Kaukaska szachownica

Kaukaska szachownica

Gruzini twierdzą, że na obszarze ich państwa znajdował się Eden. Ormianie z dumą spoglądają na przepiękny zarys Araratu, świętej góry Kaukazu, na której zgodnie z biblijną przypowieścią osiadła Arka Noego. Tylko Azerowie wolą w tym czasie spoglądać na stawiane na ich terenie szyby naftowe.

Gruzini twierdzą, że na obszarze ich państwa znajdował się Eden. Ormianie z dumą spoglądają na przepiękny zarys Araratu, świętej góry Kaukazu, na której zgodnie z biblijną przypowieścią osiadła Arka Noego. Tylko Azerowie wolą w tym czasie spoglądać na stawiane na ich terenie szyby naftowe. Te trzy małe narody mówiące odmiennymi językami i posługujące się własnymi alfabetami od stuleci zwracały uwagę świata. Dla współczesnych obserwatorów głównym powodem zainteresowania są niestety destabilizujące cały region konflikty. Nie bez przyczyny mówi się o "gorącym Kaukazie". Pod koniec listopada do państw Zakaukazia wybrał się z misją OBWE minister Bronisław Geremek.
O wpływy w tym leżącym na styku Europy i Azji zakątku rywalizowało wiele imperiów - Bizancjum, Persja, Turcja, Rosja i ZSRR. Rozpad tego ostatniego przyniósł wprawdzie posowieckim republikom niepodległość, ale zabrał spokój. - Zachowujemy się jak dzieci, które nagle znalazły się za kierownicą samochodu - ocenił kilka lat temu w wywiadzie dla "Wprost" zaistniałą sytuację Dżaba Joseliani, bardzo barwna i kontrowersyjna postać z Gruzji. Wielonarodowościowy tygiel pomiędzy Morzem Czarnym a Kaspijskim stał się ponownie beczką prochu, a byle iskra powoduje wybuch kolejnego konfliktu. Jest o co walczyć. Na Zakaukaziu krzyżują się najważniejsze trasy łączące Azję z Europą i Bliski Wschód z Rosją. Ostatnio oprócz jedwabnego szlaku pojawił się jeszcze jeden element gry o wpływy w regionie: ropa naftowa i petrodolary.
Jeden z planowanych rurociągów miałby przebiegać przez terytorium Gruzji. Tymczasem jej stabilność jest bardzo krucha. Rządzący od 1992 r. Eduard Szewardnadze dwoi się i troi, aby zachować integralność państwa. Rządy pierwszego demokratycznie wybranego prezydenta Gruzji, Zwiada Gamsachurdii, doprowadziły do chaosu i wybuchu konfliktów separatystycznych. Osetia Południowa, zaniepokojona nacjonalistyczną polityką Tbilisi, pierwsza odłączyła się od Gruzji. Wkrótce, latem 1992 r., walki wybuchły w Abchazji. Wspierana przez Rosjan mniejszość abchaska (niecałe 100 tys. osób) po roku krwawych walk doprowadziła do secesji i przeprowadzając czystki etniczne, zmusiła do ucieczki ponad 300 tys. Gruzinów. Niewiele brakowało, by w walkach o Suchumi zginął Eduard Szewardnadze, który do ostatniej chwili nie chciał opuścić miasta. Także później jego życie niejednokrotnie wisiało na włosku.
"Bóg uratował nie tylko mnie, ale i mój kraj" - powiedział Szewardnadze po tym, jak w sierpniu 1995 r. cudem wyszedł z opresji, gdy tuż obok niego eksplodował samochód-pułapka. W lutym tego roku ostrzelano jego opancerzony mercedes. Szef gruzińskiego państwa niejednokrotnie sugerował, że zamachy w jego kraju inspirowała Rosja. Szewardnadze wciąż pozostaje bowiem jedynym gwarantem stabilności Gruzji. Od spokoju w regionie zależą natomiast trasy nowych rurociągów, którymi już niedługo na światowe rynki może popłynąć kaspijska ropa naftowa. Tymczasem rząd w Tbilisi nadal nie odzyskał władzy nad całym terytorium państwa, dwukrotnie organizowano już zamachy na Szewardnadze, dochodziło do buntów wywoływanych między innymi przez zwolenników byłego prezydenta Gamsachurdii.
Na szczęście w ostatnich trzech latach sytuacja powoli się normalizuje. Zażegnany został (m.in. przy pomocy mediatorów OBWE) konflikt w Osetii Południowej. Choć Osetyjczycy wywalczyli niezależność od Tbilisi, wszystko wskazuje na to, że chętnie powrócą jednak do jakiejś formy wspólnej państwowości. Cieniem pozostaje jednak wciąż nie uregulowana sytuacja w Abchazji.


Kaukaz stał się regionem strategicznym, w którym będą się ścierały interesy Rosji
i Stanów Zjednoczonych

- Rosja liczyła na to, że "oddając" Polskę, Czechy i Węgry, dostanie carte blanche na południu. Tymczasem stało się inaczej - Zachód interesuje się Kaukazem jako kolejnym regionem, który powinien wyjść spod dominacji Moskwy - twierdzi Michaił Saakaszwili, szef frakcji Unii Obywatelskiej w parlamencie Gruzji. - Rosja straciła już Azerbejdżan, jeśli odejdzie jeszcze Gruzja, utraci cały region - drogę tranzytową i granicę z Turcją.
Ku temu właśnie zmierza polityka ostatniego ministra spraw zagranicznych Związku Radzieckiego, starającego się zarówno utrzymywać w miarę poprawne stosunki z Rosją, jak i doprowadzić do zbliżenia z Zachodem. Gruziński prezydent zdaje sobie sprawę, że warunkiem utrzymania integralności państwa jest szybki rozwój gospodarczy. Pierwsze rezultaty są już widoczne: sprywatyzowano ok. 90 proc. małych przedsiębiorstw, znacznie ograniczono inflację, wprowadzono własną walutę (lari), uważaną za najbardziej stabilną na obszarze WNP. PKB Gruzji wzrasta w tempie ok. 10 proc. rocznie.
W Tbilisi młodzi ludzie czas liczą od 1995 r., czyli od uchwalenia konstytucji oraz jednoczesnych wyborów prezydenckich i parlamentarnych. Pierwsze bez trudu wygrał Eduard Szewardnadze, drugie - popierana (i stworzona) przez niego Unia Obywatelska. Szefem jej frakcji w parlamencie jest Michaił Saakaszwili. Ten 31-letni błyskotliwy polityk, absolwent między innymi nowojorskiej Columbia Law School, uważany jest za potencjalnego następcę Szewardnadze i nazywany ojcem gruzińskiego prawodawstwa. Aby przyciągnąć zagraniczny kapitał, Gruzja wprowadziła liberalne, wzorowane na niemieckim, prawo o przedsiębiorstwach.
Nie tylko Szewardnadze zdaje sobie sprawę, że Kaukaz stał się dla świata regionem strategicznym, w którym będą się ścierały interesy Rosji i Stanów Zjednoczonych. Małej Gruzji nie pozostaje nic innego, jak uparcie dążyć do utrzymania pokoju. Dlatego z taką estymą przyjmowano tam ministra Geremka, nie tylko jako przewodniczącego OBWE, ale i byłego działacza opozycji antykomunistycznej.
O pokojowym rozwiązywaniu konfliktów i konieczności przestrzegania praw człowieka przypominał on także w Armenii. Choć jest ona najbardziej jednorodnym etnicznie krajem stanowiącego mozaikę narodowościową Zakaukazia, głównym problemem Armenii jest konflikt z Azerbejdżanem o status ormiańskiej enklawy Górnego Karabachu. Został on oderwany w wyniku wojny między sąsiadami w latach 1991-1994. W jej rezultacie wspierani przez Rosjan Ormianie przejęli kontrolę nie tylko nad Górnym Karabachem, ale i terenami do niego przylegającymi. Od 1994 r. utrzymuje się wprawdzie rozejm, ale obie strony nadal nie są skłonne do zawarcia ostatecznego kompromisu. Mimo trwającego od czterech lat procesu pokojowego, któremu patronuje tzw. Grupa Mińska OBWE, nie doszło do żadnych znaczących rozstrzygnięć - nie został uchwalony status enklawy, do swoich domów nie powrócili azerscy uchodźcy. Ten tlący się konflikt w każdej chwili grozi ponownym wybuchem i jest istotnym czynnikiem ryzyka dla inwestorów zainteresowanych eksploatacją kaspijskiej ropy.
Znalezienia kompromisu nie ułatwia fakt, że od wiosny tego roku prezydentem Armenii jest Robert Koczarian, były przywódca ormiańskich separatystów. Również Gajdar Alijew z Azerbejdżanu nie chce iść na ustępstwa. Nie może sobie na to pozwolić: choć w październiku został po raz drugi prezydentem kraju, opozycja wobec jego rządów staje się coraz silniejsza. Isa Gambar, przewodniczący partii Müsavat (najstarszej w Azerbejdżanie) i potencjalny następca Alijewa, powiedział jasno, że bezpieczeństwo wydobywania ropy naftowej nie może być ceną za utratę Górnego Karabachu. Utrzymuje się sytuacja patowa, gdyż Ormianie chcą osiągnąć więcej niż tylko proponowaną im przez Baku autonomię. Samolot z ministrem Geremkiem na pokładzie był jednym z niewielu, które mogły bezpośrednio przelecieć z Erewania do Baku. Połączenia lotnicze między tymi sąsiadami są bowiem od dawna zawieszone.
Gruzini, Azerowie, a ostatnio także Ormianie chcieliby, aby w zaprowadzeniu pokoju w ich regionie pomogli żołnierze amerykańscy. Waszyngton nie kwapi się jednak do wysłania swoich oddziałów. Nie zmienia to faktu, że przywiązuje do Zakaukazia dużą wagę. Zdaniem prof. Zbigniewa Brzezińskiego, region ten stanowi istotny fragment światowej szachownicy, na której toczy się globalna gra.
Rosyjscy eksperci coraz częściej zwracają uwagę, że Rosji zagraża nie tyle rozszerzenie NATO, co utrata Kaukazu. Zdaniem komentatora "Niezawisimej Gaziety", biorąc pod uwagę, że Zakaukazie jest jednym ze strategicznych "skrzyżowań" i zapleczem paliwowo-energetycznym, "kierunek południowy musi mieć priorytet przed wszystkimi innymi sprawami międzynarodowymi Moskwy".
Kreml dotychczas nie wykorzystał jednak swych wpływów, by ostudzić drzemiące konflikty, a wręcz odwrot- nie - wielokrotnie je prowokował. Tym większą rolę do odegrania mają tam organizacje międzynarodowe. OBWE obok ONZ stwarza państwom powstałym po upadku Związku Radzieckiego największą szansę na porozumienie. Zdaniem Jacka Cichockiego, kierownika Działu Kaukazu i Azji Centralnej w Ośrodku Studiów Wschodnich, w regionie, gdzie tak łatwo chwyta się za broń, wizyta przewodniczącego OBWE miała ogromne znaczenie. Uświadomiła bowiem narodom Zakaukazia, że Europa nie tylko się nimi interesuje, ale także o nich zabiega.
Przedstawiciele OBWE od lat stosują metodę małych kroków, starając się między innymi podtrzymywać dialog między stronami konfliktów. Choć góry Kaukazu zbudowane są z wyjątkowo twardych skał, jest szansa, że przysłowiowe krople wody mogą zrobić swoje.

Okładka tygodnika WPROST: 50/1998
Więcej możesz przeczytać w 50/1998 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0