Zima ekstremistów

Zima ekstremistów

Dodano:   /  Zmieniono: 
Jak uatrakcyjnić narciarski urlop
Wysokogórskie narciarstwo uprawiane z pomocą helikoptera, skialpinizm, snowsailing, windsurfing na lodzie, śnieżna odmiana nart wodnych czy zimowy rafting na dużych pontonach - to najnowsze szaleństwa proponowane przez specjalistyczne szkoły przewodników i narciarskie kurorty, które chcą przyciągnąć nowych klientów. Zwariowane i niebezpieczne sporty uprawiane na śniegu powstają dziś z dwóch powodów - dla zabicia urlopowej nudy i dla pieniędzy.
We Francji za 300 franków instruktor przypina narciarza do paralotni i po krótkim zjeździe ze stromego zbocza razem wznoszą się w powietrze. Z prędkością 40 km/h mogą szybować nad szczytami kilkadziesiąt minut. Śniegowe żeglarstwo wymyślili Austriacy chcący uatrakcyjnić swoją ofertę turystyczną. Do rąk i nóg narciarza przypinają kolorową płachtę, która pełni funkcję hamulca, gdy turysta zbyt mocno się rozpędzi. Ze Szwajcarii pochodzi konkurencja polegająca na karkołomnej jeździe za skuterem śnieżnym lub parą koni. Snow-speed-raf- ting to jazda ze stromego zbocza na pontonach - zimowa odmiana spływu górskimi rzekami.
W niektórych alpejskich wypożyczalniach, głównie francuskich, od dawna znaleźć można monoski - sprzęt przypominający dwie złączone z sobą narty. Ci, którzy nie chcą jeździć na długich deskach lub mają kłopoty z nauką, mogą wybrać szerokie, krótkie nartki nazywane big foot, pełniące funkcję śnieżnych łyżew. Ostatnio wyprodukowano nawet prototypowe podwójne snowboardy - jedna deska dla dwóch zawodników. Nowatorskich pomysłów na spędzenie zimy w górach pojawia się dziś coraz więcej. Wyścig trwa, gdyż konstruktorzy i producenci doskonale wiedzą, że jeśli któryś z ich pomysłów powtórzy karierę snowboardu, będą mogli zrobić na tym majątek.
Nowością dla poszukiwaczy największych wrażeń jest alpejski windsurfing. Zwykły, przeważnie mały żagiel od tradycyjnego windsurfingu młodzi zapaleńcy przypinają do szerokiej deski, dzięki czemu mogą wykorzystać siłę ciężkości i wiatru, zjeżdżać w dół bądź wspinać się przez chwilę w górę stoku. W Polsce rośnie popularność icesurfingu, czyli jazdy po zamarzniętych jeziorach na trójkątnej desce domowej produkcji wyposażonej w płozy lub narty oraz w żagiel. W tej konkurencji rozgrywane są już mistrzostwa świata i Europy, a polscy zawodnicy odnoszą spore sukcesy.
Kilka lat temu za sprawą znudzonych tradycyjną techniką narciarską Amerykanów do łask powrócił tzw. telemark, czyli styl pochodzący z górskiego regionu południowej Norwegii (rozpowszechniony w drugiej połowie XIX w.). Deski muszą być długie i wąskie, a wiązania powinny mieć unoszoną piętę. Zjeżdżający narciarz niemal maszeruje po stoku, stawiając długie szusy na ugiętych nogach. Rozpowszechniona za oceanem stara moda wróciła do Skandynawii i trafiła także na alpejskie stoki. Dziś telemark (free-heel-skiing) nie jest już traktowany jak narciarski folklor.
- W krajach alpejskich i w Polsce obserwujemy również wzrost popularności narciarstwa ekstremalnego, coraz więcej turystów chce uciec od hałasu wyciągów i zatłoczonych tras, szuka dziewiczego śniegu, wysiłku i jeszcze większych emocji. To już nie tylko moda zarezerwowana dla narciarskiej elity, ale propozycja dla wszystkich odważnych i sprawnych turystów - mówi Tomasz Osuchowski, skialpinista z Zakopanego.
- Turystyka narciarska to przemierzanie szczytów, do których nie dotarły nartostrady i stalowe liny wyciągów. Tam, gdzie z trudem dotrze piechur, można w miarę bezpiecznie i znacznie szybciej dojechać na nartach. Ten sport jest bardzo popularny w krajach alpejskich, w których narty były niegdyś głównym środkiem transportu. Dziś turyści wracają do korzeni nie z konieczności, lecz by uatrakcyjnić zimowe wakacje. Oszczędzają na karnetach narciarskich, a wydają pieniądze na kompasy, GPS-y i specjalne nadajniki, które włączają się wówczas, gdy pechowego turystę przysypie lawina. Skialpinizm to jeszcze wyższy stopień wtajemniczenia. Wymaga wspinaczkowych umiejętności i specjalistycznego sprzętu wykorzystywanego na co dzień w wysokogórskiej wspinaczce - mówi Piotr Konopka, górski przewodnik i himalaista.
Sylvan Saudan już w latach 60. propagował zjazdy na dotychczas nie używanych trasach wokół Chamonix. Hans Kammerlander, jeden z najbardziej znanych mistrzów skialpinizmu, zjechał na nartach z Mount Everestu i Nanga Parbat. Nikt więc nie ma wątpliwości, że przez część drogi narciarski śmiałek znosił swoje deski na plecach. Jean-Marc Biovin stracił życie, skacząc ze śnieżnego urwiska w Ameryce Południowej.
Najnowszą, najtrudniejszą i coraz popularniejszą odmianą skialpinizmu jest tzw. narciarstwo helikopterowe (heliskiing). W jednym z zakopiańskich biur przewodnickich można znaleźć ofertę tygodniowego urlopu w Kanadzie za 4,5 tys. dolarów (bez przelotu). Specjalistyczna górska agencja proponuje nocleg, wyżywienie, sprzęt, helikoptery, wykwalifikowanych pilotów i zjazdy z najbardziej niedostępnych szczytów. - Heliskiing nie jest propozycją dla wszystkich. Amerykańskie i kanadyjskie służby ratownicze notują wiele wypadków; turyści z grubym portfelem, porywając się na nieznane, dziewicze żleby, łamią nogi, niekiedy tracą życie. Nie brakuje jednak śmiałków gotowych płacić 500-700 dolarów za dzień narciarskiego szaleństwa - mówi Piotr Konopka. - Aby wykupić taki urlop, nie wystarczą pieniądze, konieczne są też doskonałe umiejętności. Ekipa chcąca wyczarterować helikopter z załogą musi liczyć co najmniej cztery osoby - dodaje Jerzy Kostrzewa, który zaliczył samodzielne wejście i zjazd na nartach z góry McKinley na Alasce. Ryszard Pawłowski, doświadczony polski himalaista, uczestniczył niedawno w wyprawie w Pamir, gdzie zjeżdżał na nartach ze szczytu o wysokości prawie 7500 m. Taka ekspedycja kosztuje wraz z przelotem do Pakistanu 3 tys. dolarów.
Sprzęt do narciarstwa ekstremalnego nie jest tani, kosztuje tyle, co wyczynowe deski przeznaczone dla klasycznego narciarza alpejczyka. Znajduje jednak coraz więcej nabywców, zamówienia złożyły nawet oddziały piechoty górskiej Wojska Polskiego. Specjalne wiązania przystosowane do skialpinizmu (będące połączeniem zapięć do biegówek i najpopularniejszych wiązań dla zjazdowców) kosztują od 500 do 900 zł. Największym producentem wiązań na świecie jest firma Silvretta, popularne są też zapięcia Fritschi i przeznaczone dla zawodników Dynafit. Specjalne narty - krótsze, lżejsze i zaopatrzone w otwory na dziobie służące do budowania prowizorycznych noszy ratunkowych - kosztują od 600 do 1200 zł. Na rynku dominuje marka Hagan, należąca do koncernu Blizzarda; dobre deski produkują też Dynastar i Atomic. Specjalne buty marki Dynafit, Nordica lub Koflach kosztują od 700 do 1,1 tys. zł. Na tzw. foki, przyczepiane do ślizgów i powiększające tarcie nart o śnieg w trakcie podchodzenia, wydać trzeba 200 zł, na teleskopowe kijki - od 80 do 200 zł.

Więcej możesz przeczytać w 50/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0