Dzieci drugiego obiegu

Dzieci drugiego obiegu

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kto odbudował demokratyczną Polskę
Ostatnie dwadzieścia lat to czas tworzenia się opozycji demokratycznej, wyboru kardynała Karola Wojtyły na papieża, powstania "Solidarności", wprowadzenia stanu wojennego, fenomenu niezależnego społeczeństwa obywatelskiego, mediacyjnej roli Kościoła katolickiego, zmiany pokoleniowej w opozycji, wiodącej do sukcesu "Solidarności". Był to okres trudnego kompromisu "okrągłego stołu", zwycięstwa komitetów obywatelskich w czerwcu 1989 r., ale i "wojny na górze", obalenia rządu Jana Olszewskiego i powrotu do władzy postkomunistów. Była to wreszcie przegrana Lecha Wałęsy w wyborach prezydenckich, ale i czas udanej konsolidacji polskiej centroprawicy, powstania Akcji Wyborczej Solidarność i jej wyborczego zwycięstwa.

Większość uczestników tych zdarzeń żyje i nadal ma decydujący wpływ na naszą politykę. Myślę, że powiedzenie: "Obyś żył w ciekawych czasach" doskonale do nich pasuje. W naszej historii było ono najczęściej związane z tragicznymi wydarzeniami. Teraz jest inaczej. Międzynarodowe położenie Polski gwarantuje nam bezpieczeństwo, a w polityce wewnętrznej także mamy dobre perspektywy. Wprawdzie dziś triumfujemy, nie możemy jednak zapominać o poniesionych stratach, na przykład o tragicznym następstwie stanu wojennego, czyli masowej emigracji polskiej inteligencji do USA i Europy Zachodniej. Wyjechało wtedy między innymi kilkanaście tysięcy - najczęściej młodych i świetnie się zapowiadających - pracowników naukowych. Takich strat nie da się powetować wcześniej niż przed upływem półwiecza. Brakuje ich teraz w polskim życiu naukowym i intelektualnym, tym bardziej że właśnie odnoszą sukcesy. Wielu z nich mogło rozwinąć swoje talenty jedynie w laboratoriach i pracowniach naukowych w USA i Europie Zachodniej. Ale nie musieli przecież na stałe opuszczać ojczyzny.
Być może wynikające z tego osłabienie polskiej nauki jest główną przyczyną jej kłopotów z adaptacją do wymagań gospodarki wolnorynkowej oraz ciągłego, upartego tkwienia w strukturach organizacyjnych i standardach ocen z poprzedniej epoki. Skutek jest taki, że naszym naukowcom brakuje sił, by naciskać na nienaruszalne dotychczas pozycje dochodzących wieku emerytalnego "docentów marcowych" i ich posłusznych wychowanków.
Przez te lata zmieniły się sposoby uprawiania polityki, co związane jest przede wszystkim z nowymi technologiami. Moje pokolenie (nazwałbym je "dziećmi drugiego obiegu") coraz częściej współpracuje z młodszą generacją - "dziećmi Internetu". Dawniej w polityce dominowało słowo pisane i mówione, obecnie przeważa obraz oraz przetworzona za pomocą nowoczesnych technologii informacja. Zdecydowanie zmienił się sposób prowadzenia politycznej działalności. Liczba informacji odbieranych i wysyłanych jest już tak duża, że ich przetworzenie stało się koniecznością.
Wierzę jednak, że przyszłością polityki jest połączenie tradycji z nowoczesnością - przynajmniej przyszłością obozu centroprawicy. Tymczasem możemy być dumni z naszej przeszłości. Zrealizowaliśmy wszak historyczne cele: pokonaliśmy komunizm i zlikwidowaliśmy w Polsce totalitaryzm, odzyskaliśmy niepodległość, zbudowaliśmy demokrację i normalny rynek, Polska przystąpiła do światowego systemu bezpieczeństwa (NATO), bliska jest perspektywa integracji z Unią Europejską, zaczął działać mechanizm dekomunizacji i depeerelyzacji (m.in. dzięki ustawie lustracyjnej i powołaniu Instytutu Pamięci Narodowej), powstał wolny rynek mediów i system praw obywatelskich, stworzono warunki do rozwoju polskiej klasy średniej, konsekwentnie wprowadzane są mechanizmy gospodarki zrównoważonego wzrostu, a wreszcie przeciwnikom politycznym narzuciliśmy język i zasady demokracji oraz wolnego rynku.
Z szacunkiem należy się odnieść do osiągnięć starszego pokolenia - "dzieci małej stabilizacji". Ich wczesna młodość przypadła na czas gierkowskiej propagandy sukcesu (osłabianej wszelako przez coraz mniej skrywane nasłuchiwanie Radia Wolna Europa). Przekomarzali się z rodzicami, którzy na chwilę zawierzyli Gierkowi. Był to też czas masowego wstępowania do organizacji młodzieżowych, a często również do PZPR, czas wyjazdów na "saksy". Także do nich docierały jednak echa roku 1976: wydarzenia radomskie, utworzenie opozycji demokratycznej, umacnianie się drugiego obiegu. Pokolenie to w pewnym momencie przestało wierzyć w możliwość obalenia systemu totalitarnego. Stwierdziło, że można go oswoić i przystosować się do niego, aby w miarę stabilnie żyć. "Gierkowskie otwarcie na świat" obnażyło słabość tej filozofii. Młodemu pokoleniu - najczęściej zapewne podświadomie - nie wystarczała już stabilizacja, więc starało się przechytrzyć komunizm. Tym można w pewnym sensie tłumaczyć wchodzenie młodych ludzi w struktury władzy. Zyskiwali dostęp do deficytowych dóbr, możliwość awansu i rozwoju zawodowego kosztem pracy dla mniej już zniewalającego systemu.
Otwarte pozostaje pytanie, kto kogo przechytrzył: pragmatycy system czy odwrotnie? Odpowiedzią było wprowadzenie stanu wojennego. "Dzieci małej stabilizacji" uświadomiły sobie, że totalitarny system można jedynie zwalczać, nigdy oszukiwać. Wtedy wyraźnie opowiedziały się przeciwko komunizmowi - składając legitymacje partyjne i ponosząc tego poważne konsekwencje. Do dziś swoje kluczenie, przechytrzanie czy oszukiwanie wspominają z niesmakiem, z poczuciem winy. Nie ulega jednak wątpliwości, że w grudniu 1981 r. skończyli z egoizmem. Oczywiście, sporo było takich, którzy zawsze byli przeciw władzy komunistycznej i nigdy nie weszli w jej struktury. Nie robili karier, nie oglądali świata, musieli funkcjonować w "małej stabilizacji", a częściej ich stopa życiowa była jeszcze niższa. Taki był ich uczciwy, prostolinijny wybór. Czy jednak tylko oni odbudowali demokratyczne państwo? Nie tylko. Generalna ocena pokolenia "dzieci małej stabilizacji" wydaje się pozytywna, tak jak ocena polskiego społeczeństwa, choć przecież są w nim zwolennicy różnych poglądów i postaw, są różne grupy i zdarzają się konflikty. Polacy wspólnie odbudowali demokratyczne państwo.


Tragicznym następstwem stanu wojennego był wyjazd z Polski kilkunastu tysięcy młodych pracowników naukowych

Kiedy dziś myślę nad przesłaniem sierpnia 1980 r., przypominam sobie seminarium magisterskie z najnowszej historii politycznej Polski prowadzone przez prof. Jerzego Holzera. Było to w drugiej połowie lat 80. Dla studentów prof. Holzer był wówczas przede wszystkim autorem książki "Solidarność 1980-1981: geneza i historia". Zanim została ona opublikowana w drugim obiegu oraz w Instytucie Literackim w Paryżu, jej maszynopis znajdował się w bibliotece naszego instytutu (był to chyba najbardziej zaczytany maszynopis na całym uniwersytecie). W czasach pogardy motto książki Jerzego Holzera: "Pamięci tych, którzy zginęli, więzionym, bitym, usuwanym z pracy, prześladowanym, wszystkim, którzy pozostali solidarni" - było dla mnie bardzo ważne. W 1990 r., w zupełnie nowej sytuacji, prof. Holzer wydał pracę "Solidarność w podziemiu" (współautorem był Krzysztof Leski, inny uczestnik naszego seminarium), będącą kontynuacją tamtej książki.
Profesor był dla uczestników zajęć prawdziwym autorytetem. O wszystkich problemach dyskutowaliśmy otwarcie, bez zahamowań. Ale i skład seminarium był szczególny - byli to w większości ludzie zaangażowani w działalność podziemia: redaktor tygodnika "Mazowsze", współpracownik "Tygodnika Wola", podziemny wydawca, redaktor "Kuriera Akademickiego". Kiedy czasami przychodziłem na zajęcia po nie przespanej nocy, bo akurat trzeba było złożyć najnowszy numer pisma albo pomóc w składaniu bezdebitowej książki, profesor był dla mnie wyrozumiały. Innym też się to zdarzało. W tym czasie przygotowałem pod jego kierunkiem pracę roczną na temat wydarzeń czerwca 1976 r. oraz rozpocząłem pisanie pracy magisterskiej o historii Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Na naszych zajęciach zawsze obowiązywała dyskrecja i lojalność. Poza salą wykładową nadal prześladowano ludzi za działania i poglądy, które wewnątrz były czymś naturalnym. Naturalny był też udział profesora w strajku okupacyjnym ogłoszonym przez NZS w maju 1988 r. na znak poparcia dla robotników Stoczni Gdańskiej. Jerzy Holzer był w kierownictwie uniwersyteckiej "Solidarności", mnie wybrano do siedmioosobowego komitetu strajkowego. Był też Maciej Jankowski, legendarny spawacz z naszego uniwersytetu, członek Regionalnej Komisji Wykonawczej "Solidarności" (po latach jako posłowie AWS mamy wspólne biuro). Wtedy razem zastanawialiśmy się nad formą zakończenia protestu i nie była to teoretyczna seminaryjna dyskusja. Za podjęte wówczas decyzje mieliśmy ponieść odpowiedzialność.

Więcej możesz przeczytać w 45/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0