Mniejsza mniejszość

Mniejsza mniejszość

Dodano:   /  Zmieniono: 
Co to znaczy być Żydem w Polsce
Najczęściej mówią o sobie "jestem Żydem i Polakiem". Rzadziej - "polskim Żydem". Łączą ich żydowskie korzenie - silniejsze lub słabsze i w rozmaity sposób odkryte - oraz polski język. Bodaj już nikt nie rozmawia w domu w jidysz, a hebrajskiego większość dopiero się uczy. Po polsku drukowane są żydowskie czasopisma, biuletyny gminy wyznaniowej, kalendarze na rok 5759, a także komentarze do wersetów Tory na każdą sobotę. - Jesteśmy innymi Żydami niż nasi rodzice. Jakimi? To bardzo interesujące pytanie. Ja nie wiem - mówi Helena Datner, przewodnicząca gminy żydowskiej w Warszawie.
Wiedza o żyjących w Polsce Żydach - 30 lat po Marcu - jest mglista nawet dla nich samych. Już pytanie o liczbę osób żydowskiego pochodzenia wydaje się bez sensu. - Narzuca mi się taka odpowiedź: jest ich wielokrotnie więcej, niż sądzą przeciętni Żydzi na Zachodzie, ale wielokrotnie mniej, niż podejrzewają przeciętni Polacy - stwierdza Stanisław Krajewski, lider Forum Żydowskiego i członek zarządu Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich w RP.
Samo pochodzenie, nawet w znaczeniu halachicznym (czyli po matce), niczego nie przesądza. Automatyczne dziedziczenie przynależności do wspólnoty umarło razem z dawnym światem. "Tu i teraz" trzeba - i w pewnym sensie wystarczy - chcieć być Żydem. Większość polskich gmin wyznaniowych - podstawowych struktur życia żydowskiego - ma formułę otwartą: ich członkiem może zostać każda osoba pochodzenia żydowskiego nie wyznająca innej religii. Wstępujących nie pyta się o religijność, która u polskich Żydów jest mniej więcej taka, jak w całym polskim społeczeństwie: w główne święta synagoga jest pełna, podczas sobotnich nabożeństw pustawa, a w dni powszednie trudno zebrać minian (dziesięciu mężczyzn potrzebnych do modlitwy). - Formuła otwartości oznacza: jesteś Żydem nie dlatego, że twoja mama była Żydówką, więc musisz nim być, ale jesteś nim dlatego, że chcesz, że dokonałeś takiego wyboru - wyjaśnia Helena Datner.
W tym sensie "chce" być Żydem dwa i pół tysiąca polskich obywateli - członków dziewiętnastu skupisk wyznaniowych (dziewięciu gmin i dziesięciu filii). Ponad cztery tysiące należy do świeckich organizacji żydowskich - Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów, Związku Żydów-Kombatantów, Stowarzyszenia Dzieci Holocaustu, Polskiej Unii Studentów Żydowskich, Forum Żydowskiego - ale są to w dużej mierze te same osoby. Część z nich to "zawodowi Żydzi" - zatrudnieni w żydowskich fundacjach, instytucjach, placówkach edukacyjnych, redakcjach, polskich oddziałach międzynarodowych organizacji żydowskich.
Najliczniejsza - zrzeszająca 307 członków - gmina warszawska pierwsza w Polsce dokonała ankietowego obrachunku swego "stanu posiadania". Osoby powyżej 66. roku życia stanowią 46 proc., ale co trzeci nie przekroczył pięćdziesiątki, a co piąty - czterdziestki. 11 proc. pełnoletnich członków gminy ma mniej niż 28 lat. Większość to osoby średnio zamożne, nie ma krezusów i nędzarzy, choć na dole piramidy jest więcej ludzi wymagających pomocy - ofiar Holocaustu. Natomiast pod względem wykształcenia wybijają się ponad przeciętność. Nie ma tu bodaj nikogo bez matury, przeważa inteligencja i ludzie po studiach. W siedmioosobowym zarządzie gminy zasiadają socjolog, psycholog, filozof, ekonomista, inżynier leśnik, polonista i emerytowany prawnik. Czworo z nich to "zawodowi Żydzi": przewodnicząca pracuje w Żydowskim Centrum Edukacji, jej zastępca Lesław Piszewski - w Fundacji Laudera, finansującej żydowskie szkoły, czasopisma i świetlice, Andrzej Zozula jest dyrektorem biura związku gmin, a Robert Pasieczny czuwa nad koszernością restauracji "Menora". W tym roku gmina warszawska przyjęła 70 nowych członków.
Rytm życiu żydowskiej wspólnoty nadaje pokolenie czterdziestolatków, którzy w marcu 1968 r. byli zbyt młodzi, by samodzielnie emigrować, a ich rodzice z różnych względów zdecydowali się zostać. Dziś ich najstarsze dzieci żenią się w synagodze, młodsze świętują tam bar micwę i bat micwę, chodzą do żydowskiego przedszkola i szkoły, gdzie raz po raz daje znać przywiązanie do innej tradycji. Helise Lieberman, amerykańska dyrektorka pierwszej od 48 lat żydowskiej podstawówki w Warszawie, opisuje konflikt z powodu żądań rodziców i dzieci, by urządzić mikołajki. - Musiałam wyjaśniać, że nie jest właściwe, byśmy w żydowskiej szkole obchodzili dzień chrześcijańskiego świętego. Rozwiązanie znalazł uczeń trzeciej klasy, pytając przytomnie: a może nazwiemy to mordechajki?
W ocenie władz gminy, skupia ona niewielki odsetek tych, którzy potencjalnie mogliby być jej członkami. Poza wspólnotą wyznaniową pozostaje większość osób publicznych - znanych z telewizji, ludzi pióra, biznesu, estrady i polityki, którzy nie kryją swego żydowskiego pochodzenia. Być może decyduje o tym ich indywidualizm, a być może żywy wciąż lęk przed stygmatem żydostwa, wobec coraz silniejszych nastrojów antysemickich. Według badań CBOS z października tego roku na temat stosunku Polaków do innych narodowości, "Izraelici" już niejako tradycyjnie wzbudzają wyraźną niechęć, większą niż na przykład Białorusini, Bułgarzy, Chińczycy i Niemcy, prawie tak dużą jak Rosjanie i Serbowie. Ale dla polskich Żydów groźniejsza od ekscesów antysemickich - zdarzających się wszędzie - jest rosnąca tolerancja i znieczulica. To, że na rysunki gwiazdy Dawida na szubienicy i napisy "Jude Raus" nikt już nie reaguje, a słowo "Żyd" stało się ulubionym epitetem w dysputach politycznych. - Nie chciałabym, aby gmina stała się organizacją ratunkową, by ludzie zaczęli przychodzić do nas dlatego, że boją się sąsiadów. Mam nadzieję, że w moim kraju nie dojdzie do takiej sytuacji jak w Rosji, że nie trzeba będzie się gromadzić w atmosferze lęku i organizować brygad obronnych, jak przed 50 laty po pogromie kieleckim - mówi Helena Datner.
Jest to jednak trochę jak życie na wulkanie. Listy członków gmin - poza osobami sprawującymi funkcje statutowe - nie są ujawniane. Instytucje żydowskie w Warszawie mają stałą ochronę, na którą, mimo pustek w kasie, nie może zabraknąć pieniędzy. Władze gminy zaznaczają też na planie miasta miejsca zamieszkania swoich członków - w celu "wzajemnej pomocy"...
Do dziś trwa remont wrót warszawskiej synagogi, spalonych dwa lata temu przez "nieznanych sprawców", a ściana łódzkiej bóżnicy nadal nosi ślady antysemickich graffiti, które pojawiły się tam w przeddzień wizyty Vaclava Havla. Ale Żydzi z wielkich miast i tak mają poczucie swoistego luksusu w porównaniu z mieszkającymi na prowincji. - Słyszę często: dobrze ci "robić za Żyda" i chodzić w kipie po Warszawie. A spróbowałbyś w Radomsku albo Mławie - gorzko ironizuje Konstanty Gebert, redaktor naczelny miesięcznika "Midrasz". Bo też chyba nikt poza samym Szymonem Klugerem nie jest w stanie pojąć, co to znaczy być jedynym Żydem w Oświęcimiu i żyć niedaleko niesławnego żwirowiska. Kondycja psychiczna pojedynczych Żydów czy rodzin żydowskich z małych miejscowości lub takich miast jak Kielce jest nie do pozazdroszczenia. Publiczne deklaracje warszawskich działaczy - "jestem Żydem" - traktują oni niemal jak bezczelność. Część odważyła się wyjść ze swych duchowych kryjówek dopiero po 1989 r. Inni tkwią w nich nadal. Z myślą o takich ludziach, zawstydzonych lub wystraszonych swoim pochodzeniem, dwa lata temu Żydzi uruchomili telefon zaufania. Zapotrzebowanie na tę formę terapii okazało się ogromne.
Odkrywanie swego żydostwa, schowanego głęboko po Marcu - czasem aż na dwie dekady - bywa źródłem radości, dramatów i zdumień. Prof. Władysław Krajewski, filozof marksistowski i komunista niemal od urodzenia - wnuk Adolfa Warskiego, syn Władysława Steina, jednego z twórców KPP, i pasierb komunistycznego poety Stanisława R. Standego (wszyscy zostali zgładzeni w latach 30. przez Stalina) - którego rodzice deklarowali w ankietach narodowość polską, wspomina, że zaskoczyła go "wtórna judaizacja" jego syna Stanisława, który "przez długi czas nie wiedział nic o swoich żydowskich korzeniach". Dziś Stanisław Krajewski jest jedną z najważniejszych postaci polskiej wspólnoty żydowskiej. Uznaje się go za najtęższego teologa judaizmu wśród matematyków. - Teraz na naszej żydowskiej drodze jest dużo Żydów. Tylko gdzie było moje pokolenie w latach 70. i 80.? - pyta retorycznie artystka Gołda Tencer, rówieśniczka Krajewskiego.
Paradoksalnie, osobom wychowanym w domach komunistycznych, w duchu ateizmu, znacznie łatwiej zyskać akceptację żydowskiej wspólnoty wyznaniowej niż Żydom ochrzczonym w niemowlęctwie. - Oni nie należą już do narodu żydowskiego. Żyd chrześcijanin przestaje być Żydem - stwierdza Konstanty Gebert, któremu, jak sam mówi, "dopiero błogosławiona pałka milicyjna w 1968 r. wybiła z głowy komunizm". Wtóruje mu z podobną, choć innej barwy gorliwością Jan Grosfeld, też wychowany w rodzinie żydowskich komunistów, który ochrzcił się, mając 36 lat, a dziś wykłada na ATK i uchodzi za bliskiego Episkopatowi: - Oni są podwójnie narażeni na prześladowanie; w powszechnej mentalności nie ma dla nich miejsca w jednym i drugim zgromadzeniu religijnym.
Mniej kategoryczny pogląd wyrażał Michael Schudrich, do niedawna jeden z dwóch warszawskich rabinów: "W takiej sytuacji, jaka jest w Polsce, trzeba umożliwić jak największej liczbie osób powrót do żydostwa. Jeśli ktoś, kto ma ojca Żyda albo żydowskich dziadków ze strony ojca, deklaruje, że chce być Żydem, i jeśli widać wyraźnie, że mu na tym zależy, znaczy to, że dusze jego przodków modlą się, by został Żydem. Trzeba go więc zaakceptować"- mówił w jednym z wywiadów, ciesząc się, że "gdy pojawiła się możliwość obrzezania, młodzi chłopcy i mężczyźni stanęli w kolejce". Intensywnie reaktywowana, m.in. dzięki zagranicznej pomocy finansowej, polska wspólnota żydowska dochowała się już własnych neofitów, ortodoksyjnie religijnych. Na niedawnym przyjęciu wydanym przez ambasadora Izraela w Warszawie na cześć składającego wizytę w Polsce wicepremiera prawicowego rządu izraelskiego, tylko dwaj mężczyźni mieli na głowach kipy: polscy "no- wi Żydzi". Ich liberalni współwyznawcy opowiadają to jako anegdotę.
Członków społeczności żydowskiej wiele łączy i bardzo wiele dzieli. Stosunek do wskazań halachy, udziału kobiet w liturgii, statusu nie- żydowskich małżonków i do naczelnego rabina Menachema Joskowicza. Poglądy na zakres autonomii gmin i restytucji mienia. TSKŻ kłóci się z gminą o budynek, a związek z gminami o pieniądze. "Polskie piekło" nie omija polskich Żydów. - Solidarność żydowska jest postulatem żydowskiej religii, ale sytuacja faktyczna to podziały i waśnie; poczucie wspólnego losu istnieje, lecz rzeczywista solidarność pojawia się najwyżej w obliczu wspólnego zagrożenia. Najwyżej - bo na przykład w warszawskim getcie w czasie wojny w sytuacji skrajnego zagrożenia współpraca między bundowcami a syjonistami natrafiała na olbrzymie trudności. Żydzi uczestniczyli w większości konfliktów po obu stronach. Tak jest nadal; na przykład w Polsce lat 80. jedni Żydzi popie- rali rząd, a inni "Solidarność" - wywodzi Krajewski. Przykładów nie trzeba długo szukać. Gdy Szymon Szurmiej, dyrektor Teatru Żydowskiego i prezes TSKŻ, był posłem PZPR - Czesław Bielecki, dzisiejszy lider Ruchu Stu, siedział w więzieniu za antykomunizm. Ale poza nielicznymi deklaracjami publicznymi poglądy polskich Żydów na sprawy żydowskie i polskie pozostają ich prywatną sprawą. Socjolog dr Paweł Śpiewak dopiero zaczyna je badać. Ponieważ nie ma danych, nie wiadomo, na ile typowa jest taka deklaracja młodego żydowskiego dziennikarza, Piotra Pazińskiego. - Do większej lojalności niż przestrzeganie prawa i niedziałanie na szkodę kraju, w którym mieszkam, nikt mnie zmusić nie może. Co więcej, nikt nie może mnie zmusić do patriotyzmu. Nie jestem polskim patriotą, co nie oznacza akurat, że jestem patriotą izraelskim. Dla uproszczenia przyjmijmy, że w ogóle nie jestem patriotą. No, ale przecież Izrael jest dla mnie ważny, ważniejszy niż Polska - wyznaje, dodając, że gdyby żył i był pełnoletni trzydzieści lat temu, wyjechałby z Polski właśnie do Izraela. Dziś, gdy granice są otwarte, nie musi, chyba że powtórzy się Marzec. Podobnie widzi rzecz Dorota Szwarcman: - Podwójna lojalność? To już dziś problem całkowicie anachroniczny. Każdy cywilizowany człowiek żyje tam, gdzie mu to odpowiada i jest lojalny, tak jak mu się podoba, respektując oczywiście obowiązujące zasady.
- Po co w ogóle być Żydem, czyli innym od innych, w społeczeństwie otwartym, jakim staje się Polska? - zastanawia się Helena Datner, której żydowski ojciec znał na pamięć całego "Pana Tadeusza", a dla niej nie Galilea, lecz Tatry są najpiękniejszym krajobrazem. - Bo warto nim być - odpowiada. - Bo bycie Żydem jest czymś pozytywnym i atrakcyjnym duchowo i intelektualnie. Jest to również poważne wyzwanie. Polska jest dla Żydów na całym świecie miejscem szczególnym. Chciałabym, żeby kojarzyła się nie tylko z przeszłością, z etnografią i szczególnym miejscem umierania Żydów, ale by mogła się kojarzyć z przyszłością, ze szczególnym miejscem ich życia.

Więcej możesz przeczytać w 50/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0