Tam, gdzie zaczyna się czas

Tam, gdzie zaczyna się czas

Dodano:   /  Zmieniono: 
Jeden z moich przyjaciół zdziwił się: "Lecisz na Tongę? Przecież tam nic się nie dzieje". Ta uwaga zaostrzyła tylko mój apetyt na odwiedzenie dziwnego archipelagu na Pacyfiku. Są jeszcze szczęśliwe kraje, w których nic się nie dzieje!
Jeden z moich przyjaciół zdziwił się: "Lecisz na Tongę? Przecież tam nic się nie dzieje". Ta uwaga zaostrzyła tylko mój apetyt na odwiedzenie dziwnego archipelagu na Pacyfiku. Są jeszcze szczęśliwe kraje, w których nic się nie dzieje!
Ponieważ mało kto wie, gdzie to miejsce się znajduje, wyjaśniam: jest to archipelag 170 wysp, z czego 36 zamieszkanych, poniżej równika. Sąsiaduje z Fidżi, Vanuatu, Niue, Polinezją Francuską. Leży dokładnie na tzw. linii daty, którą tylko dla niego lekko wygięto - gdyby tego nie zrobiono, na poszczególnych wyspach państwa byłyby inne dni tygodnia.
Mieszkam w hotelu Linia Daty na bulwarze Vuna Road, a naprzeciw mojego okna na brzegu oceanu stoi wielka tablica z napisem "Tu, gdzie zaczyna się czas" i wielka liczba informująca, ile dni pozostało do roku 2000. Bo Tonga pierwsza na kuli ziemskiej powita nowe milenium.
Stolica państwa - Nuku?alofa - znajduje się na wyspie Tongatapu. Liczy dwadzieścia kilka tysięcy mieszkańców i przypominałaby może polski Radzymin, gdyby nie całkowicie niemal drewniana, parterowa i jednopiętrowa zabudowa i bardzo skąpy ruch samochodowy. Pełen wdzięku jest drewniany dziewiętnastowieczny pałac królewski, a także siedziba premiera. Panuje atmosfera miasteczka tropikalnej prowincji. Starannie sprzątnięte ulice, czasem widać jakąś zabłąkaną świnię na jezdni. Ani jednego żebraka, żadnych natrętów, zapachu zgnilizny - prawie nic nie ma z typowego świata tej szerokości geograficznej.
Jest niedziela. Tego dnia na Tondze rzeczywiście nic się nie dzieje. Sama konstytucja ustanawia, że to "na zawsze dzień święty", przeznaczony na odpoczynek, spanie, jedzenie, wyjście - przeważnie dwukrotne - do kościoła. Sklepy i restauracje są zamknięte. Żadna zawarta tego dnia umowa nie jest ważna. Jakakolwiek praca, gra na otwartym powietrzu czy pływanie są zabronione. Samolotom nie wolno startować i lądować; jazda samochodem wymaga pozwolenia. Łamanie tych przepisów grozi karą do 10 pa?anga (ok. 7 dolarów) lub trzema miesiącami ciężkich robót.
Tonga jest jedynym państwem południowego Pacyfiku, które nigdy nie zostało skolonizowane. Do 1970 r. dość iluzoryczną opiekę roztaczali nad archipelagiem Anglicy, przyjmując go następnie jako całkowicie niepodległe państwo do Brytyjskiej Wspólnoty Narodów. W sumie od setek, a może tysięcy lat decydowano tu o wszystkim samodzielnie. Tonga jest królestwem; niektórzy twierdzą, że to dziś najstarsza monarchia na świecie. Obecny król Taufa?ahau Tupou IV, zwany Buddą Pacyfiku, znacznie przyczynił się do upowszechnienia wiedzy o Tondze. Jest on bowiem człowiekiem o wyjątkowo słusznej tuszy, do niedawna ważył prawie 200 kg, ale ostatnio - ku powszechnemu ubolewaniu - stracił 60 kg i sporo splendoru.

Trzykrotnie przybijał do brzegów wysp tongijskich James Cook. Nazywał je "wyspami przyjaznymi" i nie przejmował się zbytnio praktykowanym na nich ludożerstwem. Tongijczycy twierdzą, że już w 950 r. cieszyli się niepodległością pod berłem - maczugą? - monarchów. Inni mówią nawet o dwóch tysiącach lat państwowości.
Na wyspie Tongatapu spędziłem niedzielę. W czasie mszy w kościele metodystów widziałem i fotografowałem króla, odwiedziłem pobliskie koralowe wysepki, a także ważne historyczne punkty: miejsce trzeciego "lądowania" kapitana Cooka, grobowiec Paepae?o Tele?a (króla Tongi z XVI w.), wykopaliska z 1200 r., wreszcie tzw. Trilithon w Ha?amonga, potężną bramę ze skamieniałych korali, przypominającą angielski Stonehenge, a nieco dalej kamienny tron, na którym w XIII w. zasiadał jedenasty król Tongi, czyli Tu?itatui.
Płaski naleśnik Tongatapu stanowi centrum archipelagu, na który składają się ponadto grupy wysp Ha?apai, Vava?u i Niuas. Królestwo Tonga włada terytorium 362 tys. km2 (większym niż obszar Polski), z czego zaledwie 688 km2 jest lądem. Szacuje się, że państwo liczy niespełna 100 tys. mieszkańców. W sumie jest to dziwny, pełen wody i świeżego powietrza kraj. Mimo że palmowe lasy i koralowe rafy nie przyciągają właścicieli wielkich kont bankowych i poszukiwaczy cennych surowców, gdyż ich tam po prostu nie ma, należy się trochę dziwić, że nikt z możnych tego świata nie wyciągnął na razie ręki po garść słonecznych wysp.
To feudalne państwo, autokratycznie rządzone przez liczącego 80 lat króla i 33 notabli, których wspiera tajna rada, a więc premier i czterech ministrów, broni się nie tylko przed dziennikarzami i telewizją - udział kapitału zagranicznego w inwestycjach i biznesie nie może przekraczać 49 proc. Cudzoziemiec nie może mieć na własność ziemi, a jeśli decyduje się na dzierżawę, musi uzyskać zgodę parlamentu (9 mianowanych przez króla notabli, 9 posłów wybranych przez ludność, 7 członków rozszerzonego gabinetu ministrów). Minimalna jest produkcja przemysłowa, bo minimalny jest rynek wewnętrzny - na przedmieściach Nuku?alofy funkcjonują małe warsztaty tkackie, jakieś wytwórnie papieru, mebli, artykułów sportowych i - przede wszystkim - oleju palmowego. Z trudem rozwija się przemysł turystyczny. Z czego żyją ludzie? Z tego, co im da ziemia i ocean. Gdy zapytałem robotnika drogowego, czy jest spokojny o przyszłość, odpowiedział z uśmiechem: "Przecież ryba będzie zawsze".
A więc nic się nie dzieje! Jest jak kilkaset lat temu. Niezupełnie jednak: oto wracają z zagranicy wykształceni Tongijczycy, zarażeni ideami demokracji i postępu. Coraz natarczywiej domagają się zmian społecznych i politycznych. Zawiązał się opozycyjny ruch Tongan Pro-Democracy Movement (TPDM), a jego zwolennicy znaleźli się w parlamencie. Doszło nawet do demonstracji ulicznych, w których uczestniczyło kilka tysięcy ludzi. Protestowano przeciwko sprzedaniu przez rząd tongijski cudzoziemcom 426 paszportów po dziesięć i dwadzieścia tysięcy dolarów, w tym Imeldzie Marcos i jej dzieciom.
Państwo od trzech lat przeżywa kryzys gospodarczy. Spadła wartość tongijskiej pa?angi, zmniejszył się eksport, na przykład wanilii, kopry i owoców. W tej sytuacji zadziwiająco sprawnie działają telefony. Dzieje się tak między innymi dlatego, że Tonga opanowała trzy piąte przestrzeni satelitarnej na Pacyfiku. Bezkonkurencyjnym źródłem przekazu informacji pozostaje jednak od setek lat "Radio Kokos", czyli przekazywana z ust do ust plotka. Od pewnego czasu głosi ono, że następca tronu - Tupouto?a - nadal nie ma zamiaru się żenić, że ma nader postępowe poglądy i mało go obchodzą tradycje, a jeśli kiedyś zasiądzie na tronie, to...
Natomiast bez "Kokosa" wiadomo było, że wysocy dygnitarze państwa pertraktowali w 1988 r. z USA możliwość składowania na archipelagu nuklearnych odpadów, a dwa lata później - 80 mln zużytych opon samochodowych, które miały być tam spalane. Na szczęście nie sfinalizowano tych grożących ekologiczną katastrofą umów. Tubylcy na razie dość mają klęsk żywiołowych. Zwłaszcza cyklonów, powodujących, że wiele drewnianych domków fruwa nad ziemią jak eskadry szybowców. W 1982 r. cyklon Izaak niemal zdemolował państwo.
Ale w Nuku?alofie jest dzisiaj pięknie. Nęcą biały piasek plaż i turkusowa woda. Zrzucam koszulę i przysiadam na murku nad oceanem. Zatrzymuje się policyjny samochód. Jakieś oczy patrzą na mnie jak na przybysza z kosmosu. Czy nie wiem, że taka nagość jest zabroniona? Boże, o tym tabu jeszcze nie słyszałem! Wciągam koszulę, a policjant w efektownym kapeluszu i spódniczce lava-lava łagodnie mnie ruga.
Idę w stronę królewskiego pałacu. Gdzieś nad szosą widziałem rozpięty transparent "Long live the King". Skromny drewniany budynek, w którym żyje monarcha, mógłby stać w Konstancinie i mało kto by go zauważył. W sali tronowej pałacu znajduje się popiersie Tupou IV dłuta polskiej rzeźbiarki Mai Kuczyńskiej.

Nie ma na archipelagu cudów natury, rzek i - wyjąwszy stożki wulkanów, w tym czterech czynnych - gór. Istnieje projekt zgłoszenia wysp Ha?apai do obszaru dziedzictwa ludzkości, ponieważ rafy koralowe, malownicze laguny, dwa wulkany - Kao i Tofua - są wyjątkowej urody, a pamięć buntu na pokładzie szkunera "Bounty" i przybicia jego załogi w tym miejscu do brzegu dodaje wyspom kolorytu.
Zaledwie kilkaset metrów dzieli pałac od portu i stoczni imienia królowej Salote (matki obecnego monarchy, niezapomnianej z koronacji królowej Elżbiety, bo przerastała o głowę wszystkich pozostałych uczestników). Już teraz trwają pierwsze przymiarki do nowomilenijnych uroczystości. Wkrótce stanie ogromna estrada. Wszyscy czekają na pierwszy dzień roku 2000, jakby miał przynieść jakąś wielką odmianę. Uroczystości ma organizować saudyjski biznesmen Hussain Khashoggi. Oczekuje on najazdu tych, którzy pierwsi chcą powitać nowe tysiąclecie. Ja - dzięki Air New Zealand - przyleciałem na Tongę ponad rok przed tym wydarzeniem.
Wracam na tyły pałacu. Oglądam przez siatkę parkanu królewskie gospodarstwo. Uderza duża liczba tłustych gęsi. Czyżby miały odegrać kiedyś taką rolę jak gęsi kapitolińskie?


Więcej możesz przeczytać w 50/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0