nich po prostu popatrzeć. Kogóż tu nie ma? A to Jan Englert, czyli wiecznie młody "chłopak z AK", a to Leonard Pietraszak (Gustaw Kramer z "Vabanku"), któremu się wyraźnie przytyło, a to Wojciech Pokora - ciągle niezrównany w rolach kostycznych biuralistów. A jest jeszcze Krzysztof Kowalewski jako opój, Krystyna Feldman w roli wiecznej dziarskiej babci i Wiktor Zborowski w repertuarze żydowskim. Także młodsze pokolenie: Katarzyna Figura nareszcie w roli bufetowej i Bogusław Linda, wyliniały czaruś, któremu łysina zaczyna prześwitywać przez rzednącą czuprynę. Na aktorów ,,Złota dezerterów" patrzy się jak na część własnego życiorysu - pobrużdżona twarz Marka Kondrata uświadamia, że i my staliśmy się o parę kilogramów starsi.
Reżyser zaprogramował dla swojego filmu taki właśnie styl odbioru - autoironicznych uśmieszków jest więc w nim sporo, tylko że widownia nie jest z gatunku tych, które kochają się w cienkiej ironii. Nie bawi jej wiadomość podana przez konspiratorów niemieckim kontrolerom, że wiozą do Berlina fortepian dla samego von Karajana. Kiedy jednemu z konspiratorów każą pilnować zostawionego na chwilę na łódzkiej ulicy motoru, ten obrusza się, że są w Niemczech i niepotrzebnie obawiają się kradzieży. Któż mógłby się jej dopuścić: azylanci, Cyganie? Nie śmieszy też pogardliwa uwaga jednego z konspiratorów pod adresem motoru marki BMW - znawca sugeruje, że wojnę i tak wygra marka Harley Davidson. Ponad głowami widowni pomyka też cieńszy humor żydowski: "Czy ty jesteś żydowski pisarz, żebyś mógł sobie pozwolić na pesymizm?" - pada pytanie w kierunku żydowskiego krawca.
Jest też w fabule parę aluzji filmowych, które mijają bez echa. Na harmonii przygrywa weteran, rzekomy ślepiec, jakby żywcem przeniesiony z ,,Zakazanych piosenek". Praktyki konspiracyjne, zwłaszcza z udziałem Włochów, przypominają film ,,Giuseppe w Warszawie", epizod z nienasyconą pannicą z wojskowej rodziny przywołuje słynną scenę korepetycji z "Zakazanych piosenek". Scenki z Węgrami odsyłają do ,,Eroiki" Munka, a czołg strzelający do latryny to już wszystko naraz: zarówno ,,Złoto dla zuchwałych", jak i "Przesłuchanie" Bugajskiego. Więcej - kiedy aktorzy w mundurach SS suną sprężystym krokiem po korytarzach banku, muzyka zmienia się w pastisz słynnej sekwencji na gitarę basową i saksofon tenorowy ze "Stawki większej niż życie". A poza tym raz po raz są w użyciu fabularne gotowce z filmu okupacyjnego. Para nastoletnich konspiratorów biega po planie jakby żywcem wyjęta z ,,Zamachu" lub "Akcji pod Arsenałem", staruszka złorzecząca Niemcom obok spalonej chaty jakby zapożyczona z ,,Barw walki". "Złoto dezerterów" mieści jednak jeszcze jeden godzien uwagi drobiazg sentymentalny: kiedy konspiratorzy uwalniają z getta żydowskiego kasiarza, zabierają też ze sporym ryzykiem własnym militarnie nieprzydatnego krawca i jego córeczkę. W ten sposób film trąca dwie struny bliskie szerokiej widowni - rubaszną i sentymentalną.
Delektowanie się tymi aluzjami wydaje się być jednak nieco powyżej możliwości przeciętnego konsumenta ,,Złota dezerterów". Na szczęście pozostaje on również nieczuły na rozbrajające niedoróbki, jakich dopuścili się realizatorzy. Czołg T-34, który tak się opatrzył na planie ,,Czterech pancernych", nie powinien udawać "tygrysa", jeśli mu się bodaj na odczepnego nie doprawi paru metrów kwadratowych dykty pociągniętej stalową farbą. W Polsce jest taki wybór przestarzałych mostków, że okupacyjne wozy naprawdę nie muszą pokonywać rzeki po pięknym obiekcie odlanym z betonu typu Ytong. Formacje SS nosiły brunatne, a nie pomarańczowe koszule - jeden odcień, a ileż absurdu mniej. Poza tym przebrani Niemcy powinni w kontaktach z prawdziwymi Niemcami posługiwać się jednak bodaj pozorowaną niemczyzną, bo kiedy wszyscy gawędzą sobie po polsku, widz ma wrażenie, że to pan Kondrat konwersuje z panią Celińską, a nie akowiec z hitlerówką. Chybiony jest też, niestety, wątek kamizelki kuloodpornej, którą nosi konfident gestapo. Poza tym nawet dzielnicowemu, nie mówiąc o weteranach konspiracji, starczyłoby wyobraźni, by przed rozpoczęciem wielkiej akcji nie robić jej uczestnikom grupowego zdjęcia.
Widownia przechodzi jednak nad tymi umownościami do porządku nadspodziewanie gładko i nie najgorzej się bawi, film ma bowiem również odpowiedni dla niej bukiet atrakcji. Kadrowcy AK tępią palenie u młodzieży, cytując przestrogę z billboardów autorstwa ministra zdrowia i opieki społecznej. Podczas akcji chłodzą się wprawdzie napojem z historycznej butelki, ma on jednak jak najbardziej współczesną nazwę "Hoop". Jeszcze skuteczniej działa dosadny humor opilczy i damsko-męski. Kiedy Krzysztof Kowalewski w roli notorycznie pijanego strażnika bankowego zostaje przywołany do porządku: "Jesteście na służbie, a nie w burdelu", odpowiada ze szczerością podchmielonego: "I tego właśnie żałuję". Widowni bardzo się ta riposta podoba. Podobnie jak scenka w wiejskiej chacie, gdzie para małżeńska zabawia się łóżkowo w dzień, korzystając z tego, że dzieci są w szkole. "No to podczas ferii macie post" - zauważa Linda ze znawstwem, zyskując pełne porozumienie z widownią. Poza tym sporo śmiechu jest z samego przebierania. Wiktor Zborowski raz nosi ciuchy żydowskiego krawca, za chwilę hiszpańskiego oficera, a wreszcie dominikańskiego zakonnika - za każdym razem nie dopasowane. To wystarczy. Podobnie jak parosekundowe pojawienie się na wizji Krzysztofa Materny w roli kamerdynera, który utyka na jedną nogę, wnosząc do salonu kieliszki z szampanem. Wiadomo - Materna wyskoczył na chwilę z telewizji, żeby się powygłupiać. Dzięki odrobinie golizny udaje się przemycić nawet scenkę jak z Mrożka czy Różewicza. Dziewczyna chce obdarować wybrańca ruszającego w bój szkaplerzem, który nosi na szyi. Próba odpięcia świętości kończy się jednak całkowitym rozebraniem panienki.
No i kwintesencja. Bogusław Linda, uwodzicielski łajdak w kolejnym wcieleniu, spotyka się ze strony erotycznie szantażowanej przez niego pani z zarzutem, że "jest bydlę". Odpowiada w niepowtarzalny sposób, przeciągając sylaby i zalotnie zerkając w kierunku własnego rozporka: "Ale czy ty wiesz, jak bydlę potrafi kochać swojego pana?". Naprawdę trzeba więcej?


Więcej możesz przeczytać w 50/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0